Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kryzys? Musi odejść!

- Jeśli jestem egocentrykiem, to mam nadzieję takim, którego egocentryzmu nie widać - mówi Leszek Balcerowicz w rozmowie z Małgorzatą Domagalik.

Małgorzata Domagalik: Kryzys na całego, a ja znajduję Pana w świetnej formie, profesorze.

Reklama

Leszek Balcerowicz: Wzajemnie, praca krzepi.

62 lata to dużo dla mężczyzny?

Nie należy za bardzo przejmować się biologicznym wiekiem. Miałem szczęście znać Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który był najmłodszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Władysław Bartoszewski też jest przecież młody.

Podobno chodzi tak samo szybko jak Pan, a zdaje się, że krok marszowy to 6 km/h?

Człowiek może biec maksymalnie ok. 30 km/h. W świecie zwierząt nie należymy do sprinterów.

Nie wszystkie moje pytania będą dziś dotyczyły pieniądza, dobrze?

Dlaczego miałyby dotyczyć tylko pieniądza?

No właśnie. Boimy się kryzysu - czy rzeczywiście mamy się czego bać?

Strach nie pomaga w działaniu. A po drugie - tu powiem pokrzepiające altruizmy - każdy kryzys się kończy. Dziś nie wiemy, czy ten potrwa rok, czy dwa, ale na pewno nie będzie taki jak w latach 30.

Nie chcę bagatelizować sytuacji, ale nawet jeśli bezrobocie rośnie z 6 proc. do 9 proc., to pamiętajmy, że mimo wszystko 92 proc. ludzi zachowuje pracę. Poza tym, na szczęście, byliśmy słabo powiązani z tymi wszystkimi wyrafinowanymi instytucjami świata finansów, więc kryzys nas mniej dotknie.

A waluta, kurs złotego?

To są te obosieczne rzeczy, bo jak złoty słabnie, towary zagraniczne stają się droższe, to z kolei nasi eksporterzy cenowo są bardziej konkurencyjni. Coś za coś. Ci, którzy zaciągnęli kredyty we frankach szwajcarskich, nie cieszą się ze spadku złotówki, ci, co eksportują - odwrotnie.

Oszczędzać czy wydawać?

Na poziomie ogólnych stwierdzeń nie można nic sensownego powiedzieć. Uważam, że każdy powinien trzymać się jakiegoś planu. Nawet taki mały budżet gospodarstwa domowego - tu też szacujemy przychody, staramy się ocenić ryzyko, stałe wydatki, czyli takie, których nie da się zmniejszyć, i oceniamy, czy mamy problem finansowy, czy nie. Jeżeli jest spora wątpliwość dotycząca strony przychodowej, to należy zastanowić się, jak możemy zwiększyć nasze dochody albo ograniczyć wydatki. Reguły finansowej strategii na szczeblu państwa są z grubsza takie same jak na poziomie gospodarstwa domowego.

Kiedy spotykamy lekarza na gruncie prywatnym, zazwyczaj pytamy: "Panie doktorze, tu mnie boli, tu swędzi...". Czy to nie jest tak, że zwłaszcza teraz każdy pyta: "Panie profesorze, co z tym kryzysem? Co powinienem zrobić? Co Pan by radził?".

Tak było i wcześniej. Odbieram to z satysfakcją, że pytają także ludzie, których nie znam. Często nie oczekują odpowiedzi, to dla nich raczej swego rodzaju psychoterapia.

Przewidział Pan wcześniej taką wersję kryzysowych wydarzeń?

Nie. To, że nikt prawie dokładnie nie przewidział momentu i kształtu kryzysu, nie dowodzi, że ekonomiści są przeciętnie głupsi niż naukowcy - fizycy, ale poważnie mówiąc, wśród ekonomistów jest dużo ludzi z wykształceniem ścisłym. Okazuje się jednak, że łatwiej jest obliczyć trajektorię lotu na Marsa i posłać rakietę, która tam wyląduje, niż przewidzieć, kiedy i jaki nastąpi kryzys.

I to jest fascynujące dla ekonomisty?

Einstein użył kiedyś porównania, że Pan Bóg nie jest złośliwy, to znaczy, że atomy nie uprawiają gier. To w ekonomii nazywa się zachowaniem strategicznym. To, co ja zrobię, będzie zależało od

przewidywania tego, co zrobią inni. Mówiąc prosto: mimo że ekonomia jest najbardziej ścisłą nauką społeczną, to pewnych rzeczy nie sposób dokładnie przewidzieć. Generalnie, przyszłość jest mało przewidywalna.

Pan profesor o Einsteinie, to ja zacytuję Aragona, który zauważył, że "pieniądze są środkiem do tego, żeby o nich przestać myśleć".

To jakiś głęboki paradoks, muszę się w niego wgryźć, żeby zrozumieć. Aha, czyli jeżeli ktoś ma dużo pieniędzy, to nie musi myśleć, jak je zdobyć, tak?

Tak. Wspomniał Pan o latach 30. Nakręcono wiele filmów o tamtym kryzysie, o tym, jak sobie ludzie z nim radzili i nie radzili. Ale też później parę dobrych powieści napisano.

Pot, krew i łzy.

Zadaje pani ważne pytanie o ekonomię i socjologię twórczości, o zależności między warunkami życia społeczeństw a twórczością. Pewnie ktoś to badał.

Ci, którzy nie lubią ekonomii, uważają, że jest sucha i zupełnie bez polotu...

Oni pewnie nie widzą, o co w niej chodzi.

Nie wiedzą...

Dość łatwo zauważyć, że wybitne dzieła literackie powstawały w trudnych czasach. Dostojewski, Czechow pisali w niełatwych czasach. Zauważmy, że w Związku Radzieckim było dużo mniej miejsca dla twórczości niż za caratu. Ustrój totalitarny jest zabójczy dla twórców.

Ale to wtedy, gdy ekonomia bywa totalitarna.

To pseudoekonomia.

Pamięta Pan lata 80. i film z Michaelem Douglasem "Wall Street" w reż. Olivera Stone'a? O generacji yuppies, giełdowych rekinach...

To był trochę komiksowy wizerunek, pewien schemat.

Mnie się podobało. Pewnie nieraz Pan słyszy, że kiedyś było lepiej?

Myślę, że to pewna retoryka. Nie przewidywałem w latach 80., że Polska będzie wolna. Dla mnie to było ogromnym pozytywnym zaskoczeniem. Nie mam dobrych skojarzeń z przeszłością, mimo że nie należałem do osób prześladowanych. Tamte czasy kojarzą mi się szaro. Brud, dużo nachalnej, głupiej propagandy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje