Przejdź na stronę główną Interia.pl

Komediantka na walizkach

Do świata filmu chciała wejść po czerwonym dywanie w Hollywood. Dostała nauczkę - nieudane castingi, samotność. Umiała powiedzieć: "To nie dla mnie". Wróciła. Walczy. Puste mieszkanie, daleko od rodziny, tylko praca. Zagrała kilka dobrych ról. Olga Bołądź, aktorka na początku drogi. Będzie o niej głośno.

Twój STYL: Wracasz po pracy do nowego, pustego mieszkania. Co w nim zawiśnie na ścianach?

Reklama

Olga Bołądź: Na jednej moje zbiory: ludowe dewocjonalia z całego świata. Przywiozłam sobie ręcznie malowany krzyż z Meksyku, fluorescencyjna figurka Matki Boskiej jest pamiątką z planu, a kilka obrazów świętych z lat 50. znalazłam na pchlim targu. Tu rzeczywiście jest jeszcze pusto - materac na podłodze, lodówka, stół, trochę garnków. Nie spieszę się. Pochłania mnie granie. Jestem komediantką żyjącą na walizkach.

Komediantką? Aktorki tak o sobie nie mówią.

- Ja lubię to określenie. Zresztą bywałam komediantką. Grałam w okresie studiów na ulicach Barcelony w komedii dell'arte. Scena miała trzy metry na metr. Ja w dziwnej masce, z gigantycznym brzuszyskiem przytroczonym do bioder - to właśnie pierwotne komedianctwo. Piękne! Oglądali nas zwykli przechodnie. Jedni się zatrzymywali, inni przechodzili obojętnie. To uczy pokory i umiejętności drwiny z samej siebie.

To najtrudniejsze aktorskie doświadczenie?

- Konfrontacji było więcej. Dwa lata temu pojechałam do Los Angeles, aby wyśnić swój własny American Dream. Chodziłam na kursy aktorskie. Szkoła mieściła się przy Hollywood Boulevard koło Chinese Theatre, gdzie rozdawane są Oscary. Wędrowałam na lekcje słynną Sunset Boulevard, stąpając po gwiazdach Marilyn Monroe, Freda Astaire'a, Charliego Chaplina. Dla mnie to była normalna ulica, tyle że oblegana przez turystów i... bezdomnych.

- W pobliskiej Coffee Heaven zawsze ten sam widok, przy papierowych kubkach z kawą siedzą młodzi ludzie i każdy uczy się tekstu na casting, na basenie to samo i w autobusie - wszędzie. Każdy z wymiętym scenariuszem i nadzieją na swoją szansę, a wśród nich ja, ze studencką wizą i bez pozwolenia na pracę. Doszłam do wniosku, że to iluzja, że jeśli czeka gdzieś na mnie wymarzona rola, to znajdzie mnie również w Warszawie.

Tam nie dostałaś żadnej propozycji?

- Dostałam. Miałam na przykład zagrać striptizerkę. I nawet się zgodziłam, bo pierwotna wersja scenariusza była interesująca - trudna postać, wewnętrznie skomplikowana. W trakcie prób okazało się, że wszystko dryfuje w stronę stereotypu prymitywnej Polki. Nie tędy droga, pomyślałam. Doceniłam to, co mam. W kraju dostałam szansę gry w "Pikselach" reżysera Jacka Lusińskiego, który mi zaufał i zaangażował bez zdjęć próbnych. Decyzja była prosta: wracam. Opłaciło się. To ważny dla mnie film. I ciekawy materiał do zagrania.

Pracujesz w Polsce, ale nadal gna cię po świecie. Podobno wciąż dużo podróżujesz.

- To głównie podróże zawodowe. Śledzę, co się kręci w Europie, dowiaduję się, gdzie trwają przesłuchania. Jeśli jest coś ciekawego, pakuję się i jadę. Wędruję od agenta do agenta. A przy okazji zwiedzam. W ten sposób pokochałam Rzym, a w nim swoją samotność i zagubienie. Odkrywam tam wciąż nowe miejsca, spędzam czas w muzeach, odpoczywam, siedząc i wgapiając się w miasto. Ludzie na castingach są zdumieni, że Polka trafia na ich przesłuchania, że w ogóle o nich wie. A ja czuję, że płynie z tego ciekawe doświadczenie.

Wierzysz, że twój europejski plan się spełni?

- To już się dzieje, choć powoli, powoli... Zagrałam w filmie "Kobieta, która śniła o mężczyźnie" duńskiego mistrza Pera Flya. Wystąpiłam tam razem z Marcinem Dorocińskim, który partnerował tamtejszej gwieździe Sonji Richter. Mam dobre wspomnienia. Ze Skandynawami pracuje się komfortowo - są zrównoważeni, introwertyczni, niespieszni. Lubię różne klimaty Europy - te chłodne skandynawskie i upalne śródziemnomorskie. W każdych uczę się odnajdywać. Włosi np. muszą adorować kobiety, niezależnie czy z nimi pracują, czy tylko sprzedają im bilet do metra. Tak już mają. Nauczyłam się z wdziękiem odmawiać propozycjom. Wtedy prawie zawsze jest w porządku.

Prawie?

- Jeden z pierwszych menedżerów powiedział: Dostaniesz sukienki od Prady, buty od Gucciego i wyślemy cię na przyjęcia. Poznasz reżyserów, producentów... Uśmiechnęłam się. Pomyślałam "pomylił mój zawód". Zabrałam demo i wyszłam.

Aktorka rozbiera się na ekranie, więc... taki stereotyp.

- Nie grałam w scenach erotycznych aż do filmu "Skrzydlate świnie", którego premiera planowana jest na jesień. To był mój nagi debiut, Pawła Małaszyńskiego zresztą też.

Jak poszło?

- Zażenowanie, przełamywanie barier... Scena była o tyle trudna, że stroną inicjującą zbliżenie byłam ja. W jakimś sensie musiałam nas dwoje wprowadzić w tę intymność. A nagość na oczach kilkunastoosobowej ekipy to dodatkowa dawka stresu. Było coś niesamowitego w chłopakach, którzy kręcili tę scenę - wózkarz miał odwróconą głowę, oświetlacze ustawili lampy, ale czekali w innym pokoju, dźwiękowiec zamknął oczy. Było łatwiej. Po wszystkim wyszliśmy z Pawłem i z reżyserką na balkon. I tam dopiero puściły emocje.

Grasz dużo, rano wychodzisz, wracasz wieczorem. Kiedy znajdziesz czas na założenie domu?

- Taki moment. Nie potrafię sobie jeszcze wyobrazić takiego normalnego, codziennego życia. Jeśli już, to myślę, co powiem swojemu przyszłemu dziecku, jakie rzeczy mu pokażę.

Nie jesteś gotowa na takie doświadczenia?

- Jeszcze mi się nie spieszy. Niedawno moja najlepsza przyjaciółka ze szkoły teatralnej została mamą. Zadzwoniła do mnie w środku nocy. Usłyszałam w słuchawce jej wzruszony głos: Właśnie urodziłam syna, zaraz mi go przyniosą! Łzy popłynęły mi po policzkach. Ciekawe, jak to będzie ze mną.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje