Przejdź na stronę główną Interia.pl

Kamilla Baar: Jestem wyłącznie swoja

Niespokojna dusza. Marzy, szuka, fantazjuje. Kiedy wpada na jakiś pomysł, musi go zrealizować już, w tej samej chwili. Żeby zdążyć, zanim pojawi się kolejny.


Reklama

To był wywiad długodystansowy. Zaczęłyśmy rozmawiać w winiarni, po konferencji prasowej, kontynuowałyśmy w klubie 1500 m² na ukochanym przez Kamillę Baar Powiślu, a po jego zamknięciu przeniosłyśmy się do pobliskiego parku, gdzie nocą dzięki aplikacji w iPhonie obserwowała gwiazdozbiór. - Uwielbiam księżyc. Kiedy jestem z Wojtkiem (Błachem, również aktorem - przyp. red.) w naszym domu na wsi, gwiazdy są tak widoczne, że masz wrażenie, jakby niebo miało spaść ci na głowę...

Lubię wiedzieć, kto jest spod jakiego znaku - mówi. Ona sama jest zodiakalną Wagą i - jakby powiedział astrolog - gwiazdy jej teraz sprzyjają. Została nagrodzona za rolę Ali w "Tangu" Mrożka (na Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru Telewizji Polskiej "Dwa Teatry"), wystawianym na deskach Narodowego - ostatnim przedstawieniu Jerzego Jarockiego. Otrzymała też Wiktora w kategorii odkrycie telewizyjne, bo chociaż miała na koncie kilka ról filmowych (w tym głośny debiut w "Vincim" Juliusza Machulskiego), to szeroka publiczność pokochała ją za doktor Hanę Goldberg w "Na dobre i na złe". We wrześniu zobaczymy aktorkę w jednym z trzech przedstawień telewizyjnych, które powstały z okazji setnej rocznicy urodzin Jerzego Wasowskiego, współtwórcy Kabaretu Starszych Panów. Będzie to musical "Pamiętnik pani Hanki" w reżyserii Borysa Lankosza.

Muzyka jest pasją Kamilli, o której potrafi opowiadać godzinami ("Żałuję, że już nie usłyszę Serge’a Gainsbourga, ale byłam na koncercie jego córki Charlotte!"). I pewnie nasza rozmowa trwałaby jeszcze długo, bo Kamillę rozpierała energia, gdyby o jej końcu nie zadecydowały... komary.

Juliusz Machulski wiedział, że malujesz, kiedy obsadził cię w "Vincim" w roli Magdy, genialnej kopistki?

Kamilla Baar: O matko, każesz mi się cofnąć o prawie dziesięć lat? No dobrze... Machulski wiedział, że można ze mną porozmawiać o sztuce. Był czas, gdy marzyłam o tym, żeby zostać malarką. Jeśliby do tego doszło, tworzyłabym zapewne obrazy w klimacie Marka Rhotki. Lubię wyrażanie emocji poprzez kolory.

Po jakie najczęściej sięgasz?

- Różnie. Czasami są to tylko czerń i biel albo odcienie szarości. Ale kiedy w zeszłe wakacje razem z synem stworzyliśmy swoje pierwsze wspólne dzieło, użyliśmy palety pozytywnej: róż, żółć, fiolet, pomarańcz, błękit. Wulkan energetyczny. Jak on powiedział, że ten obraz się nazywa...? Już wiem: "Rysiek"! (śmiech). No więc "Rysiek" wisi u nas w domu. 

W Warszawie jesteś jeszcze przybyszem czy już mieszkańcem?

- Bardzo zżyłam się z Warszawą, już jest "moja". Mieszkam na Powiślu, mam widok na park. Dopiero tu poczułam się u siebie.

W Szwajcarii jest miasto Baar, w Saksonii gmina o tej nazwie. Wiesz, gdzie sięgają Twoje korzenie?

- Był jeszcze reżyser telewizyjny Friedrich Baar - gdy jestem w Niemczech, to mnie o niego pytają. I piękna czeska aktorka Lída Baarová. Wiem, że moja najbliższa rodzina przed wojną mieszkała w Stanisławowie na Ukrainie, ale podobno przodkowie przywędrowali ze Skandynawii. Nie zagłębiałam się w to.

Z Człuchowa, tak jak ty, pochodzi też inna aktorka - Marta Żmuda Trzebiatowska.

- Ja się tam tylko urodziłam, za to dwa pierwsze lata swojego życia spędziłam w oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi Cierznie. Teraz rzadko tam jeżdżę, ale ciągle znam każdy kamień i mam do tego miejsca duży sentyment. Dziadkowie mieli wtedy duże gospodarstwo, ziemię. Jeździłam tam z kuzynami na rowerze, starej ukrainie, zaganiałam krowy na pole... Uwielbiałam spanie na sianie, jedzenie owoców wprost z krzaka, zbieranie ziemniaków. Pewnie dlatego tak lubię Powiśle z jego zielenią, Wisłą, ptakami. Gdzieś przeczytałam, że człowiek, aby wrósł w swoje życie, poczuł jego wartość, musi mieć własny kawałek ziemi.

A gdzie jest twój?

- Myślę, że właśnie tam, w domu moich dziadków. Z jeziorem w środku lasu, wolnością, zapachami, naturą. Co w niej jest, że staje się taka ważna?

No właśnie, co?

- Nie wiem, to takie pierwotne, mityczne przywiązanie do swojego miejsca. Kiedy przypominam sobie dzieciństwo, wracam myślami jeszcze do Poznania, gdzie urodzili się moi bracia - Damian i Błażej - i gdzie mieszkałam między czwartym a dziewiątym rokiem życia. Poznań, z całą swoją architekturą, to było bardzo "moje" miasto. Cztery wielkie przedwojenne domy otaczające podwórko, na którym oprócz samochodów stały też piaskownica i trzepak - centrum tego świata. Biegało się z kluczem na szyi, wszyscy wszystkich znali. Uwielbiałam bawić się w podchody. W naszej kamienicy były ogromne piwnice, a w nich schrony.

Schodziłaś do nich?

- Oczywiście, tam rozgrywał się scenariusz mojej wielkiej miłości do Tomka. Czekałam, aż będziemy bawili się w chowanego i zostaniemy sam na sam w ciemnościach. Rodzice nie pozwalali nam tam przebywać, ale mnie zawsze ciągnęło w zakazane miejsca. Nasza wataha sześciu, może ośmiu dzieciaków to była taka ekipa, którą można porównać do bandy z serialu "Stawiam na Tolka Banana" (w reż. Stanisława Jędryki - przyp. red.). 

Dowiedz się więcej na temat: Kamilla Baar | aktorka | aktorstwo | teatr | Baar Kamilla | związek | udany związek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje