Przejdź na stronę główną Interia.pl
Jedna gwiazda wystarczy

Mirella Dudek - żona Jerzego Dudka

Ja nie przepadam za udzielaniem wywiadów, za występowaniem w telewizji. Jakoś nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Zresztą jak piłkarz udziela wywiadu, to jakoś to wygląda, ale jego żonę zawsze pytają o pierdoły, np. co mąż lubi jeść - mówi Mirella Dudek, żona Jerzego Dudka w rozmowie z Krzysztofem Materną.

Krzysztof Materna: - Ilu wywiadów udzieliłaś w życiu?

Reklama

Mirella Dudek: Jednego. Osiem lat temu.

Samodzielnie?

- Nie, z mężem. Byłam wtedy w ciąży z Wiktorią.

A potem nie było już żadnych propozycji?

- Mnóstwo. Ale ja nie przepadam za udzielaniem wywiadów, za występowaniem w telewizji, jakoś nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Zresztą jak piłkarz udziela wywiadu, to jakoś to wygląda, ale jego żonę zawsze pytają o pierdoły, np. co mąż lubi jeść (śmiech)...

To dlaczego się zgodziłaś?

- Przez sympatię do pana prowadzącego.

Sympatia jest wzajemna, a poza tym ja z kolei nie mam doświadczenia w prowadzeniu wywiadów. To dla mnie pewnego rodzaju przygoda, zwłaszcza że mam gwarancję od redakcji: mogę rozmawiać z kobietami, które mnie szczególnie intrygują. A ty mnie interesujesz od pierwszego wejrzenia. Ujęła mnie twoja bezpośredniość i normalność. Czy ty masz świadomość, że taka jesteś?

- Mam. Ciągle powtarzam, że jedna gwiazda w domu wystarczy. Zawsze chciałam mieć spokój, żeby nikt mnie nie pytał w telewizji, co Jurek lubi jeść.

Ja nie będę. Chciałbym zapytać o początki waszego związku z Jurkiem. Czy żona piłkarza musi kochać piłkę nożną?

- Zanim poznałam Jurka, oglądałam tylko mecze reprezentacji Polski i Górnika Zabrze, głównie dlatego, że mój ojciec był wielkim kibicem Górnika. A potem bardziej zaczęłam się interesować nimi. Jurek był wtedy bramkarzem trzecioligowej Concordii Knurów. Ale krótko. Szybko przeszedł do Sokoła Tychy, a po 15 meczach wyjechał do Holandii. I wtedy zaczęła się wielka piłka.

Po jakim czasie do niego pojechałaś?

- Po miesiącu. Mieliśmy brać ślub we wrześniu 1996 roku, ale okazało się, że jestem w ciąży, i pobraliśmy się wcześniej, w czerwcu. W drugi dzień wesela Jurka już nie było, bo leciał z młodzieżówką do Argentyny. Stamtąd wrócił na jeden dzień do domu i pojechał na obóz.

Od tego momentu towarzyszyłaś mu w całej karierze.

- Tak. Byłam 5 lat w Holandii, 6 lat w Anglii i 4 lata w Hiszpanii.

I która zagranica była dla ciebie najmilsza?

- Najmilej wspominam ostatnią, czyli madrycką. Ale to tak bardziej pogodowo i klimatycznie. Wielki sentyment mam do Liverpoolu, bo tam urodziły się nasze córeczki. Mecze też bardziej mi się tam podobały, bo jednak nie ma lepszych kibiców niż angielscy.

A ty komu teraz kibicujesz?

- Śledzę wyniki Piasta Gliwice, bo brat Jurka jest tam trenerem, Górnika Zabrze i Legii Warszawa, bo gra tam nasz przyjaciel Marek Saganowski. Kibicowanie zawsze wiążę z konkretną osobą. Odcięłam się trochę, jak Jurek przestał bronić, już nie mam takiego zapału. Ale jak są mecze ligowe, to sprawdzam wyniki Legii i Piasta.

W takim razie co jest najważniejsze w życiu Mirelli Dudek, kiedy piłka schodzi na dalszy plan?

- Przede wszystkim dom. Rodzina, dzieciaki, mąż. I przyjaciele.

Zawsze mi się wydawało, że w domu ty byłaś dowódcą.

- Tak jest. Jurek zawsze był na meczu albo zgrupowaniu. Oczywiście, w moim sercu też (śmiech)...

Jak go poznałem, to uznałem, że jest osobą niesłychanie pogodną, ale jednocześnie wydawało mi się, że ten jego optymistyczny stosunek do świata to twoja zasługa.

- Mam nadzieję, że tak jest. Jurek czasami o tym wspomina i docenia spokój, który mu zapewniłam. Bo jak on przychodził do domu, zawsze wszystko było poukładane, posprzątane, obiadek zrobiony. Dzieciaki wracały ze szkoły, zdarzało się, że razem spędzaliśmy czas. Ale rzadko, bo Jurka zwykle nie było. Przez te 17 lat jego kariery, przepraszam - przygody, nie mieliśmy wspólnych weekendów czy świąt. Przylatywaliśmy do Polski na tydzień, na Boże Narodzenie. Wiadomo, że trochę mnie bolało, że jest niedziela, a ja zawsze sama z dzieciakami. Ale to kwestia przyzwyczajenia. Od początku właściwie byłam z tym pogodzona.

Miałaś za granicą przyjaciół?

- W Holandii była spora ekipa Polaków. Na samym początku grali Tomek Iwan i Marek Saganowski, obaj byli z żonami.

Czyli towarzystwo piłkarskie?

- I tylko polskie. Nigdy nie przyjaźniliśmy się, a nawet nie kolegowaliśmy z żadnym z piłkarzy zagranicznych.

Imprezy z żoną Casillasa czy Ronaldo nie wchodziły w grę?

- Kompletnie.

A dlaczego?

- Takich imprez w ogóle nie było. Oni dwa, trzy razy do roku mieli jakąś imprezkę, na której przeważnie pojawiali się sami panowie. Jednocześnie bez przerwy widywali się w klubie, więc jak tylko mieli wolną chwilę, to woleli ją spędzić z rodzinami. Tylko jak chodziłam na mecze, widywałam inne żony i dziewczyny piłkarzy. Kontaktu z nimi nie miałam żadnego.

To bardzo ciekawe, bo my mamy takie przeświadczenie, że życie towarzyskie Realu Madryt czy Liverpoolu przenosi się do domów.

- Nie było ani jednego spotkania. Naprawdę.

Dziwny świat.

- Czasami coś tam organizowali, ale Jurek nie był chętny, żeby wychodzić.

Nie był chętny czy mu nie pozwalałaś? Powiedz szczerze.

- (śmiech) Nie, nie był chętny! Wolał siedzieć w domku i odpoczywać. Teraz mu nie pozwalam chodzić na imprezy! 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje