Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jasiek Mela: Poza horyzonty

Jasiek Mela - podróżnik, polarnik, najmłodszy zdobywca dwóch biegunów. Jest także pierwszym niepełnosprawnym, który dokonał takiego wyczynu! Zdobył kolejno Kilimandżaro i Elbrus. Przebiegł nowojorski maraton. Niósł pochodnię z ogniem olimpijskim. Pokonał wiele innych mniejszych i większych biegów, wysokości i barier. Ale najważniejsze, że cały czas pokonuje z sukcesem ten swój własny życiowy maraton. A wszystko zaczęło się od pierwszej wyprawy w 2004 roku.

Gdyby nie relacja telewizyjna z wyprawy na biegun, którą w TVP1 oglądała wówczas cała Polska, świat pewnie nie dowiedziałby się o Jaśku, choć wówczas jeszcze Jasiu... który w 2002 roku w wyniku porażenia prądem stracił przedramię i podudzie. Dziś nadal mimo dorosłego wieku  chce być nie  Janem a Jaśkiem. - Mam taką swoją teorię, że z Jasia wyrosłem po 13 roku życia, żeby być Jankiem musiałbym mieć czołg i psa, na Jana potrzeba mi długiej brody, więc chwilowo jestem Jaśkiem  - tak sam to opisuje.  - Może trochę chłopięco, ale po prostu tak lubię, w swojej głowie sam tak na siebie mówię.

Poza horyzonty

Reklama

A więc Jasiek jest przykładem osoby, dla której dramat przemienił się w sukces i stał się  początkiem wielkiej pasji, życiowej misji a także zawodowych zajęć. To namacalny dowód, potwierdzający tezę, że coś z pozoru złego, może zrodzić dobro! I to dużo dobra, bo  Jasiek dziś to nie tylko podróżnik spełniające własne marzenia, ale także społecznik, a przede wszystkim ambasador akcji, jak ja to sam nazywam, "da się tylko trzeba chcieć". Prowadzi własną fundację "Poza Horyzonty", której celem jest pomaganie ludziom po wypadkach w których stracili kończyny i zbieranie pieniędzy na protezy dla osób po amputacjach. To wielka sprawa, bo mało kto zdaje sobie sprawę jak duży to wydatek. Taka nowoczesna proteza kosztuje tyle, co luksusowa limuzyna. Jasiek jest zdobywcą wielu nagród.

Jak na  tak młodego człowieka, Jasiek ma bardzo bogaty życiorys. Jak on to osiągnął, dlaczego się nie poddał, kiedy było mu ciężko? Czy ktoś mu w tym pomógł? U mnie w programie przyznał wprost - wypadek nauczył go, że póki życie trwa, póty mamy na nie wpływ.

- Po wypadku myślałem o tym, czego nie będę w stanie zrobić. Kiedy wyjeżdżałem z domu, na początku na wózku, wydawało mi się, że ludzie cały czas się na mnie patrzą, że jestem inny, gorszy. Najtrudniejsze było dla mnie zaakceptowanie samego siebie. Kiedy mi się to udało, zrozumiałem, że to nie ilość nóg i rąk decyduje o tym, to kim jestem, ale to, co mam w głowie. Jeżeli człowiek chce się poddać i wmówić sobie, że jest beznadziejny, to niepełnosprawność jest najlepszą wymówką. Wiele osób niepełnosprawnych właśnie tak podchodzi do swojej sytuacji.

Dziś, po dziesięciu latach od wypadku Jasiek nie ma problemu, żeby o tym wszystkim mówić. To raczej ja czułem się niezręcznie, kiedy spotkaliśmy się na nagraniu programu. Było to nad Wisłą w okolicach Warszawy, gdzie w okolicach Konstancina rzeka wygląda na dziką i nieujarzmioną. To był pomysł reżysera programu, Grzegorza Jankowskiego, i wydawcy, Tomka Płuciennika. Oni widzieli to piękne i bardzo dzikie miejsce już wcześniej i pomyśleli, że jeżeli rozmawiać w Warszawie z podróżnikiem, to tylko tam! Mieli rację.

Spotkaliśmy się nad brzegiem Wisły i - przyznam szczerze - nie bardzo wiedziałem, jak się przywitać z kimś, kto... nie ma ręki. Na szczęście Jasiek, dzięki swojej bezpośredniości, co nie jest zbyt częste wśród osób niepełnosprawnych, załatwił to zupełnie normalnie.

***

Jasiek Mela: - Często jest tak, że ludzie nie chcą mieć kontaktu z niepełnosprawnym. Niepotrzebnie się boją.

Krzysztof Ziemiec: - Wydaje mi się, że to my samy tworzymy sobie takie bariery. Pełnosprawni boją się niepełnosprawnych. Boją się im pomagać, bo nie chcą być posądzeni, że robią coś z litości. Ja sam w takiej sytuacji się znalazłem!

Jasiek Mela:  - Tak, ale jest różnica między pomaganiem a wyręczaniem. Kiedy zawiązuje buty, wiem, że szybciej będzie, gdy  poproszę kogoś o pomoc.

***

Dystans, którego tak niepotrzebnie się bałem, od pierwszej chwili bardzo się zmniejszył. Zachęcony zacząłem pytać o najważniejsze, a mianowicie, co stało się, że jego życie tak dziś wygląda. Bo był przecież moment, kiedy mając 13 lat, mógł przejść na tamtą drugą stronę... A jednak przeżył! Sam otwarcie mówi że ten wypadek w niektórych aspektach był doświadczeniem podarowanym przez Boga. - Na samym początku, kiedy rozpatrywałem to w aspekcie Boga i wiary, myślałem tak: Jakim cudem Bóg jest dobry, skoro pozwala na takie cierpienie, na śmierć młodszego brata parę lat wcześniej, stratę domu i ten wypadek. Ale czas i przemyślenia, pozwoliły mi zrozumieć, że za każdym razem, gdy coś tracimy, to coś dostajemy. Bóg nigdy nie zostawia w nas pustych miejsc - przyznaje Jasiek Mela.

Tak dojrzale mówi zaledwie dwudziestokilkuletni człowiek! Młody mężczyzna, który stracił rękę i kawałek nogi. Poraził go prąd, kiedy w czasie deszczu schował się w... budce z transformatorem. Dziś nie ma to znaczenia czy przez niedopatrzenie firmy energetycznej, niewiedzę czy młodzieńczą głupotę. O własnych siłach dotarł do domu. Potem był szpital i operacje, ale najważniejsze, że przeżył! Ale to nie był jedyny tragiczny moment w jego życiu. Kiedy miał sześć lat, spłonął ich dom w Malborku. Wszyscy czyli rodzice, dziadkowie, on, dwie siostry i brat - patrzyli jak płonie cały ich dobytek. Rok później w jeziorze utopił się jego brat. Właściwie w jednej chwili zawalił się cały jego dotychczasowy świat.

Potem był wypadek. Mogłoby się wydawać, że stracił wszystko. A co dostał? - Dostałem siłę i znalazłem sens życia. Nie mam większych oporów przed mówieniem o swojej niepełnosprawności i wypadku. Dzieląc się swoim doświadczeniem chociażby z tymi, którzy są na podobnej drodze jak ja, ale na innym etapie, z ludźmi, którzy są po wypadkach, w szpitalach, mogę nadać sens swojemu cierpieniu, sens swojemu wypadkowi - mówi Jasiek Mela.

***

Krzysztof Ziemiec: Jaki sens ma cierpienie i to jeszcze w takim wieku? Bo wielu nie tylko młodych ludzi, nie chce o tym słyszeć. Cierpienie bywa raczej odbierane jako kara albo niesprawiedliwość.

Jasiek Mela: - Cierpienie pozwala nam cieszyć się z dobrych rzeczy, jakie spotykają nas w życiu. Leżąc w szpitalu, patrząc z okna szpitalnej sali, zazdrościłem ludziom, że mogą sobie chodzić, że mają zdrowie nogi. Dla mnie marzeniem było przespacerować się po parku. Nieważne, w jakim celu. Kiedy dostałem pierwszą protezę nogi, która wyglądała jak proteza magazynowana w Auschwitz, cieszyłem się jak dziecko. A gdyby nie wypadek, w życiu bym tego nie docenił. 

***

Nie ma barier nie do pokonania

Historia  Jaśka Meli nie jest jak hollywoodzki film z happy endem. To byłoby niewiarygodne dla innych. Jasiek też miał momenty załamania, kiedy nie wiedział, czy stanie na nogi. Wiedząc o tym, zapytałem go wprost: Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że może lepiej by było, żeby ten prąd wtedy kopnął Cię mocniej? byłoby łatwiej, bo bez bólu...

- Było wiele takich chwil w szpitalu, kiedy doświadczałem czegoś najgorszego w  życiu, czyli bezradności. Tego, że przychodzi wielka dawka bólu, a ja nie wiem, kiedy to się skończy. Czy kolejna operacja skończy się dobrze, czy się wybudzę. Co sześć godzin podawano mi kolejną dawkę morfiny, aby uśmierzała ból, który za chwilę wracał. Wtedy zastawiałem się, czy nie lepiej byłoby trafić do tego lepszego świata, ale zrozumiałem, że taka jest moja misja, że to Bóg dał mi taki los. Faktycznie mogłem pójść na łatwiznę i stąd prysnąć, ale samobójstwo to najgorsze tchórzostwo - przyznaje Jasiek Mela.

***

Krzysztof Ziemiec: A kto jest dla Ciebie wzorem?

Jasiek Mela: - Trudno powiedzieć, bo ja takich wzorów mam kilka. Na pewno wzorami, choć nie jedynymi, są moi rodzice. Pamiętam moment, kiedy leżałem w szpitalu po wypadku. Lekarze byli zmuszeni amputować mi rękę i nogę. Świat mi się zawalił, wydawało mi się, że nic dobrego mnie już nie czeka. Pewnego razu zapytałem mamę wprost, czy umrę. Powiedziała, że nie wiadomo, ale musimy być dobrej myśli. To jest szokujące, bo teoretycznie mama powinna powiedzieć, że będzie wszystko dobrze. Rodzice zawsze serwowali mi prawdę, nawet najgorszą, bo trzeba sobie z nią poradzić.

***

Tym, który namieszał w życiu  Jaśka i sprawił, że wypadek zmienił jego świat, był podróżnik i polarnik Marek Kamiński. To dzięki niemu Jasiek się nie poddał. - Poznałem go w 2004 roku. Miałem 13 lat i leżałem w szpitalu po porażeniu prądem. Byłem w kiepskim stanie i rodzice wpadli na pomysł, żeby zaprosić go na krótką rozmowę ze mną. Chcieli, żeby ktoś dał mi takiego kopa. Ale on akurat był w trasie, jak to Marek. Chciał jednak mi pomóc. Myślał, żebyśmy pojechali razem na spływ kajakowy albo poszli w góry, ale... w końcu zaproponował wyprawę na Biegun Północny. Byli tacy którzy pukali się w głowę, słysząc o tym pomyśle. Chcieliśmy jednak pokazać, że nie ma barier nie do pokonania, że niepełnosprawni też potrafią. Marek pokazywał mi, jak radzić sobie ze zmęczeniem, mrozem, jak pokonywać kolejne etapy wyprawy. Ale przede wszystkim nauczył mnie, jak wyznaczać sobie cele, sięgać po marzenia i je realizować. Pokazał, że nie wolno się zatrzymywać, nie można się poddawać!

I udało się. W 2004 roku razem z Markiem Kamińskim, Wojciechem Ostrowskim i Wojciechem Moskalem dotarł na Biegun Południowy. Przed nim na ten wyczyn nie zdobył się ani nikt młodszy, ani żaden niepełnosprawny. Jasiek Mela, dziś już 100% podróżnik, na swym koncie ma także wejście na Kilimandżaro (2008 rok), Elbrus (2009 rok) oraz na El Capitan (2010 rok). Ale wtedy taka wyprawa to było szaleństwo!

- Dopiero zaczynałem poznawać życie na nowo, akceptować siebie i uczyć się chodzić na protezie. Kiedy zrozumiałem, że to propozycja na serio powiedziałem Markowi: "To brzmi genialnie, ale prawda jest taka, że ja nic o tym nie wiem. Poza tym, że jest zimno. Czy ja nie zamarznę?". Marek pożyczył mi kilka książek, dzienników z wypraw. Wojtek Ostrowski dał mi kilka filmów, które nakręcił podczas wypraw z Markiem, żebym zobaczył o co w tym wszystkim chodzi. Dopiero tydzień czy dwa po tym spotkaniu podjąłem decyzję. Nadal pełen wątpliwości, powiedziałem: "Zaczynajmy!". Nie było wiadomo, czy mój organizm da sobie radę. Trenowaliśmy, ale nie wiedzieliśmy, co będzie dalej... Półtoraroczny okres przygotowań do wyprawy był pełen momentów zwątpienia. Dodatkowo  spotykaliśmy ludzi, którzy nas od tego pomysłu odciągali. Uważali, że to niebezpieczne, ryzykowne. Ale Marek gwarantował bezpieczeństwo.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Mela | Krzysztof Ziemiec | wypadek | niepełnosprawność | Janek Mela

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje