Jak z nut
Jego życie jest jak amerykański sen. Licealista z Koszalina wystawia własny musical, zostaje asystentem Janusza Stokłosy, potem dołącza do zespołu Maryli Rodowicz. I tak Adam Sztaba trafił na Olimp: pracował z José Curą, Edytą Górniak, Stingiem. Ale popularność przyniósł mu dopiero "Idol" i "Taniec z gwiazdami". Bo dyrygent, żeby zostać gwiazdą, prócz pleców musi też pokazać twarz. W telewizji.
Twój Styl: Jesteś muzykiem czy gwiazdorem?
Adam Sztaba: Muzykiem jestem, gwiazdorem bywam postrzegany. Przed kamerą. W salach koncertowych publiczność ogląda tylko plecy dyrygenta, w telewizji jest inaczej. W "Tańcu z gwiazdami" zrobiono na dyrygenta normalny casting! Przychodzili kandydaci i dyrygowali na sucho, bez orkiestry. Ich umiejętności zawodowe były mniej ważne, liczyło się to, jak wyglądają na ekranie.
- Mam świadomość, że gdybym był wyłącznie dyrygentem koncertowym, a moją publicznością melomani, znałoby mnie znacznie mniej ludzi. A tak... Ostatnio po koncercie z okazji prezydencji, na którym dyrygowałem, kolega po fachu napisał na Facebooku: "Ech, ten Adam Sz. Zawsze wie, gdzie jest kamera, uśmiech filuterny...".
Jak się zostaje dyrygentem?
- Niektórzy o tym marzą, ale u mnie dyrygowanie przyszło z konieczności. Wcześniej robiłem np. symfoniczne aranżacje utworów Edyty Górniak czy Perfectu, przynosiłem partyturę, dyrygent stawał przed orkiestrą, a ja w reżyserce słuchałem. I aż mnie nosiło, bo poprowadziłbym orkiestrę inaczej. Wybiegałem, robiłem uwagi. W końcu kupiłem batutę i sam stanąłem przed orkiestrą.
Batuta jest niezbędna?
- Mnie pomaga, zwłaszcza przy dużej orkiestrze. To na nią skierowany jest wzrok muzyków. Dziś mam ją zawsze przy sobie. Dostałem nawet od kolegi specjalny stalowy futerał.
Pamiętasz swój pierwszy raz?
- Jasne. Stanąłem przed Sinfonią Varsovią. To był rok 2003. Nagrywaliśmy w studiu płytę Ewy Małas-Godlewskiej i José Cury, którą aranżowałem. Wielka orkiestra, światowej sławy muzycy, a tu przychodzi chłopiec dwadzieścia kilka lat i przeprasza, że właściwie to on nie jest dyrygentem i prosi o wyrozumiałość. Widziałem uśmieszki, byłem sparaliżowany. Ale w przerwie podszedł do mnie koncertmistrz, wybitny wiolonczelista pan Jerzy Klocek i powiedział: "Panie Adamie, pan dyryguje lepiej od niejednego zawodowca".
Bez dyrygenta orkiestra sobie nie poradzi?
- Może zagrać poprawnie, ale bez wyrazu. Nie wystarczą dobrze opisane nuty, z każdego muzyka trzeba wycisnąć energię, odpowiednie emocje. I do tego trzeba "chemii". Bywają sytuacje trudne. Czasem przyjeżdżam do obcego miasta, lokalna orkiestra patrzy nieufnie: "Ciekawe, co on umie, taki showman?". Jeśli nie zyskam ich zaufania, polegniemy.
- Kiedyś w Filharmonii Koszalińskiej miałem dyrygować spektaklem muzycznym "Opentaniec". Orkiestra składała się głównie z moich byłych nauczycieli ze szkoły muzycznej. Mało komfortowa sytuacja, bo jak zwrócić uwagę komuś, kto cię uczył dwanaście lat, że wszedł złym momencie albo gra nierówno? Ale znaleźliśmy wspólny język.
Dyrygent nie może być chyba nieśmiały? Słaby?
- Nie powinien. Ja zawsze miałem skłonności przywódcze, nie lubiłem stać w drugim rzędzie. Jako dzieciak byłem przewodniczącym klasy, zastępowym w harcerstwie, bandleaderem w zespołach rockowych. I potrafię być bezwzględny, zwłaszcza w pracy, gdy ktoś daje ciała. Parę razy rozstałem się z muzykami, kiedyś nawet z całą piątką, choć była to duża część mojej orkiestry.
Mówisz: "Moja orkiestra". Naprawdę jest twoja?
- Naprawdę. Stworzyłem ją w 2005 roku, na potrzeby "Tańca z gwiazdami". Zaprosiłem do współpracy znajomych muzyków, których nie musiałem nawet przesłuchiwać.
Czy dyrygent musi grać lepiej od swoich muzyków?
- Nie, ale doświadczenie mu pomaga. I "iskra boża". Moją zauważyła pani od rytmiki w przedszkolu. Dzieciaki śpiewały piosenkę, a ja im akompaniowałem ze słuchu na cymbałkach. Chyba mi wychodziło, bo powiedziała rodzicom, żeby mnie posłali na lekcje muzyki. Prosto z przedszkola popołudniami maszerowałem do szkoły muzycznej.
A potem w domu katowano cię gamami?
- Nie znosiłem tego. Kiedy mama wołała: "Adaś, do domu, pianino czeka", uciekałem na sąsiednie osiedle. Rodzice nie znali się na tyle na muzyce, żeby powiedzieć: "Źle, synku, jeszcze raz". I ja to wykorzystywałem, ale czułem, że im zależy. Tata czasem nawet zarywał pracę i szedł ze mną do szkoły, bo miałem koncert. Myślę, że nie miałem w sobie nic z małego geniusza, byłem niecierpliwy, chciałem grać, a nie ćwiczyć.
Kiedy po raz pierwszy zarobiłeś na muzyce?
- To był sylwester w Mielnie. Miałem 12 lat, zostałem szefem zespołu, choć byłem najmłodszy ze wszystkich. To była autentyczna kapela, z klawiszami, gitarami, solistką. I dostaliśmy chałturę w domu wczasowym, na imprezie dla kilkudziesięciu osób. Rodzice bali się trochę, bo taki gówniarz, a tu cała noc poza domem. Za zarobione pieniądze kupiłem sobie kurtkę dżinsową w Peweksie. Marzyłem o niej od dawna, ale zawsze była za droga.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
Coś jest w powietrzu, ale wszyscy rodzice dostali... więcej
Reklama
Wasze komentarze (26)
-
19.11.2011 (18:38)Adam Sztaba jest super gosciu. ma dobry wyraz twarzy . lubie sluchac gdy dyryguje orkirstra . jako Juror w TV jest swietny , abawny i wypowiada sie super zna sie wspaniale namuzyce jest mlody utalentowany. Mamy wspanialego muzyka i dyrygenta Brawo adam Sztaba -Gratulacje lubimy i szacunek ode mnie i mojej rodzinki
-
19.11.2011 (12:20)
-
-
17.11.2011 (16:46)Oj ludzie, ludzie co za czasy maluteńki muzyczek przedstawiany jako wielki dyrygent... Zobaczcie najpierw kto to Rowicki, Skrowaczewski, Semkow, Wit czy Serocki a potem się zachwycajcie panem Adasiem.
-
16.11.2011 (14:53)
-
15.11.2011 (06:13)













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia