Jak tu się zatrzymać?
Wielkie nazwisko w Hollywood. A jednak żyje pod dyktando telefonu. Gdy dzwoni, rzuca wszystko, jedzie robić film ze Spielbergiem, Polańskim, Tarantino. Anna Sheppard, najwybitniejsza polska kostiumograf, dwa razy nominowana do Oscara. O pracy, która zawsze wygrywa z osobistym życiem, i ogromnej wierze w siebie, której trzeba, by stwarzać na planie fikcyjny świat, rozmawia z Magda Jaros w swoim londyńskim domu.
Czarne porsche zatrzymuje się przed stacją metra w modnej dzielnicy Londynu. Kobieta za kierownicą ma metr pięćdziesiąt wzrostu i włosy związane w kucyk. Ubrana w błękitne sprane dżinsy, tenisówki. Gdyby nie dyskretna dobra biżuteria i okulary vintage w szylkretowych oprawkach, pomyślałabym, że Anna przysłała kogoś, by mnie odebrał.
Kiedy jedziemy do jej domu, tłumaczy, że jest wierna porsche od lat, chyba na przekór swojej posturze. Starsze modele, z manualną skrzynią biegów, były tak "twarde" w prowadzeniu, że jazda przypominała ćwiczenie na siłowni. Znajomi pytali: nie lepiej przesiąść do czegoś wygodnego? Nie, bo w jej środowisku najbardziej liczy się fantazja. Czy filigranowa kobieta przyciskająca na autostradzie gaz do dechy w 300-konnej carrerze nie robi wrażenia?
Twój Styl: Trudno cię złapać. Umawiamy się na tę rozmowę od prawie dwóch lat...
Anna Sheppard: Bo po drodze zrobiłam wielki film w Hollywood i trochę mniejszy w Europie. Ten pierwszy, ekranizacja "Kapitana America", komiksu z czasów drugiej wojny, miał gigantyczny budżet - mogłam wydać osiem milionów dolarów. W szczytowym momencie produkcji pracowało dla mnie 85 osób. Film "Sobowtór diabła", o dublerze syna Saddama Husajna, był nieporównywalnie skromniejszy. Wzięłam go, bo zaciekawił mnie scenariusz i reżyser Lee Tamahori, zdolny Nowozelandczyk. Projekt okazał się interesujący, a odtwórca głównej roli Dominic Cooper może się spodziewać w tym roku nominacji do Oscara. Jak widać, w mojej branży ciągle zdarzają się niespodzianki.
Można uodpornić się na czekanie i na to, że w życiu zawodowym niewiele zależy od ciebie?
- W prywatnym też nie, bo jak tu je planować? Moja kariera przypomina chodzenie po linie. Raz jest ona wyżej, innym razem niżej. Teraz wysoko, więc upadek byłby bolesny. Nie mogłabym firmować swoim nazwiskiem złego filmu, nie mogę pozwolić sobie na nieudane kostiumy. Nauczyłam się, że jestem tyle warta, ile mój ostatni film. A dzięki dobrze przyjętym "Bękartom wojny" Quentina Tarantino sprzed trzech lat trudno mi opędzić się od pracy.
W tym filmie ubierałaś Brada Pitta. Co czujesz, kiedy taka gwiazda wchodzi do garderoby?
- W tym zawodzie nie ma czasu na grę wstępną, bo pierwsze, o co proszę aktora, to żeby rozebrał się do bielizny. Często się okazuje, że rzeczywistość nie bardzo zgadza się z idealnym wizerunkiem na ekranie. Wtedy wiem, że wszyscy będą musieli się napracować, by go stworzyć.
...a Brad Pitt?
- Wygląda jeszcze lepiej w życiu niż na ekranie, jest skromny, profesjonalny. Uprzedzono mnie, że bywa wybredny i trudny w wyborze kostiumów, w Hollywood krążą na ten temat legendy. W tym przypadku po czterech godzinach przymiarek, w których uczestniczył Tarantino, zatwierdziliśmy wszystkie kostiumy, jakie dla niego przygotowałam.
A słyszysz czasem od aktora: tego nie włożę?
- Przytrafiła mi się taka sytuacja, kiedy robiłam "Plac Waszyngtona" z Agnieszką Holland. Dla głównej bohaterki granej przez Jennifer Jason Leigh uszyłam 25 krynolin. Przed rozpoczęciem filmu wszystkie jej się podobały. Potem jesteśmy na planie w Baltimore. Przybiega asystentka Leigh: Jennifer nie włoży sukni w szkocką kratkę z aksamitną górą, bo ją pogrubia. Nie ma sensu tłumaczyć, że jest ściśnięta gorsetem tak, że ledwo oddycha, więc ma talię osy.
- Pobiegłam do garderoby, znalazłam granatową suknię z maleńką górą. Pocięłam obie i złożyłam w jedną. Nie mogłam zmienić całej sukni, bo w filmie był już rok 1860. Kobiety przestały nosić krynoliny, modne stały się tiurniury. Miałam taką jedną. Dla widzów być może jest to bez znaczenia, ale koledzy wytknęliby mi wpadkę.
Jaki kostium szyje się łatwiej: suknię z epoki wiktoriańskiej czy łachmany?
- Najłatwiej jest zrobić spektakularny kostium. Zresztą jego rola w filmie w ogóle jest wątpliwa. Oczywiście są produkcje, w których ma być widoczny, bo tworzy atmosferę. Najczęściej reżyser chce, żeby kostium był naturalny, nie wybijał się na pierwszy plan, czyli powinno nie być go widać. Zrobienie sukni do "Placu Waszyngtona" było niczym w porównaniu z kostiumami tłumów biednie i prawdziwie wyglądających ludzi w "Liście Schindlera".
Od tego filmu zaczęła się twoja międzynarodowa kariera. Wcześniej byłaś kostiumografem w filmach Zanussiego, Morgensterna, Gruzy. Jak znalazł cię Steven Spielberg?
- Razem z Krzysztofem Zanussim nakręciłam kilka filmów w koprodukcji z Niemcami. I właśnie skończyłam duży film w Paryżu, reżyserowała Agnieszka Holland, więc byłam już trochę znana w Europie. Miałam opinię specjalistki od lat 40. Któregoś dnia zadzwonił telefon. Spielberg zapraszał na rozmowę do Los Angeles. Pomyślałam: to chyba żart, ale kiedy dostałam bilet pierwszej klasy do Stanów, wiedziałam, że wszystko dzieje się naprawdę.
- Zamieszkałam w hotelu blisko studia. Codziennie dzwonił do mnie asystent Spielberga, że dziś Steven się nie spotka, bo jest zajęty. Siedziałam więc w pokoju, zastanawiałam się, w co się ubrać na TAKĄ rozmowę, i robiłam rysunki. Piątego dnia konsjerż alarmuje: Przysłano limuzynę, ma pani natychmiast jechać. Nie było czasu na przebranie, wzięłam rysunki, w dżinsach i podkoszulku wybiegłam z hotelu. Ze Spielbergiem spotkaliśmy się w studiu, kręcił "Park jurajski". Też był w dżinsach, T-shircie i pepegach. Porozmawialiśmy, przejrzał projekty. Chyba miało znaczenie, że jestem z Polski, znam realia, a plan miał być w Krakowie. Po rozmowie znowu kazali czekać - prawdopodobnie trzy dni. Po kilku godzinach zadzwonił asystent reżysera: "Witamy na pokładzie".
Jak wyglądało wasze spotkanie na planie? Miałaś tremę, że to wielki Spielberg?
- Relacje od początku były bardzo profesjonalne. Steven zatrudnia fachowców, którym ufa. Szłam do niego, zadawałam pytania, na które odpowiadał, ale w nic nie ingerował. Jest przeciwieństwem Romana Polańskiego - robiłam kostiumy do jego filmu "Pianista". On musiał sprawdzić każdy guzik, dotknąć każdego rękawa. Polański kręcił osobisty film, najmniejszy fałsz czy niedoróbka była dla niego widoczna.
Podobno Polański chciał, żeby w filmie "zagrały" prawdziwe ubrania.
- I je miał.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (50)
-
21.11.2011 (08:54)oz wy jelopy polskie, przeciez to wlasnie praca nadaje sens jej zyciu, jakos nikt nie zauwazyl ze jest zdolna i lubi to co robi, to jest jej zycie, reszta to przystawki
-
15.11.2011 (12:18)ciekawe jak to jest kiedy się dostaje propozycję za propozycją...czy pragnienie posiadania jak najwięcej pieniędzy kiedyś się kończy?
Rozumiem że można fajnie zarabiać...ale kiedyś trzeba przestać...
ble -
-
15.11.2011 (09:23)
-
15.11.2011 (07:17)
-
15.11.2011 (02:29)dobrze zrobila, kit z dziecmi wazna praca, teraz jest slawna , z corka tez dobrze zyje...maz ja zdradzil to go olala... brawo i nie wracaj do polski bo tu nikt Ci nie poszanuje...a jak ty bedziesz umierala w polsce to ci kaza przez obchodem wykitowac!!!













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia