Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jak panią palnę... - część II

Nigdy nie akceptowałam swojej aparycji. W tym względzie Stwórca się nie popisał, choć nie poskąpił mi talentu.

Do dziś mieszka w dawnym zakładzie introligatorskim ojca, który po studiach przerobiła na mieszkanie. Ojca nie poznała, zmarł kilka miesięcy przed jej narodzinami na chorobę naczyniową. Dobiegał sześćdziesiątki. Tatę zastępuje najmłodsza z jej sióstr. Gdy rodzi się Anna, ona ma 17 lat i zabiera Hanię na spacery, bo mama się wstydzi. Czterdziestokilkuletnia, ma już dwóch żonatych synów i zamężną córkę. Nie chce pokazywać się na ulicy z niemowlakiem. W dzieciństwie Anna słyszy od matki, że ma być posłuszna i dobrze się prowadzić. Taka jest. Rodzeństwo ją rozpieszcza. Mama czasem spuszcza lanie. Ostatni raz, gdy córka jako 18-latka o północy wraca ze spektaklu w Piwnicy pod Baranami. Prawie całe życie Anna mieszka z matką. Opiekuje się nią do śmierci - mama umiera tuż przed swoimi setnymi urodzinami. Aktorka raz kiedyś krzyczy na matkę. Do dziś nie może sobie tego darować. "Jednak nikt nie kochał mnie jak ona", mówi.

Reklama

Nie żałuje Pani, że nie stworzyła takiej rodziny jak mama? Nie żal Pani, że nie miała własnych dzieci?

Anna Polony: Pod koniec naszego małżeństwa Marek nie bardzo chciał. Chyba już czuł, że ucieknie do Warszawy i wszystko się rozsypie. A ja niby chciałam, ale w gruncie rzeczy to nie. Czułam, że będę musiała zrezygnować z teatru i zająć się tylko dzieckiem. Nie umiałabym takich rzeczy robić połowicznie. Byłam wtedy tak zakochana w teatrze, w graniu, w sobie, w tej pracy z Konradem. Nie umiałam sobie wyobrazić siebie jako pełnej poświęcenia matki. Niby nie miałam instynktu macierzyńskiego, ale zawsze kochałam maluchy. Teraz opiekuję się Mają, siostrzaną prawnuczką. Ma pięć lat i pyta: - "Ciociu, czy ty jesteś gwiazdą? - Dla ciebie na pewno". Jestem dla niej księciem w rajstopach z gąbkową szablą u boku. Patataj, pędzę na koniu, aby ją uwolnić z niewoli, po drodze zabijam wszystkie smoki, by w finale uklęknąć u stóp księżniczki i zapytać: "Czy zostaniesz moją żoną?". A ona: "Ach, uwielbiam cię, książę". Ta mała kocha mnie jak chyba nikt na świecie.

Kojarzy się Pani z ostrym, totalnym aktorstwem, a tu nagle odkrywam matczyną stronę Pani natury.

Anna Polony: Nigdy nie zastanawiałam się, co jest ważniejsze w życiu - rodzina czy kariera. Nawet nie umiałabym odpowiedzieć. Na równi traktowałam zawsze miłość do bliskich i pracę. Zresztą to wszystko się zazębiało. W pewnym momencie życia zrezygnowałam z przeprowadzki do Warszawy, ale nie dla rodziny. Chciałam zostać z Konradem Swinarskim i z nim pracować. Było to apogeum jego twórczości i apogeum moich możliwości aktorskich. Marek Walczewski był już wtedy w stolicy i ciągnął mnie tam. Kilku dyrektorów proponowało mi angaż, ale ja nie chciałam zrywać tego artystycznego, bardzo silnego związku z Konradem, ponieważ uważałam, że jest on owocny nie tylko dla mnie, nie tylko dla teatru, ale także, psia kość, dla kultury polskiej. Tak wtedy myśleliśmy.

Marzyła o scenie. Ale nie o takiej. Aktorką miała zostać jej starsza siostra. Anna chciała śpiewać. Słynny przedwojenny tenor, Stanisław Drabik, był częstym gościem rodziców. Anna dobrze zapamięta dzień upadku Berlina - Drabik z radości śpiewa arię Jontka z Halki. Drżą szyby i filiżanki w kredensie. Dziewczynka ma sześć lat i jest zafascynowana. Zaczyna uczyć się śpiewu. "Brałam lekcje u legendarnej Andy Kitschman, pierwszej polskiej dyrygentki, już wówczas starej i popędliwej" - wspomina. Jednak to przyjaciółka matki, przedwojenna aktorka, która opiekuje się Anną, sprawi, że dziewczynka zainteresuje się teatrem. "Przynosiła nam bilety do Teatru Słowackiego. Czasem nie było co ze mną zrobić i mnie, kilkuletnie dziecko, prowadzono do teatru z całą rodziną. Pamiętam Łomnickiego jako Puka w Śnie nocy letniej... Nic nie rozumiałam, ale chłonęłam atmosferę" - mówi Anna Polony. Siostra, której przez wybuch wojny nie udało się zrealizować marzeń o scenie, bardzo poważnie potraktuje fakt, że Anna ma na szkolnej akademii powiedzieć wiersz o Świętym Mikołaju. Do znudzenia męczy siedmiolatkę interpretacją tekstu. Sukces. Dziewczynce z wielką niebieską kokardą we włosach udaje się wzruszyć publiczność. "Zerwały się wielkie brawa i chyba wtedy zaczęło się moje wielkie zauroczenie sceną" - mówi po latach aktorka.

Czy ktoś z Pani licznej rodziny został aktorem?

Anna Polony: Siostrzeniec Andrzej Mrowiec. W dzieciństwie o mały włos nie udusiłam go kocykiem, bo tak darł się w wózku. Potem praliśmy się okrutnie. Właściwie to ja bardziej jego, bo kiedy był większy, nie wypadało mu przywalić swojej małej ciotce.

Aż się boję spytać o Państwa spotkanie zawodowe?

Anna Polony: O Jezus! To dopiero były awantury, mamy bardzo podobne charaktery,

jesteśmy zadziorni i gadatliwi. Zagraliśmy u Agaty Dudy-Gracz w Kreaturze. Jak tylko sypaliśmy się w tekście, zrzucaliśmy winę na tego drugiego. Dochodziło do strasznych scysji. Biedna Agata pertraktowała między nam i pewnie się bała, że przy okazji oberwie. Zrobiła jednak bardzo udane przedstawienie, w którym obydwoje zagraliśmy naprawdę dobre role.

A tęskni Pani za czasami, kiedy teatr w Polsce triumfował?

Anna Polony: Za komuny kwitł teatr, muzyka, wspaniałe kariery robili wirtuozi, reżyserzy, aktorzy, pisarze, mimo że przecież obowiązywała cenzura. Była przestrzeń dla wysokiej kultury i sztuki. Dzisiaj niestety rządzi pieniądz, więc jest trochę bardziej tłumnie, prostacko, wesołkowato, ale w istocie smutno. Sztuka jest inna i ja się z tym nie mogę pogodzić i nie mogę w niej znaleźć miejsca dla siebie. W każdym razie zrezygnowałam z robienia warszawskiej kariery, która jednak jest trochę większa niż kariera w królewskim mieście Krakowie. Wy, warszawiacy, uważacie zawsze Kraków za prowincję. Taka słodka, śliczna, elegancka, ale prowincja.

Ależ z Pani krakuska.

Anna Polony: Czuję w kościach Kraków, kocham jego niezwykłą aurę, choć mam temperament zupełnie nie krakowski. Odzywają się geny dziadka Węgra, który przywędrował do Polski 150 lat temu i zakochał się w mojej babci. Jestem żywa, impulsywna, a tutaj ludzie są spokojni, wyciszeni. Warszawa zawsze mnie przerażała przede wszystkim wielkością, bo mam słabą orientację w terenie. Dlatego nie jeżdżę samochodem, nie mówiąc o tym, że prędkość mnie paraliżuje. Najlepszy refleks mam na scenie. Intensywne życie na małej przestrzeni - to jest mój świat. Raz wsiadłam na motor i wjechałam w tłum. Cud, że nikogo nie zabiłam. Przerażony Jurek Kamas, który siedział w koszu, powiedział, że z Polony nigdy więcej nigdzie nie pojedzie. To był jeden z nielicznych seriali, w którym zagrałam dla grosza, Trzy szalone zera - produkcja dla młodzieży.

Całe życie unika kina. "Dobrze wyglądam z daleka" - mówi o sobie. Twierdzi, że jej uroda pasuje do teatru, gdzie ważna jest mimika, wyraziste rysy twarzy. Uważa również, że nie jest fotogeniczna. Od dziecka ma kompleksy. Mała, piegowata, z szarymi, słabymi włosami. "Natura obeszła się ze mną niedobrze. Byłam miernej postury, miałam nie najlepsze warunki, ale musiało być we mnie coś takiego, że te wady nie zaważyły na wyniku egzaminu do PWST" - zastanawia się. Chciała mieć urodę starszej siostry, która przypominała Vivien Leigh i miała delikatny zadarty nosek. Nawet dziś rozmowami na temat wyglądu Anna Polony zadręcza otoczenie. Wciąż siedzi przed lustrem. Czesze się, maluje, potem to zmywa i od początku.

Rozmawiała Anna Stefopulos

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje