Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ewa Drzyzga czyli byłabym kiepską aktorką

Zawsze się zastanawiam, jak znaleźć złoty środek, żeby nie popełniać błędów, które przydarzały się moim bohaterom - mówi Ewa Drzyzga w rozmowie z Krzysztofem Materną.

Krzysztof Materna: O wywiad z tobą starałem się ponad pół roku.

Reklama

Ewa Drzyzga: Ciąży na tobie twoja przeszłość! (śmiech) Ja myślałam, że to żart, nie traktowałam tego poważnie, przepraszam.

Myślisz, że jestem niepoważny?

- Nie, raczej, że masz talent do żartowania. Mimo że twoja fizis nie zdradza poczucia humoru.

Ale dzisiaj nie chcę żartować.

- Wiem, dlatego przyszłam i rozmawiamy.

Nie dostrzegłem zbyt wielu wywiadów z tobą.

- Nie jest tak źle. Staram się nie przesadzać, żeby nie mieć poczucia, że wszystko już powiedziałam. Poza tym moje życie na co dzień toczy się wokół rodziny i bohaterów mojego programu, a raczej trudno, żebym w wywiadach opowiadała o losach moich gości, bo ci, którzy chcą je poznać, włączają telewizor. I nie sądzę, żebym jako dziennikarka czyli - wciąż tak siebie postrzegam - była na tyle intrygująca, żeby co sekundę pojawiał się pretekst do rozmowy ze mną.

Pracując z Wojciechem Mannem, często słyszałem, że on nie lubi telewizji, że jego prawdziwym domem jest radio. Ty też zaczynałaś w radiu. Czym skusiła cię telewizja?

- Radio to wspaniałe miejsce, bo cię nie widać. Słuchacz skupia się na tym, co słyszy, w związku z tym ty też musisz się skoncentrować na tym, co mówisz. Tak było za moich czasów, teraz dziennikarze radiowi mają gorzej, bo są pokazywani w internecie, odbiór jest rozproszony. Radio ma swoją magię - jest absolutnie intymne, towarzyszące. Telewizja pod tym względem jest mniej atrakcyjna.

Ale jednak się na nią zdecydowałaś.

- Tak, ale nie dlatego, że telewizja mnie czymś specjalnym kusiła. Powód był bardziej prozaiczny - pociągnęła mnie lojalność wobec szefów. W czasach, kiedy byłam jeszcze kojarzona z informacją, powstawała TVN24. Najpierw pojawił się Andrzej Sołtysik, ówczesny rzecznik TVN, i powiedział mi o castingu do programu, który może mnie zainteresować. Wymiksowałam się, bo, po pierwsze, nie chciałam przenosić się z Krakowa do Warszawy, po drugie, kochałam swoją pracę i nie potrzebowałam innej. Ale później zadzwonił do mnie Edek Miszczak, dyrektor TVN. Czułam, że on mi dobrze życzy, a poza tym nie wypadało mi odmówić. Umówiłam się na spotkanie, ale z przekonaniem, że prezes radiowy i tak się nie zgodzi na to, żebym pracowała tu i tu.

A on się zgodził.

- A on się zgodził.

Miał ciebie dosyć.

- Przez rok pracowałam w telewizji i w radiu. I zaczął się jeden z najdłuższych seriali w telewizji. Właśnie zniknęła "Moda na sukces", więc rzeczywiście mam szansę na najdłuższy talk-show.

Od kiedy ten program stał się twoim drugim domem? I co cię wciągnęło najbardziej?

- Najbardziej wciągnęło mnie "otwieranie" ludzi. Spodobało mi się, że coś, co do tej pory było zakryte i stanowiło jakiś ciężar, zaczyna się w moich gościach otwierać. Pamiętam program o rodzinie z północno-wschodniej Polski, w której ojciec pozwolił synowi zbierać złom na poligonie. A przecież to nie jest miejsce dla dziecka! Widownia była przygotowana do atakowania ojca i faktycznie mały atak się odbył, po czym on powiedział do mnie: "Słuchaj, to jest ostatnia rzecz, jakiej bym dla mojego syna chciał. Syn tam chodzi, bo nie mamy co jeść". Okazało się, że ojciec rodziny jest stolarzem, ale nie ma piły, więc nie może znaleźć pracy. I teraz pomyśl: w obliczu całej tej produkcji piła nie kosztuje nic. Ryzykując trochę, powiedziałam, że my to jakoś załatwimy. I kupiliśmy mu tę piłę, już poza wizją ją wręczyliśmy, i w tym momencie zmieniło się życie całej jego rodziny.

- Wiem, że telewizja nie jest Świętym Mikołajem i raczej kojarzy się z kiepską, ogłupiającą rozrywką, a nie charytatywną działalnością, ale pamiętam, że wtedy pierwszy raz pomyślałam, że warto. I że będę robiła ten program dopóty, dopóki będę mogła pomagać konkretnym ludziom. Do tej pory wyznaczam sobie takie terminy: jedna osoba na miesiąc, jedna na tydzień. Zawsze się zastanawiam, czy to jest właśnie ten program, podczas nagrywania którego będę mogła komuś pomóc. Inaczej to nie ma sensu.

Jak robiłem z Wojtkiem "MDM", to naszym celem były rozmowy z tzw. kolorowymi ludźmi. Pamiętam ginekologa, który napisał więcej sonetów niż Petrarka.

- Zdarzają się pasjonaci.

Tak. Tymczasem rozrzut gości w twoim programie jest znacznie większy. Masz czasem poczucie, że obcujesz z odmieńcami?

- Nigdy tak nie patrzę na moich gości.

Żaden z nich nie był dla ciebie odmieńcem?

- W moim odczuciu nie.

Mówisz to jako dziennikarka?

- Jako człowiek. I przez półtorej godziny staram się zrobić wszystko, żeby w osobie, w której wszyscy widzą odmieńca, zobaczyć człowieka. Niestety, muszę przyznać, że czasami po montażu, gdy z półtorej godziny zostaje 35 minut, moje poszukiwanie człowieka się gubi. I tu jestem trochę bezradna, ale tłumaczę sobie, że nie do końca mam na to wpływ.

Myślisz, że widzowie patrzą na twoich bohaterów jak na ofiary wypadku samochodowego? Zatrzymują się i nie chcą pomóc, tylko zobaczyć, kto już nie żyje?

- Wiem, że są widzowie, którzy wyrabiają sobie przekonanie na temat programu na podstawie rzutu okiem między przejściem z jednego pokoju do drugiego. Dlatego nie mogę brać odpowiedzialności za intencje widza. Mogę tylko mówić o swoich. 

Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że intencje czasem mają się nijak do efektu końcowego...

- Oczywiście, ale jaki mam wybór? Mogę tego w ogóle nie robić albo w człowieku starać się zobaczyć człowieka i liczyć na grupę nieco bardziej wrażliwych widzów, którzy potrafią się skupić i wczuć w opowieści bohaterów. Bo przecież są tacy, którzy oglądają program od początku do końca i nabierają takiego przekonania, o jakie mi chodzi w rozmowie.

Przeżywasz to, co mówią twoi bohaterowie?

- Tu i teraz bardzo. Wyobraź sobie, że przychodzi do ciebie osoba, która czeka na spotkanie z tobą, a potem opowiada intymne historie i właściwie jest emanacją emocji, które nią w tym momencie targają. A ty siadasz czy stajesz koło tej emocji i słuchasz. Czujesz ją po prostu na skórze, nie da się przed tym ochronić.

Wyglądasz raczej na osobę spokojną, cierpliwą i życzliwą.

- A czy to nie jest współodczuwanie?

No, przecież możesz grać.

- O nie, błagam cię! Kiedyś chciałam być aktorką, ale nią nie zostałam, bo wiedziałam, że będę kiepska.

Nie czujesz zmęczenia materiału?

- Co rok się zastanawiam, czy to ma jeszcze sens. A potem przychodzi jakiś list i okazuje się, że wciąż jest o czym rozmawiać. Poza tym zmieniają się pokolenia. I nie chodzi o to, że pokolenie jest inne, więc łatwiej je zainteresować, tylko o to, że zmieniają się tematy. No bo czy piętnaście lat temu zrobiłabym program o dziewczynie, która żąda od matki "beemki" na osiemnaste urodziny? A matka zarabia 2400 zł i pracuje 12 godzin dziennie.

Jaki masz stosunek do tej dziewczyny?

- Zadziwia mnie, więc próbuję zrozumieć, jakimi kategoriami myśli, co jest dla niej najważniejsze. Kto będzie ją woził tym samochodem, skoro ona nie ma nawet prawa jazdy? I dlaczego nie jest w stanie zrozumieć matki? Zauważyłam, że robimy bardzo dużo programów o tym, jak młodzi próbują dotrzeć do swoich rodziców, żeby od nich coś dostać, i o rodzicach, którzy próbują za wszelką cenę zatrzymać swoje dzieci albo przynajmniej jakoś się do nich przedrzeć, zrozumieć ich język.

Czujesz się terapeutką?

- Nie. Dlatego gdy mam za plecami prawdziwego terapeutę, czuję się znacznie lepiej.

Myślisz czasem: powinnam więcej czasu poświęcać swoim dzieciom, bo będą chciały "beemkę"? Masz chłopców, więc dwie "beemki" albo właściwie maserati.

- Zawsze się zastanawiam, jak znaleźć złoty środek, żeby nie popełniać błędów, które przydarzały się moim bohaterom. Zdarza się, że opowiadam o nich dzieciom - mówię, że spotkałam rodziców, którzy mają takie problemy, albo że poznałam dzieci, które muszą się zmagać z jakimś kłopotem. Nie robię tego często, ale jak widzę, że któryś temat trafił w punkt, to mówię. Chłopcy oczywiście nie oglądają mojego programu, są za mali.

A mąż?

- Mąż może, ale nie ogląda (śmiech). Myślę, że dla zdrowia psychicznego. Staramy się wyłączać telewizor, słuchamy audiobooków, czytamy książki. Dzięki temu w domu jest spokojniej, wszystko się wyciszyło. Rozmawiamy po ludzku.

Znajdujesz czas na to, żeby być po prostu piękną kobietą?

- Służbowo tak, bo muszę.

A prywatnie w ogóle cię to nie interesuje?

- Nie skupiam się na tym.

Interesujesz się parytetami, feminizmem? Jesteś w Kongresie Kobiet?

- Nie jestem.

Dlaczego? Tyle kobiet ma do ciebie zaufanie, mogłabyś im pomóc...

- Wiem. Ale ja pomagam w inny sposób - słuchając kobiet. I pozwalając im mówić o sobie. O tym, jak zajmują się dziećmi, jak chodzą do sklepu, muszą zapłacić rachunki. Parytety parytetami, ale myślę, że jak się posłuchamy nawzajem, to będzie większa szansa na zmianę. Mam wrażenie, że polityka coraz bardziej odkleja się od życia. Wszyscy zajmują się sobą i swoimi sprawami - politycy są dla samych polityków, dziennikarze dla dziennikarzy. A kto idzie w imieniu tych, którzy ich wybierają?

Drzyzga!

- Nie. Ja idę z ludźmi w jednym szeregu.

------

Ewa Drzyzga - dziennikarka. W latach 90. XX w. była szefową działu informacji i dziennikarką RMF FM, od 15 lat prowadzi talk-show "Rozmowy w toku" (TVN). Jej mężem jest Marcin Borowski, dziennikarz, z którym ma dwóch synów: 11-letniego Stanisława i 9-letniego Ignacego. Mieszka w Krakowie. Ma 47 lat.

Krzysztof Materna - reżyser, aktor, satyryk. Jego ostatnia książka nosi tytuł "Przed Państwem Krzysztof Materna (dla przyjaciół siostra Irena). Przygody z życia wzięte". Ma 65 lat.

PANI 2/2015

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje