Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dziś wolno mi więcej

Już nie mieszka na stałe na pustkowiu w Kotlinie Kłodzkiej, choć akcja jej ostatniej książki właśnie tam się toczy. Sobie i kobietom mówi dziś: „dojrzałość to wolność”. Od dzieci, oczekiwań społecznych, ograniczeń. I zachęca: „zamiast liczyć zmarszczki, róbcie to, na co zawsze miałyście ochotę”. O tym, czego szuka w związku, dlaczego nie lubi romansów i czemu nie żyje już na wsi, opowiada pisarka Olga Tokarczuk.

Twój STYL: Nadal nie lubi pani mówić o sobie?

Reklama

Olga Tokarczuk: Tak. Nie mam ekstrawertycznej osobowości, jestem dosyć nieśmiała. Kiedy wydałam pierwszą książkę, na początku lat 90., pisarze byli jeszcze anonimowi, stali na uboczu rozpędzającej się dopiero machiny mediów. Dziś przesunęły się granice prywatności i równie ważna jak sama książka stała się „osobowość” autora czy autorki. Pisanie powieści jest mało spektakularnym zawodem, ale we Wrocławiu czy Nowej Rudzie jestem już rozpoznawana. Inaczej jest daleko od domu – zauważyłam, że na spotkaniach autorskich ludzie spodziewają się dużej, starszej kobiety. Podobnej trochę do postaci Janiny Duszejko z mojej ostatniej powieści. Interesuje ich też moje życie, chcą wiedzieć, „kto stoi za tekstem, który przeczytali”.

20 lat temu w jakim miejscu pani była? Jako kobieta, autorka?

- W 1990 roku miałam już napisaną pierwszą powieść Podróż ludzi Księgi, ale daleko było jeszcze do jej publikacji. Byłam wtedy psychoterapeutką bardzo zaangażowaną w swoją pracę i matką trzyletniego synka. Urodziłam go jako 24-latka, za mąż wyszłam rok wcześniej.

Młodo.

- Wtedy to nie było nic wyjątkowego. Początek lat osiemdziesiątych pamiętam jako nieustanną beznadzieję. Warszawa stanu wojennego, mieszkanie w 20-metrowym pokoju w akademiku z czterema innymi dziewczynami. Zimno, głodno. Zamknięte granice. Bieda. Warszawa wydawała mi się miejscem nie do życia – nieprzyjazna, szorstka, ogromna – dlatego z moim ówczesnym chłopakiem na ostatnim roku studiów przenieśliśmy się do Wrocławia.

- Tam zmienialiśmy wynajęte mieszkania kilka razy, aż po studiach wylądowaliśmy w ogromnym mieszkaniu w Wałbrzychu, u jego babci. Stare meble, koronkowe obrusy, poniemieckie kamienice i orkiestry górnicze, które w niedziele paradowały przez miasto z pióropuszami na czapkach. Kilka miesięcy po urodzeniu syna wróciłam do pracy. Zawdzięczałam to pomocy rodziny mojej i męża. Podobno w matriarchalnych społeczeństwach pierwotnych młode matki były zbyt cenne dla grupy, żeby zostawiać je w domu przy dziecku. Były silne, twórcze i przedsiębiorcze, dlatego dziećmi zajmowali się starsi, kobiety i mężczyźni – babcie, dziadkowie. Ja w jakimś sensie żyłam w takiej pierwotnej rodzinie (śmiech).

- Bardzo jestem za to wdzięczna moim rodzicom, teściom i babci Agnieszce. Oboje z mężem mieliśmy dzięki tej pomocy czas na pracę. Intensywną. Pamiętam, że po godzinach spędzonych w szpitalu psychiatrycznym oboje z mężem zaangażowaliśmy się jeszcze w tworzenie sieci samopomocowej dla ludzi uzależnionych od alkoholu.

Często matki pracujące obwiniają się o nieobecność przy dziecku.

- Ale chyba trudno oczekiwać, żeby młoda, twórcza i aktywna dziewczyna oddawała się z pasją tylko macierzyństwu. Moja mama też była bardzo aktywna zawodowo, kiedy urodziła mnie i moją siostrę. Zawsze miałyśmy nianie. Dobrymi matkami są kobiety szczęśliwe i spełnione – każda z nas ma na to szczęście inną receptę. Ja potrzebowałam pracy i pasji. Na szczęście nie miałam normowanych godzin, nigdy nie byłam na etacie „od 8 do 15”. Zresztą nie pamiętam koleżanek, które wtedy siedziałyby z dzieckiem w domu i zajmowały się tylko wychowaniem. Pod niektórymi względami tamte czasy były lepsze niż te dzisiejsze. Żłobki i przedszkola nie były dobrem luksusowym, dostęp do pracy był nieporównanie większy.

Ale w końcu rzuciła pani pracę psychoterapeutki i postanowiła żyć z pisania. Odważna decyzja.

- Wszystko dokonywało się raczej stopniowo. Na początku pisanie było dla mnie ukrytym i wstydliwym hobby. W domu dużo się czytało – świat znałam z książek. „Czytam, więc jestem”, tak mogłabym wtedy powiedzieć o sobie. Potem sama spróbowałam pisać i od czasu do czasu udawało mi się nawet coś opublikować.

- Kiedy jednak jako psychoterapeutka bardzo intensywnie zajmowałam się innymi ludźmi, zupełnie przestałam pisać. Chyba jest coś takiego jak pewien minimalny, a niezbędny do pisania poziom egotyzmu. Pod koniec lat 80. poczułam się zupełnie wyprana, wypalona i pojechałam na kilka miesięcy do pracy, do Londynu. Za dnia pracowałam w małej fabryczce anten do jachtów, a wieczorami szwendałam się po mieście i przesiadywałam w wielkich księgarniach, jakich wtedy w Polsce nie było. Na kilka dni prawie zamieszkałam w British Museum. Myślę, że przeżyłam tam jakiś szok kulturowy. Zobaczyłam mnóstwo rzeczy, których do tej pory nie znałam. Odkryłam też, zdaje się przy Oxford Street, niesamowitą księgarnię feministyczną Silver Moon.

- Dziś może się to wydać śmieszne, ale pamiętam, jakim wstrząsem było dla mnie uświadomienie sobie różnicy miedzy sex i gender, płcią biologiczną i kulturową. Siedziałam miedzy regałami i czytałam, bo na większość z tych książek po prostu nie było mnie stać. Wtedy w Londynie napisałam też swoje pierwsze „pełnometrażowe” opowiadanie pt. Numery, a zaraz po powrocie – Podróż ludzi Księgi. No i poszło... Założyliśmy z mężem wydawnictwo, wyprowadziliśmy się na wieś do Kotliny Kłodzkiej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje