Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dumna kurka złotopiórka

Nałogowa eksperymentatorka i zawodowa indywidualistka. Powiedzieć o niej "aktorka" to za mało.

Gwiazda Wojny polsko-ruskiej i debiutującego na festiwalu w Gdyni filmu Zero. Ma 28 lat i pewność, że wie, co jest ważne. Nie pieniądze i nie sława. Nawet nie teatr. A co? O łatwych wyborach i prostej drodze Roma Gąsiorowska rozmawia z Anną Stefopulos.

Reklama

Twój Styl: Ikona nowej bohemy, tak Cię określają.

Roma Gąsiorowska: To miło. Cieszy mnie, że spotykam reżyserów mających podobne podejście do sztuki - Żuławski junior, Grzegorzek, Borowski, Komasa. Poszukujących, kreatywnych, dla których kasa nie jest najważniejsza. Nie znoszę chałtury i medialnego huku. Nie chcę być stylizowana na glamour. Lubię eksperymentować i nie boję się transformacji, kiedy czuję, że jest ona na korzyść postaci. Wtedy daję się namówić na zwariowane projekty. Jestem konsekwentna w postawie antygwiazdy, może dlatego dostaję ciekawe role.

TS: Pamiętam zdjęcie w "City Magazine" z Twoją głową w pralce. Zrobiła je znana dziś fotografka Zuza Krajewska. Odjazdowe, skandalizujące.

RG: Może przez to, że obie byłyśmy na początku drogi zawodowej? W krakowskiej PWST nie mogli przeżyć tych rozkraczonych nóg. I dobrze. Zawsze ktoś czuwał, by mi woda sodowa do głowy nie uderzyła.

TS: Ale właśnie za takie wyskoki kochają Cię w środowisku offowym. Jesteś kojarzona ze sztuką spoza głównego nurtu, ekstremalną, inną.

RG: W szkole teatralnej miałam problem z klasycznym repertuarem, profesorowie twierdzili, że moja uroda, głos, rodzaj emocji bardziej pasują do współczesnego repertuaru. Ja sama lepiej się w nim czuję. Być może to zauważył Grzegorz Jarzyna, który wyłowił mnie po drugim roku. Zaproponował udział w eksperymencie nazwanym Teren Warszawa. Z grupą młodych adeptów staliśmy się aktorami do zadań specjalnych. Robiliśmy spektakle w trzy tygodnie w przestrzeniach pozateatralnych, np. na dworcu. To był skok na głęboką wodę. Po takich harcach ciężko było wracać do krakowskiej PWST, krainy łagodności. A jednak wróciłam, dokończyłam naukę w trybie indywidualnym i zrobiłam dyplom.

TS: Po obronie jako jedna z niewielu dostałaś propozycję pracy w legendarnym Starym Teatrze. Jednak odmówiłaś...

RG: To był zaszczyt i trudna decyzja, ale mnie jednak ciągnęła Warszawa. Szanuję Stary Teatr i krakowską scenę. Jako studentka zagrałam u Mikołaja Grabowskiego. Z jego spektaklem na trzy miesiące wyjechałam do Düsseldorfu. Zarobiłam pierwsze pieniądze. Duże dla mnie - biednej studentki.

TS: Pamiętasz, co wtedy kupiłaś?

RG: Mnóstwo ciuchów, butów, torebek. To był amok. Trudno nie pamiętać. Do dziś ubrania zalegają na półkach, a buty wypadają z szafki Wtedy po raz pierwszy zrekompensowałam sobie dziury w budżecie mojego dzieciństwa. W domu nigdy się nie przelewało.

TS: Nie odpowiedziałaś, dlaczego odrzuciłaś angaż w Starym.

RG: Marzyłam o studiach w Krakowie, jednak nigdy nie chciałam tam mieszkać. Przez dwa lata wyeksploatowałam się towarzysko i utwierdziłam w przekonaniu, że klimat mi nie służy. Za ciasno.

TS: Szacowny klimat?

RG: Dobre słowo, szacowny, zadymiony, alkoholiczny. Rozmowy, że życie bolesne, a miłość nie istnieje. No i nie można nigdzie pójść, by nie spotkać znajomego. Dlatego w Warszawie zachwyciła mnie anonimowość, dynamika. A po naszej współpracy Grzesiek Jarzyna zaproponował mi angaż. Twierdził, że niepotrzebny mu jest papier ukończenia szkoły. Ja jednak wróciłam dopełnić formalności, ale już wtedy wiedziałam, że wolę życie w Warszawie.

TS: Pociąga Cię energia, kolor, ruch?

RG: Wolę metropolie, a kolorowe piórka wyrosły mi w liceum. Zawsze odstawałam od normy. Trafiłam do bydgoskiego teatru plastycznego Witryna. Zajęcia prowadził Roman Baronowski, artysta malarz. Gdy pierwszy raz zobaczyłam jego spektakl, płakałam i śmiałam się na przemian. Przez cztery lata byłam prawą ręką pana Romana. Uwielbiałam grać, budować scenografię, szyć kostiumy.

TS: Czyli aktorstwo to za mało.

RG: Zawsze chciałam zdawać do liceum plastycznego, ale nie mogłam ze względów finansowych. Materiały, jakich się tam używało, były zbyt drogie. Mojej rodziny nie było stać.

TS: Twój dom był skromny, ale ważny?

RG: Wyniosłam z niego szacunek dla drugiego człowieka i jego pracy. Mama sama wychowywała mnie i młodszą siostrę. Zawsze starała się traktować nas jednakowo, żadnej nie faworyzowała. Uczyła dobroci i wrażliwości na cierpienie innych.

TS: Niełatwe w "dzisiejszych czasach".

RG: Ale ona była przykładem. Opiekowała się sparaliżowaną sąsiadką, która mieszkała na czwartym piętrze i nie mogła wychodzić. Mama nikomu nie potrafiła odmówić w potrzebie, więc ludzie lgnęli do niej. Nazywałam ją czasem ścianą płaczu, bo w naszej kuchni przelano litry łez. Kiedy miałam niespełna 18 lat, zachorowała i po roku już jej nie było. Długo nie mogłam pogodzić się ze stratą. Rozpadłam się na kawałeczki i do tej pory kleję je w mojej głowie.

TS: Za wcześnie było na samodzielność?

RG: Z perspektywy czasu nazywam ten etap przyspieszonym kursem dojrzewania. Niewątpliwie miał wpływ na to, jaką jestem teraz osobą: mam wyostrzony zmysł samoobrony i intuicję, czuję potrzebę bliskich relacji z ludźmi. Z siostrą mam megapołączenie. Ona przejęła pałeczkę po mamie. Skończyła studia opieka i wychowanie z profilaktyką uzależnień. Jesteśmy siostrami z misją.

TS: Może pora już na własną rodzinę?

RG: Są nią przyjaciele i kilka zastępczych matek, które znajduję w mądrych dojrzałych kobietach. Spotykam je m.in. w teatrze. Mam szacunek do starszych, ale nie dam sobie w kaszę dmuchać.

TS: Jaką rolę w Twoim życiu odegrał ojciec?

RG: To zbyt osobiste pytanie. Ojciec też wtrącił swoje trzy grosze, ale to materiał na książkę...

TS: Właściwie miałaś szansę zostać niegrzeczną dziewczynką.

RG: Chodziłam do bardzo dobrego I LO w Bydgoszczy. Szkoła była usytuowana niedaleko parku. W jego zakątku, zwanym przez uczniów skałkami, gromadzili się hipisi, metalowcy, punki, skinheadzi, skejci, nawet karki. Kręciłam się między nimi. Badałam ideologie, inspirowała mnie ich wyrazistość i bezkompromisowość. Ja sama zawsze wyrażałam ubiorem swój bunt przeciw szarości. A jej w Bydgoszczy było pełno. Już od podstawówki szyłam sukienki. Zawsze musiałam wyróżniać się z tłumu. Siostra wstydziła się ze mną wychodzić.

TS: Kim byłaś?

RG: Przemazałam się przez prawie wszystkie subkultury! Eksperymentowałam, ale nie byłam ortodoksem. Szukałam siebie, jednak żadna z grup mnie nie pochłonęła, bo to oznaczałoby zamknięcie się w ramach. A ja nie znosiłam ograniczeń. Zaliczyłam tatuaże, kolczyki w pępku, wszystkie kolory włosów, łącznie z zielonymi i różowymi, ba, nawet ogoliłam głowę. I wiesz, lubiłam się bez włosów.

TS: G.I. Jane z Bydgoszczy?

RG: G.I. była moją idolką. Chciałam być taką twardzielką jak ona.

TS: Twardzielka eksperymentowała? Po co to było?

RG: Wszystkiego trzeba było spróbować... Do parku wyrywaliśmy się podczas przerw. Ktoś grał na gitarze, śpiewaliśmy, wieczorami chodziliśmy do bydgoskiego klubu Mózg - tam się przewijali bardzo różni artyści. Poznałam fantastycznych ludzi.

TS: I nie zawaliłaś szkoły?

RG: Zrozum, nie byłam lumpem, tylko wolnym, ciekawym świata człowiekiem. Po szkole wracałam do domu i odrabiałam lekcje. Zaczynałam od zadań z matematyki, którą uwielbiałam. Wyprowadzałam bez wysiłku najbardziej skomplikowane wzory. Byłam wzorową uczennicą.

TS: Zaskoczyłaś mnie. W szkole teatralnej też Ci tak dobrze szło?

RG: Było trudno, nawet chciałam zrezygnować, myślałam o emigracji... Zresztą i dzisiaj nad tym się zastanawiam. Pierwszy rok okazał się hardcorowy. Borykałam się ze stratą mamy, byłam w złej kondycji. Przełożyło się to na tuszę. Nagle utyłam. Widać to w debiucie u Jerzego Stuhra w filmie Pogoda na jutro.

TS: Przeżyłaś traumę, nic dziwnego.

RG: Szkoła podziałała jak psychoterapia. Spotkałam mądrych ludzi, między innymi pod skrzydła wziął mnie Jerzy Stuhr. Prowadził kroczek po kroczku, zapoznawał z językiem filmu. Dzięki jego cierpliwości z pisklaka wyrosła kurka. Na pierwszym roku uczymy się rozumieć, co w nas siedzi, i technik panowania nad emocjami. To jak operacja na otwartym sercu. Trzeba to robić na chłodno, nauczyć się izolować, włożyć pancerz ochronny. To wszystko bardzo się przydało.

TS: Dumna kurka dziś też korzysta ze zbroi?

RG: Zawsze chodzę w pancerzu, tylko różnej grubości. Gram lesbijkę, która tarza się po podłodze, krzyczy... I scena rozgrywa się trzydzieści centymetrów od widza. Właśnie w takich sytuacjach przydaje się pancerz. Znika publiczność, jestem ja i moi partnerzy na scenie. Odgradzam się od rzeczywistego świata.

TS: Xawery Żuławski, który z Tobą pracował w Wojnie polsko-ruskiej, zapytany, jaka jesteś poza planem, powiedział: "Aktorzy u mnie praktycznie cały czas przebywali w swoich rolach, więc ja o wiele lepiej znam Magdę, bohaterkę filmu, niż Romę Gąsiorowską, która ją zagrała".

RG: O tym mówię. Kiedyś musiałam "wyjść" z roli Magdy i zrobić małą awanturkę. Potem jeden z kaskaderów spytał, co mi się stało. Odpowiedziałam: To byłam prawdziwa ja, a codziennie oglądasz dziewczynę Silnego, postać fikcyjną.

TS: W serialu Pitbull zagrałaś dla Patryka Vegi. Dotąd odmawiałaś udziału w takich produkcjach.

RG: Długo nie chciałam grać w serialu. Ale Patryk Vega ma znakomite notowania u aktorów. To mnie skusiło. Podczas spotkania nie przedstawił scenariusza, tylko spytał: - "Jesteś gotowa na pracę ze mną? - Oczywiście. - Siadaj i opowiadaj, co cię boli, jakie są przeżycia, traumy, miłości i rozstania". Byłam zaskoczona, ale rozumiałam, o co chodzi. Weszłam w to. Patryk tak pracuje, poznaje mapę aktorów i potem świetnie ich prowadzi. Dlatego tak go szanują.

TS: A jeśli trafiasz na debiutanta?

RG: Polegam na intuicji i daję artyście kredyt zaufania. Tak było z Pawłem Borowskim. Zagrałam w jego debiucie filmowym Zero. To kilka przecinających się historii ze wspólnymi wątkami. O co w nich chodzi, wiedział najlepiej sam Paweł. Dawał w pracy poczucie bezpieczeństwa, więc zdaliśmy się na niego. On dyrygował, my byliśmy orkiestrą grającą na różnych instrumentach, ale jedną melodię.

TS: Paweł Borowski, który zaskoczył swoim filmem, kapitalnym scenariuszem, precyzyjną reżyserią, był pod wrażeniem Twojej gry.

RG: Dał mi ciekawe zadanie. Moja bohaterka, gwiazdka porno, zachodzi w ciążę. Wulgarna dziewucha nagle tęskni za normalnym życiem, dzieckiem, rodziną. Sceny były kręcone w tak bliskim planie, że w sumie smarki zagrały.

TS: Obrazowe. Zagadałaś jak bohaterka Doroty Masłowskiej. To język pokolenia?

RG: I tak, i nie. Język Masłowskiej jest nie do podrobienia. Wielu młodych literatów wpada w pułapkę naśladownictwa z marnym skutkiem. To osobisty język Doroty z jej prawem własności. Przeczytałam Wojnę... w liceum i nie mogłam uwierzyć, że napisała to o dwa lata młodsza dziewczyna. Geniusz.

TS: Ale Ty też piszesz.

RG: Do szuflady. Nie mam odwagi tego pokazać, bo moi przyjaciele wyjątkowo pięknie piszą...

TS: Trudno za Tobą nadążyć. Nie umiesz się zatrzymać, mieć coś stałego?

RG: Jestem na etacie w Teatrze Rozmaitości. Mam tam bazę i ludzi, których kocham. Jednak jestem nałogową eksperymentatorką. Uwielbiam wymyślać nowe rzeczy i ryzykować, nawet jeśli się przy tym poobijam. Ważne, żeby nie ustawać w procesie...

Anna Stefopulos, Robby Cyron

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje