Duma bez uprzedzenia
Jest ulicznikiem i "fizolem", sam to deklaruje. No i zawsze mówi i robi, co chce, więc ma kłopoty. Reżyserzy boją się z nim pracować, ponieważ oczekuje, że tak jak on w amoku pracy zrezygnują ze snu i jedzenia. Oponenci unikają spotkania, gdyż od argumentów szybko przechodzi do pięści. O męskiej dumie, wściekłości, ale też buddyjskim spokoju z Krzysztofem Majchrzakiem rozmawia Paulina Młynarska.
Twój STYL: Ważniejsze: "co" czy "jak"?
Krzysztof Majchrzak: - Zawsze "co". Co do napisania, zagrania, namalowania. Bez "co" nie ma dialogu, spotkania, najważniejszych chyba rzeczy w życiu. No i w sztuce.
No to co jest najważniejsze?
- Serio, tak od razu? Z bata? No dobra. Powiem, bo jestem przygotowany od lat. Powinowactwo jest najważniejsze, poczucie wspólnoty, współczucie. Miłość. Ale nie tam... romantyczne wakacje nad jeziorem, tylko miłość taka, jak ją rozumiał Jezus z Nazaretu. Nie jestem człowiekiem religijnym, ale owa oferta empatii po prostu mi się podoba. Uwodzi mnie wspólna żegluga, spotkanie na górskim szlaku, kiedy mówimy nieznajomemu "cześć", pytamy, czy nie jest spragniony, dajemy łyk wody albo kielicha, chwilę gadamy i idziemy dalej, życząc sobie wzajemnie szczęśliwej drogi. Właśnie to mnie interesuje, zaprząta.
- Wszystkie moje działania: czy to koncerty z kapelą A2, czy praca nad konstrukcją jakiegoś filmu albo spektaklu, zmierzają właśnie do tego, do spotkania. Wprawdzie w tym wypadku odbywa się ono w ciemności, w konwencji sali teatralnej, ale ciągle i przede wszystkim jest spotkaniem ludzi wzajemnie sobą zainteresowanych. Każde spotkanie, które potraktujemy powierzchownie, jest straszliwie straconą okazją. Nie stać mnie na tego rodzaju rozrzutność.
- Nienawidzę poklepywania się i udawania "brata łaty", ale uwielbiam bliskość. Ludzie zresztą często mylą te dwie rzeczy. Ta moja gadka może się wydać trochę moralizatorska i świętoszkowata, więc od razu wyjaśniam, że jestem człowiekiem "nie do rany przyłóż". Jak mówią moi znajomi: mam krótki lont.
Pan jest taki ostry, że strach podejść. To może bardzo utrudniać spotkania.
- Pani mówi o przyprawionej mi Gombrowiczowskiej "gębie". Nie opinia się liczy, tylko czyny. Nie doświadczyłem łaski wiary w Boga, więc nie mam się do kogo udać, w razie gdybym okazał się świnią. Dlatego na wszelki wypadek staram się być porządny. To generuje coś bardzo ważnego, coś, czego nie kupimy w sklepie, a mianowicie dumę. Ale uwaga: nie pychę. Dumę. Zdobywamy ją gram po gramie w krwawej walce z sobą, z przeciwnościami. Spotkać kogoś dumnego jest rozkosznie, bo taka osoba ma szeroki gest i ciepłe ręce, ponieważ ma co dać i w zgodzie, i w kłótni. Dosyć mam śmierdzieli i nieudaczników. A to, co pani mówi o strachu przede mną, dowodzi jedynie tego, i nie jest to wesoła konstatacja, że ludzie boją się wszystkiego. Ja w pierwszym kontakcie zawsze oferuję buddyjski, alegoryczny ciepły pokój i gościnę. Jeżeli ktoś z niego nie korzysta, to już jego sprawa.
Kiedy pan tak dowala ludziom, mówiąc, że to śmierdziele i nieudacznicy, to nie jest wcale buddyjskie.
- Ponieważ nie jestem ani duchownym, ani etykiem, tylko normalnym ulicznikiem! Jeśli ktoś przesadza z agresją lub arogancją - mówię: goń się, bo będziesz w szpitalu. Ale pierwszą moją ofertą jest zawsze serdeczność, prostota i otwartość. I to, wbrew temu, co pani mówi, jest buddyjskie.
A ma pan cierpliwość?
- Do kogo?
Do siebie na przykład.
- Najmniejszej. Nie wybaczam sobie małości, świństewek, małostkowości. Długo cierpię. Chciałbym podobać się sobie.
A dobry jest pan dla siebie?
- Jeżeli lekarz mnie postraszy i powie, że jak nie będę spał cztery noce z kolei i tak się wściekał, to umrę - wtedy idę spać. Ale swoje zmysły i ciało testuję do końca, nie cackam się z sobą. Nie lubię też wyszukanych diet, suplementów i tego całego "pięć razy dziennie to, sześć razy dziennie tamto". Nie znoszę zapobiegliwości i dogadzania sobie. To jest obleśne. Bardziej niż zaniedbanie i otyłość.
Skąd się bierze pana wściekłość?
- A skąd się bierze ból istnienia? Zadaje mi pani pytania, na które nie udało się odpowiedzieć największym filozofom. Ja mam to wiedzieć? Wiem tylko tyle, że z bólem istnienia po prostu trzeba obcować. Jeśli go odepchniemy, wróci zwielokrotniony, a wtedy naprawdę groźny i zabójczy. I znikąd pomocy! Obojętne, czy nasza rodzina jest po sycylijsku wielopokoleniowa, czy jesteśmy tak zwanymi singlami - ostatecznie i tak jesteśmy osobni i samotni.
Ludzie próbują leczyć ból istnienia u psychologów.
- Nie można wyleczyć egzystencjalnej samotności. Trzeba ją przyjąć.
Młodzi ludzie, których pan uczy w szkole aktorskiej, to potrafią?
- Staram się im pomagać. W ogóle nie pracujemy nad tak zwanym aktorstwem. Cel jest zupełnie inny. Chodzi o wygenerowanie wolnego i gotowego do wędrówki człowieka.
Większość pana studentów i tak będzie grać w serialach. Potrafi pan temu zapobiec?
- Jest problem. I tania dydaktyka nic tu nie pomoże. Wychowywać można tylko przez wprawianie w podziw i ukazywanie możliwości. Jeśli wolność komuś naprawdę pachnie, nic mu nie będzie, a jeśli nie, to już nie ma rady. Moim zadaniem jest dać kopa na drogę.
Łatwo panu tak mówić, bo zderzył się pan z komercją w dzisiejszym rozumieniu tego słowa jako dojrzały mężczyzna.
- Jest pani w "mylnym błędzie", jak mówi moja siostra (śmiech). Za moich czasów komercją było tak zwane kino moralnego niepokoju albo aluzyjne komedyjki. Cała ta nieustannie porozumiewawczo mrugająca do widza formacja kultury. To była ta łatwa piłka! Zrobienie wtedy "nie mrugającego" filmu groziło wręcz środowiskową ekskomuniką. Chociaż trzeba przyznać, że nie było wtedy tak doskonałego aparatu pozyskiwania umysłów, jakim dziś dysponuje mój genetyczny wróg, pierwszy diabeł przy kotle - dyrektor kreatywny. Niby artysta, a w gruncie rzeczy sługus korporacji.
A jednak zagrał pan w reklamie. Dla wielu to było to samo, co zrobił Kozakiewicz, sprzedając swój słynny gest z olimpiady w Moskwie do reklamy żelu na ból mięśni.
- Teza tak ryzykowna, że aż niedorzeczna. Co do legendarnego "gestu Kozakiewicza"- to prawda! Zapragnąłem go pokazać zarówno półmózgowi wygłaszającemu kretyńskie wierszyki o Actimelu, jak i ich autorowi. Zarówno paniom, które zbolałymi minami demonstrują swoje wzdęcia i zaparcia, jak i cwanym debilom wymyślającym tego typu filmiki, które obrażają wrażliwość i inteligencję normalnego człowieka. Kiedy dodam do tego obłudną rozkosz panien czy kolesi pijących "eko-sok" z zawartością całej tablicy Mendelejewa - mój "gest Kozakiewicza" zaistnieje w pełni. Czuję, że zawiodłem tych, dla których dowodem na niezłomność jest zgon szlachetnego artysty na suchoty w nieogrzewanej mansardzie. A tak dla porządku: nie zrobiłem tego dla kasy, bo kasy zawsze miałem dużo. To znaczy wystarczająco jak na moje potrzeby.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
do kancelarii przychodzi mnóstwo osób które zbierają... więcej
Reklama
Wasze komentarze (110)
-
21.06.2011 (15:30)
-
16.02.2011 (17:16)Bardzo madry wywiad, który z uwaga przeczytałem...
bardzo cenie Pana Majchrzaka jako artyste i jako człowieka,
szkoda ze tak mało jest takich ludzi, którzy maja cos do powiedzenia, a nie tego bełkotu pseudo artystów... -
-
20.07.2010 (11:41)Z przyjemnością przeczytałam ten wywiad, choć wygląd aktora straszy tatuażami i choć różnimy się pewno w wielu kwestiach, to miło słyszeć wypowiedź przyjazną drugiemu człowiekowi a jednocześnie świadomą swojej godności. Szkoda, że wiele ludzi płynie z prądem życia szukając przyjemności bez granic, nie zadając sobie trudu bycia człowiekiem, negując ból istnienia. Wtedy rzeczywiście "budza się wampiry".
Wywiad powinien wrócić na pierwsze strony! -
20.07.2010 (07:32)
-
20.07.2010 (07:14)Piękny wywiad o porz(ż)ądnym życiu. Bardzo mądry facet, celne spostrzeżenia, miłe dla oka i ucha riposty.













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia