Przejdź na stronę główną Interia.pl
Dopiero od niedawna mogę żyć w prawdzie

Wywiad z Maciejem Stuhrem

- Znalazłem się ostatnio w zupełnie innym układzie i po raz pierwszy rozkoszuję się tym, że mogę być szczery właściwie w każdym punkcie. I muszę przyznać, że jest to fantastyczne uczucie - mówi Maciej Stuhr.

Magdalena Tyrała: Pamiętasz to lanie, które dostałeś w wieku 10 lat od taty, o którym mówi w książce "Obywatel Stuhr"? Ponoć to była wybitnie okrutna kara.

Reklama

Maciej Stuhr: - Pamiętam, ale nie pamiętam już za co dostałem.

Za kłamstwo.

- Zgadza się, ale nie pamiętam już za jakie. Chyba chodziło o jakąś szkolną sytuację. A kara była okrutna, bo jej wykonanie ojciec zawiesił w czasie. Poinformował mnie o niej dwa dni przed jej wykonaniem. Bardzo się stresowałem.

Zrobił to celowo?

- Z tego, co pamiętam to nie, ale tak wyszło, bo mieliśmy gości i zwyczajnie wtedy nie wypadało mu ukarać mnie takim lańskiem.

Bolało?

- No bardzo. To był tradycyjny, używany niegdyś skórzany pasek na goły tyłek.

Często mu się zdarzało tak cię karać?

- Na szczęście pasek był raz.

Kiedyś nie było mowy o wychowaniu bez klapsa...

- Nie, kiedyś to uznane byłoby za jakąś herezję. Natomiast pamiętam też inną karę fizyczną, która niezwykle mnie upokarzała - ciągnięcie za ucho.

Mama cię nie karała. Chyba generalnie byłeś dobrym dzieckiem.

- Jak każdemu i mnie zdarzały się przeboje takie jak dziesiątki pał z matematyki, fizyki czy chemii, które musiałem poprawiać i do tego moja krnąbrność trzeciego stopnia. Ale faktycznie, suma summarum byłem chyba dość grzeczny. Jednak wszystkie napięcia skończyły się z chwilą, gdy wyprowadziłem się z domu, czyli gdy skończyłem 20 lat.

Dlaczego się wyprowadziłeś?

- Nie musiałem, ale akurat nadarzyła się okazja. I to było dobre. Postuluję jak najszybsze opuszczanie gniazda przez dzieci.

A po tym pamiętnym laniu oduczyłeś się kłamać? Nie zdarza ci się?

- Wszyscy czasem kłamiemy.

W zasadniczych kwestiach kłamiesz?

- Jestem postulatorem życia w prawdzie. Szczególnie teraz, kiedy moje życie bardzo się zmieniło. Nie chcę w tej chwili wchodzić w szczegóły mojego życia prywatnego, aczkolwiek znalazłem się ostatnio w zupełnie innym układzie i po raz pierwszy rozkoszuję się tym, że mogę być szczery właściwie w każdym punkcie. I muszę przyznać, że jest to fantastyczne uczucie.

Jesteś synem sławnego taty. Jak wspominasz dzieciństwo, jak ci z tym było?

- Przede wszystkim muszę wspomnieć o jego permanentnej nieobecności. Ale w sumie nigdy nie miałem poczucia - co może wydać się dziwne - że mi tego ojca w jakiś sposób brakuje. W pewnym sensie było to nawet ekscytujące, że on jest w jakimś egzotycznym miejscu i przywiezie stamtąd jakieś opowieści i prezenty - cytrusy czy ładny papier toaletowy (śmiech). Ten powracający ojciec i potem bardzo intensywnie spędzany z nim czas jest niezwykle miłym wspomnieniem.

A jakim był ojcem, gdy wreszcie przebywał w domu?

- Był dość autorytarnym, ostrym, wymagającym. Takim bardzo pryncypialnym. Dostałem od niego dość surowe wychowanie. Nie mam traumy, ale porządek musiał być, zasady musiały być przestrzegane. Kiedy teraz patrzę na swoją córkę, która ma mnie czasami kompletnie w nosie, to zupełnie inaczej wyglądało to w moim dzieciństwie. Wiedziałem, że muszę chodzić jak po sznurku, bo inaczej będą kłopoty.

Ale może było tak, ponieważ był ojcem wracającym, który wiedział, że jak już jest, to musi ustawić sytuację. Mamy zwykle na więcej pozwalają.

- Gdy wracał, to wszystko musiało być wypucowane, a on i tak przejechał gdzieś palcem i znalazł miejsce, z którym było coś nie tak.

Ale była też i czułość przy tej jego surowości. Opowiadanie bajki o Kacperku przed snem...

- Tak, Kacperek był zawsze przy goleniu. Jeszcze Marianny na świecie nie było, a już Kacperek istniał. Miałem około sześciu lat, kiedy zaczął mi go opowiadać. Potem opowiadał nam obojgu.

Komu więcej czasu tata poświęcał - tobie czy Mariannie?

- Jak Marianna miała 7 czy 8 lat, ojciec po raz pierwszy ciężko zachorował.

Przeszedł zawał serca.

- Tak i od tego czasu zmienił tryb życia. Osiadł też w Krakowie, został rektorem szkoły teatralnej, więc stał się trochę urzędnikiem. Tych wyjazdów nagle było dużo mniej, przez co zdecydowanie więcej był w domu. Ale wtedy ja byłem już w liceum, nie byłem zainteresowany relacją, bo nie bawiłem się już z tatusiem.

Kiedy porównujesz siebie jako ojca ze swoim tatą, do jakich wniosków dochodzisz? Poza różnicami jest też zapewne bardzo dużo punktów stycznych.

- Też jestem nieobecnym ojcem. Jak się osiągnie jakiś sukces w zawodzie, który uprawiam, to on cię zwyczajnie rozszarpuje. I mimo że przyjmuję ułamek procenta propozycji, to ten ułamek wypełnia mi cały czas. W związku z tym staram się łapać okazje i wyrywam wolne chwile z Matyldą, ale nie jest to łatwe. Na dodatek mam teraz do czynienia z buntem nastolatki, więc jest to tym trudniejsze.

Matylda ma już 14 lat?

- Tak, więc bywa ostro. Na szczęście po scysjach mamy też miłe chwile i próbujemy pchać ten wózek dalej.

To jaką masz metodę na nastoletnią córkę?

- Dużo rozmawiamy. Ostatnio myślałem, że przez robienie tego czy tamtego jest się dobrym ojcem, a teraz okazuje się, że prawie wszystkie te moje działania odwróciły się przeciwko mnie. Na pewno za bardzo wyręczam córkę w niektórych rzeczach. Przez to, że tak dobrze chcę, to później źle wychodzi. A to pościelę za nią łóżko, a to włożę po niej talerz do zmywarki. Teraz wziąłem się za siebie, zacząłem być bardziej wymagający i konsekwentny - dla niej to jest trochę szok.

A co odczytujesz jako największy sukces w swojej roli ojca?

- Codziennie przez 10 lat czytaliśmy Matyldzie książki przed snem.

Efekt?

- Faktycznie ma odruch sięgania po książki. Nieważne, co czyta - w wieku 14 lat nie jest to literatura piękna - ale czyta. Czyta zdecydowanie więcej ode mnie. Więc czytanie dzieciom do snu jest naprawdę godne polecenia.

W książce "Obywatel Stuhr" ojciec dużo wspomina o tobie. Zdarza się, że dość ostro krytykuje, na przykład twoją pracę u Warlikowskiego. Krytykuje, bądź co bądź, publicznie. Jak sobie z tym radzisz?

- On jest z innego pokolenia i innej tradycji teatralnej. Ja z kolei jestem bardzo dumny i cieszę się, że udało mi się znaleźć coś, w czym ja się realizuję, a przez co wypadam zupełnie spod jego skrzydeł. I ta różnica między nami osobiście mi bardzo odpowiada, bo buduje mnie jako niezależną jednostkę.

- On w naszym teatrze w ogóle by się nie odnalazł - ani nie umie tak pracować, ani tematyka spektakli go nie interesuje. I mimo, że często docenia warsztat Krzysztofa i większość tych spektakli go bardzo przekonuje, to jednak nie wszystko i nie zawsze. A sam byłby bardzo bezradny w pracy z Krzyśkiem, więc nie dziwię się, że czasem wyraża swoje zastrzeżenia.

Ojciec dość dużo mówi o waszych relacjach rodzinnych. Nie czujesz się przez to w jakiś sposób obnażony?

- Ani tata, ani ja nigdy nie przekroczylibyśmy granicy intymności i nigdy też publicznie nie powiedzielibyśmy o sobie czegoś, co sprawiłoby któremuś z nas ból.

A jak zareagowałeś, gdy tata w wywiadzie powiedział, że jesteś osobą bardzo trudną, introwertyczną, z którą nie jest łatwo nawiązać bliską relację, nawet jemu?

- No cóż, jest to prawda. Bardzo lubię ludzi, lubię z nimi rozmawiać, a przede wszystkim słuchać ich, lubię z nimi przebywać, choć bardzo cenię sobie także swoją samotność. Bo mam potrzebę być sam, szczególnie gdy naraz jest wokół mnie za dużo ludzi przez dłuższy czas. Wtedy lubię się na chwilę wyizolować. Stąd też sport, który uprawiam. Bardzo mi w tym pomaga, bo wymaga samotności, więc taka wymówka przez godzinkę dziennie jest doskonała.

- Mam jeszcze jedną cechę, która jest niezwykle trudna do zaakceptowania przez moich najbliższych. Im jest mi lepiej w życiu, tym mniej mówię. Więc gdy przyjeżdżam do mamy, siadam na kanapie, czuję się szczęśliwy w środku, to jest mi po prostu dobrze i wtedy za wiele się nie odzywam. A moje najbliższe kobiety mają z tym duży problem, bo chciałby posłuchać o tych moich pozytywnych emocjach. I tutaj mamy kłopot.

I nie próbujesz się przełamać dla tych swoich kochanych kobiet?

- Próbuję, ale to jest wbrew mojej naturze.

Tata mówi jeszcze o tobie, że nie ufasz ludziom, że często bardzo się męczysz życiem, że nie jesteś szczęśliwy i życzy ci, żebyś w końcu był. Zapewne było tak kilka miesięcy temu, kiedy przeprowadzone były rozmowy z wami opublikowane w książce "Obywatel Stuhr" - wtedy przeżywałeś trudny czas.

- Rzeczywiście ta rozmowa miała miejsce kilka miesięcy temu, kiedy zarówno w moim życiu osobistym, jak i zawodowym działo się bardzo dużo rzeczy. To był bardzo trudny czas i nie bardzo wiedziałem, co dalej.

Jak jest dzisiaj?

- Dziś jestem już w zupełnie innym miejscu. Myślę, że nie mam już problemu, by ludziom zaufać, mimo że wiem, że mogę dostać po nosie. Czuję się teraz bardzo szczęśliwy, więc te życzenia mojego taty się już spełniły.

Jaka powinna być kobieta u twojego boku? Kiedyś już rozmawialiśmy o tym i zastanawiam się czy po tych wszystkich twoich doświadczeniach coś się zmieniło w jej postrzeganiu. Które wartości cenisz obecnie najbardziej?

- A co mówiłem wtedy (śmiech)?

Eteryczna, subtelna....

- A, ok, czyli pod tym względem nic się nie zmieniło (śmiech).

A jaką cechę osobowości cenisz w kobiecie najbardziej?

- Przyjaźń jest najważniejsza. To musi być dobra przyjaciółka, wtedy można stworzyć świetny układ. Zaufanie i troska też są dla mnie bardzo ważne. Ta troska nie musi być permanentna, ale miło jest od czasu do czasu dać znać, jak ważna jest dla ciebie ta druga osoba.

- Ważne jest też to, że jak przyjdzie gorszy czas, to będziemy przy sobie i będziemy o siebie walczyć. To jest bardzo istotne. W wielu związkach obecnie tego brakuje.

A czy po tym trudnym dla ciebie czasie nie pojawił się obok ciebie wianuszek zainteresowanych kobiet? Nie czułeś wzmożonego zainteresowania w ponownym stanie wolnym?

- Może trochę nie zwracałem na to uwagi, bo miałem inne zmartwienia i inne potrzeby. Być może coś się wtedy działo, ale mnie amory nie były w głowie przez pewien czas.

Pamiętam naszą rozmowę sprzed trzech lat. Wtedy wziąłeś udział we wspólnej kampanii organizowanej przez Fundację Psi Los i Interię "Prawdziwa przyjaźń jest za darmo". To był też czas, kiedy przeprowadziłam wiele rozmów z różnymi aktorami. Bardzo mnie wówczas zadziwiło to, że pod naszą rozmową pojawiło się tak dużo ciepłych komentarzy na twój temat. Byłeś wyjątkiem, to się nie zdarza, choć to bardzo przykre. Pozostałych tradycyjnie czytelnicy mocno hejtowali.

- Jest mi bardzo miło, ale rozmawiamy o czasie, który już nie wróci. Obecnie niezależnie od tematu, na który byśmy rozmawiali, na forach pojawią się antysemickie komentarze. Ale takie to już jest... "Pokłosie". Zawsze starałem się być sobą, nie wciskać ludziom jakiejś ściemy, rozśmieszać ich, bo wiem, że tego potrzebują. W związku z tym czasami, gdy jestem konferansjerem, albo pobawię się w kabaret czy puszczą w telewizji jakieś moje stare komedie, albo do kin wchodzi nowa - tak jaki teraz - "Obywatel", to atmosfera się troszkę ociepla. Poczuciem humoru można docierać do ludzkich serc i to jest naprawdę bardzo fajne.

- Poza tym są jeszcze takie rozmowy, jak ta, którą właśnie prowadzimy i ludzie to czasem czytają. To też mówi im, jakim jestem człowiekiem, co myślę, czy mam poukładane w głowie czy nie, i w ten sposób kształtuję wizerunek.

- Przyznam się, że spotkałem się kiedyś z ciekawości z takim panem, który zajmuje się public relations i - na przykład - wizerunkami polityków. Po tym spotkaniu wiem, że to absolutnie nie dla mnie. Moja siła, jeśli w ogóle jest, polega na czymś zupełnie innym. Jestem naturalny, mówię to co chcę powiedzieć, a nie to co należy powiedzieć i często jestem dumny z pewnych akcji, moich działań, które z punktu widzenia PR-u są strzałem w stopę.

Jakich konkretnie?

- Na przykład mój dość mocny wywiad w zeszłym roku do pewnego pisma. W niewybrednych słowach wypowiedziałem się o ludziach pracujących w kolorowych pisemkach.

Czytałam, mocne i potrzebne słowa. Zależy ci na wizerunku? W "Obywatelu Stuhrze" nie ukrywałeś, że tak.

- Oczywiście, że mi zależy, ale nie chciałbym o niego zabiegać. Chciałbym, żeby mój wizerunek kształtowały moje wybory i to, jakim jestem człowiekiem.

Polak to kto - z twojego punktu widzenia?

- Na takie pytanie od razu dostaję gęsiej skórki, bo gdy się wypowiadam na ten temat, to zawsze wróży jakieś kłopoty.

Tym razem jej nie masz (śmiech).

- (Śmiech) Dobrze, odpowiem z pełnym przekonaniem, że nie ma czegoś takiego. Jesteśmy tak różnorodni, że każdy opis będzie kogoś pomijał, albo komuś przypisywał cechy, których nie ma.

- Film "Obywatel" i ta książka jest zdecydowanie przeznaczona dla tej części naszego społeczeństwa, która lubi się śmiać i w śmiechu szuka recepty na trudy naszej codzienności. Myślę, że jest w Polsce głęboka tradycja autoironii, nawet z najważniejszych i najpoważniejszych rzeczy umiemy się pośmiać.

Mówisz o Polakach? Na pewno?

- Jeszcze raz powiem, że nie ma dla mnie czegoś takiego, jak "my, Polacy". Są ludzie, którzy lubią czytać Gombrowicza, Witkacego, Mrożka, oglądają kabarety i uwielbiają się śmiać. Mogą się śmiać i z Boga, z papieża, i z polskości, i z solidarności, i komuchów, z prawej i z lewej. I to wcale nie znaczy, że tego Boga nie kochają, nie szanują papieża, że nie czują się Polakami. Po prostu poprzez śmiech oczyszczają swoje traumy, strachy. Śmiech pomaga im zdystansować się do świata i zaakceptować go. 

Największe marzenie Macieja Stuhra. Czytaj na następnej stronie!

Dowiedz się więcej na temat: Maciej Stuhr | Magdalena Tyrała

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje