Domagalik i Warlikowski - część II
Myślę, że Polska jest krajem elit. Żyjemy w sztucznych enklawach - mówi reżyser teatralny Krzysztof Warlikowski.
Małgorzata Domagalik: Przeczytałam w dobrych tytułach, kiedy Warlikowski się urodził, gdzie, w jakiej rodzinie, że w robotniczej i musiał uciekać stamtąd, bo uznał, że ten świat wokół niego jest światem… Wszystko, co Pan chciał osiągnąć, sprawdziło się?
Krzysztof Warlikowski: Trochę.
Ma Pan jeszcze ochotę na herbatę?
- Tak, z cytryną. U mnie w sali prób są już i cytryna, i miód. W moim wypadku teatr jest czymś poznawczym, ale nadaje też sens mojemu życiu.
To chyba największy "luksus"?
- Każdy ma inne poczucie sensu życia i świata - jedne są słabsze, inne silne, jeszcze inne potężne. Są ludzie, których np. praca organizuje, Kościół ich organizuje, rodzina.
Bycie z drugim człowiekiem jest istotne?
- Są mniejsi i więksi desperaci w tym względzie.
Fajnie się z panem rozmawia w piśmie kobiecym. (śmiech) To co z tym sensem?
- Wszystko jest tak koszmarnie ryzykowne w kontekście ostatnich rozmów na temat teatru, zwłaszcza przy okazji tzw. skandalu teatralnego.
O którym pan mówi?
- Mówię o przedstawieniu Krystiana Lupy.
O gołej pupie znanej aktorki?
- Sztuka karmi się obsesjami, dyskomfortem, lękiem i strachem i są tacy ludzie, którzy są owładnięci nim bardziej i może dlatego zajmują się teatrem. Bo przebywanie w nim może jakoś nadać sens ich życiu. Oczywiście nie chciałbym wtedy słyszeć od razu komentarza, który padnie…
…z moich ust?
- Nie, nie chcę mówić o personaliach, ale przeczytałem ostatnio teorię, że to jest autoterapia. To nie jest autoterapia.
Pan jest na tak czy na nie?
- W jakiej sprawie? Nie chcę upraszczać. Prasa, kiedy mówi o teatrze, wszystko upraszcza. Chociażby to, że nagle "Gazeta Wyborcza" ma dwie strony poświęcone rozmowie o teatrze, a cała ta rozmowa jest spowodowana jednym wydarzeniem na scenie.
Gołą pupą w tzw. sprawie.
- Świadczy to o tym, że teatr zajmuje nas tylko wtedy, kiedy wydarza się coś takiego. Każdy ma różne wyobrażenie teatru, czym on jest w społeczeństwie. Te wyobrażenia bardzo się zmieniają. Ja mam swój punkt odniesienia. To się łączy z pierwszym momentem w życiu, kiedy widownia po moim spektaklu wstała, żeby klaskać, mnie wydawało się, że gdzieś w tej akceptacji jest zrozumienie.
Dotknął pan tego co wspólne?
- Rodzimy się, przechodzimy przez pierwszą bitwę wykształcenia, formułowania własnych myśli, zaczynamy dojrzewać bardzo powoli. Ktoś może być nakręcony na to, żeby być twórcą, a ja nie byłem.
Tylko?
- Szukałem. Najpierw uciekłem z domu w Szczecinie, nie odnajdowałem tam sensu, zacząłem go szukać w związkach, w religii, potem w innej religii, w jodze, w podróżach, w książkach. I w pewnym momencie, jak miałem 29 lat, zacząłem studia teatralne - po studiach językowych, po studiach historycznych.
Na UJ i na Sorbonie?
- Tak, ale nie byłem kimś, kto był nakręcony na to, aby zostać twórcą, nie byłem synem twórców. Podstawą był niepokój człowieka, który narodził się w miejscu, w którym od początku odczuwałem silny dyskomfort.
Był inny?
- Można się czasami urodzić w społeczeństwie, do którego się nie pasuje. W wypadku pracy w teatrze wydaje mi się, że to może być źródłem poczucia wyobcowania, strachu. Czasami ten strach objawia się agresją.
Tak to sobie wyobrażam: Warlikowski młodzieniec sięga pierwszy raz po Biblię, "Hamleta", po książkę, która wprowadza go w inny świat. Wszystko co Pan studiował, było elitarne przed 1989 rokiem i jest elitarne dzisiaj.
- To były takie powolne kroki, powolne otwieranie innej perspektywy i wiary w siebie, że można gdzieś dojść.
Odwagi na bycie sobą nie osiąga się tak od razu.
- Przychodzi mi na myśl młodzież licealna, z klasy teatralnej, która odwiedziła mnie kiedyś w teatrze. Nie dało się z nimi rozmawiać. Po dziesięciu minutach przerwałem tę rozmowę. Oni przyszli na spotkanie z reżyserem, przyszli na "Bachantki" Eurypidesa. I te ich profesorki były bardzo zaangażowane, opracowywały temat tragedii greckiej, ale to wszystko, czego one uczyły i co ci uczniowie referowali, było dla mnie zaprzeczeniem wszystkiego, co można na ten temat powiedzieć. One budowały jakieś straszne mury i dla nich te teksty nie były prawdziwe, były sztuczną kulturą i cywilizacją. To była duża przeszkoda, oni w ogóle nie potrafili spotkać się z tym przedstawieniem, z tym problemem czy zobaczyć…
Można było zawołać: "Halo, ludzie, jesteście młodzi, otwórzcie głowy!".
- Mówiłem: "Przestańcie nazywać, przestańcie definiować, przestańcie posługiwać się formułami dostarczonymi przez panie profesorki". Ale właściwie to, co ja mówię, to pani usłyszy od każdego twórcy. Uczenie, cały ten system jest wadliwy, szkodliwy.
Znowu klisze.
- One są w nas, ja też odkrywam często, w swoim pośpiechu, że właściwie to, co mogę pomyśleć, może być rasistowskim myśleniem, i próbuję to kontrolować, ale to jest czasami nie do wyłapania. Oczywiście walczymy później o siebie, w miarę jak dojrzewamy, jak siebie rozumiemy, próbujemy to korygować. Zobaczyć, gdzie jest prawda, przynajmniej tak mi się wydaje.
A co z tabu?
- W życiu każdego zdarza się bardzo trudny okres. Wtedy kiedy osiągnęło się coś i czujemy się silni, żeby móc nad tym zapanować, już refleksyjnie, już po pierwszym starciu, które różnie wyglądało, z różnymi rezultatami. Albośmy się załamywali, albo przegrywali.
Buntowali…
- Albo buntowali. No a jeśli wychodziło na nasze, bo czasami się zdarza, że wyjdzie na nasze…
To wtedy buduje się poczucie własnej wartości.
- Ja właściwie w jakimś sensie miałem na to przyzwolenie, bo byłem niezależny.
Był pan krnąbrny?
- Krnąbrny to jest szantażysta. (śmiech)
Oczywiście logiczna odpowiedź brzmi: "Śmieję się, jak mam powód".
(śmiech) Nie jestem aż tak logiczny.
Wie pan, co znaczy z greckiego "trauma"?
+ Nie wiem dokładnie.
;b:Traumą Grecy nazywali przecięcie skóry, a dopiero potem przenieśli to na duszę. Pan jest otoczony ludźmi z większą dozą tolerancji, pewne rzeczy artystów w ogóle nie interesują. Mamy wolność, możemy wszystko powiedzieć, wykrzyczeć, nie zgodzić się…
- Myśmy zawsze potrzebowali tabu, żeby nas mobilizowało, żeby mieć wroga, żebyśmy mogli być aktywni. Gdyby nie traumy, wylądowalibyśmy w raju. I co w tym raju mielibyśmy robić?
Nuda.
- I tak już jest nudno. Myślę, że Polska jest takim krajem elit. Żyjemy w sztucznych enklawach.
Nie mamy jeszcze klasy średniej z prawdziwego zdarzenia.
- Klasa średnia zaczyna powstawać.
Ale jej nie mamy.
- Zależy gdzie, w Warszawie już jest, wszystkie biurowce są wypełnione ludźmi z klasy średniej.
To ci, którzy mają aspiracje, żeby iść do filharmonii.
- Myślę, że ta klasa w biurach już ma takie aspiracje. Czymś innym jest życie, czymś innym jest teatr. Teatr jest jakimś skrótem. Są trzy wymiary: obok mnie ktoś dyszy, obok mnie ktoś się poci, obok mnie ktoś coś robi. Natomiast tam jesteśmy w jakiejś epice, to jest zupełnie coś innego. Teatr jest miejscem bardzo dziwnego eksperymentu. Eksperyment polega na tym, że nie przeszkadzamy aktorom. Jeśli się podnosimy z pierwszego rzędu i wychodzimy, bo nas coś denerwuje, to staramy się to robić dyskretnie.
Zdarza się to w pana teatrze?
- Zdarzały się takie próby: zatrzymajcie to i nie grajcie dalej, ale to było bardzo dawno. Najbardziej mnie jednak rani, jeśli ktoś w trakcie spektaklu zaczyna sprawdzać, czy dostał wiadomości na komórkę, bo to jest pospolite.
Prostackie.
- Oczywiście, jak wychodzi więcej niż dziesięć osób, to zaczyna mnie to niepokoić. W zależności od kraju, w którym jestem, zaczynam myśleć, na czym polega moja wina. Miałem takie przedstawienia na początku, np. "Oczyszczeni" Sarah Kane, gdzie bardzo dużo ludzi wychodziło. Nawet jeśli wydaje się nam, że pewne tabu zostały przełamane, to one wracają.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-















Wasze artykuły
Koń jako blogerka
Kilka dni temu powstał blog o modzie gdzie w rolę blogerki modowej wciela się kobieta koń. Czy będzie to kolejny hit szafiarskiej blogosfery? A może dzięki xoxokon nasze szafiarki przejrzą się w lustrze? więcej
Przemoc
Kobieca władza