Przejdź na stronę główną Interia.pl

Domagalik i Małaszyński cz.II

Marzenia się nie spełniają, ale to nie znaczy, że nie należy o nie walczyć. - mówi Paweł Małaszyński w rozmowie z Małgorzatą Domagalik.

Małgorzata Domagalik: Widział pan "Jesteś Bogiem" Leszka Dawida?

Reklama

Paweł Małaszyński: - Oczywiście, że widziałem. Nie żałuję żadnej roli, jaką zagrałem. Były słabsze i gorsze, to tak jest. Żałuję za to wielu rzeczy, których mi nie zaproponowano. Na przykład, że nie zaproszono mnie na jakiś casting albo że nie jestem młodszy, bo chętnie bym powalczył o role w "Jesteś Bogiem" czy "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha.

Bo tam jest prawda?

- Tak. Albo "Matka Teresa od kotów" w reż. Pawła Sali.

Mroczny film.

- Z jednej strony mamy ten show-biznes, komercję, w której jestem i jakoś egzystuję, a z drugiej młode pokolenie - czy wytrzymają, co będzie z nimi dalej? Mam takie wrażenie, że jeżeli zrobisz coś trudniejszego, przy czym trzeba usiąść, pomyśleć, zastanowić się, to większość widzów od tego odchodzi. Media nas nauczyły prostego, łatwego, skrótowego myślenia. Szkoda, ale może to się zmieni. Siła w młodych.

Czyta pan?

- Czytam. Najczęściej zaczytuję się w biografiach. Ostatnio połknąłem biografie Johna Lennona, Elvisa Presleya, Keitha Richardsa, Micka Jaggera. Zawsze było mi bliżej do gwiazd rocka niż gwiazd ekranu.

Presley się nie zestarzał.

- I to jest niewiarygodne. Led Zeppelin, The Rolling Stones - to się w ogóle nie starzeje. Uniwersalne i ponadczasowe. Wracam często pamięcią do początku lat 90., czyli muzyki grunge, czy też obserwuję te nowe zespoły: Jacka White’a i The White Stripes - to mnie inspiruje.

I tego pan słucha w samochodzie?

- W samochodzie mam ostatni album Jacka White’a, The Smashing Pumpkins, Eddiego Veddera z solowej płyty na ukulele, najnowszy, świetny Soundgarden.

Rodzina, jak jedzie z panem, też słucha?

- Tak, ja i żona wywodzimy się z rockowego towarzystwa. Obecnie Joanna jest na etapie Marii Peszek, a Jeremiasz - Queen.

Mercury to był gigant.

- Dla mnie Freddie Mercury był głosem wszech czasów, i pewnie nie tylko dla mnie. Na Queen się wychowałem i pożarłem chyba wszystko, co jest związane z tym zespołem.

I trochę tak jak bohaterowie "Easy Rider" D. Hoppera - jedzie pan i śpiewa.

- Większość rzeczy tworzę w samochodzie i pokojach hotelowych, dlatego...

Dlatego co?

- Nie mogę zdradzać, co robię w hotelowych pokojach (śmiech).

Chciał pan być prawnikiem?

- Nie.

Zdawał pan na prawo?

- Zdałem.

I co?

- Przychodzą w życiu takie etapy, kiedy człowiek nie wie, co ze sobą zrobić. Pierwszym było kończenie podstawówki, zdecydowałem, że idę do liceum. Po czterech latach wybrałem prawo, byłem tam dwa, trzy tygodnie. Wiedziałem, że to nie dla mnie. Pomyślałem, że może warto byłoby spełnić swoje marzenie. Skoro nie mogłem realizować się muzycznie, bo nie miałem wokół siebie ludzi, którzy by myśleli poważnie o muzyce, to może by aktorstwo? Rodzice nigdy nie powiedzieli, że powinienem spełniać swoje marzenia, tylko nauczyli mnie, że one się nie spełniają.

To nie zniechęca?

- Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że marzenia się nie spełniają, ale to nie znaczy, że nie należy o nie walczyć. Musisz mieć z tyłu głowy, że coś w życiu trzeba robić.

Jak taki człowiek jak pan dostaje się dopiero za trzecim razem do szkoły teatralnej, to...?

- Poszedłem w zaparte, ale był tydzień dołów, bo znowu rok i co robić? Na garnuszku u rodziców, "daj dwadzieścia złotych, bo z dziewczyną na ciastko chcę iść"?

Na ciastko?

- Załóżmy. Na ciacho.

Na "Ciacho"?

- (śmiech) Na "Ciacho" to do kina. Po premierze byłem w lekkim szoku, pewnie jak większość kolegów. Jak już się skończyło, powiedziałem: "No dobra"...

Trzeba to wziąć na klatę.

- A co miałem zrobić? Uciekać? Nie żałuję udziału w tym filmie.

Pan jeszcze do wojska chciał iść.

- Tak, myślałem, że jeżeli nie dostanę się do szkoły teatralnej, to pójdę do wojska, i żyłem z tą świadomością trzy lata, bo umówiłem się, że trzy razy będę zdawał.

Ale w tym wojsku to F-16 czy czołg?

- Na lotnika absolutnie nie, bo się boję latać.

Krwi się boję, latać się boję...

- Ogólnie rzecz biorąc, jestem pacyfistą. Kolejna sprzeczność. Paradoks. Zawsze marzyłem, żeby urodzić się np. w 1948 w Stanach Zjednoczonych, wtedy około 20. roku życia przeżywałbym najpiękniejsze lata rock’n’rolla, czyli lata 60., i na pewno stałbym po tej drugiej stronie. Wtykałbym w lufy kwiatki.

Był Wietnam.

- Broniłbym się przed tym. Zaczytywałem się w historii Stanów Zjednoczonych: Nixon, Kennedy i cała rewolucja flower-power - to mnie zawsze interesowało. Czarne Pantery.

Czarne Pantery też?

- Tak, bo to wszystko wychodzi z buntu, z walki o coś, co ma sens.

Czy pana synek jest już na tyle duży, że może mu pan opowiadać, jak widzi świat?

- On pyta o różne rzeczy związane z przeszłością, jest inteligentnym ośmiolatkiem. Orientuje się też w tym, co się dzieje dookoła.

Chodzicie tak samo?

- (śmiech) Nie wiem.

Niech pan zwróci uwagę, że chłopcy lubią chodzić jak tato.

- On ma charakterek trochę po mnie... 

...a pan po mamie.


Wrażliwość mam po mamie.

Pomidorową dobrze pan gotuje?

Nie, akurat z zupami to słabo.

A z czym lepiej?

- Będziemy rozmawiać o gotowaniu? Proszę... Jak trzeba coś ugotować, to pewnie, że ugotuję.

Wróćmy do latania.

- Staram się nie latać.

Irak, Afganistan to niewymyślona historia.

- Jesteśmy naocznymi świadkami.

Poczucie, że serial oglądają rodziny żołnierzy, którzy zginęli...

- Wiedzieliśmy, że będą to oglądali także żołnierze, którzy byli, są, będą na misjach, i ich rodziny. I dlatego staraliśmy się, na ile mieliśmy siły i możliwości, zrobić to najlepiej, jak potrafiliśmy. Bardzo liczyliśmy się ze zdaniem żołnierzy, którzy byli na planie. To było pół roku wycięte z życia. Wracając do domu po dwóch miesiącach, naprawdę czułem się jak obcy człowiek, nie miałem nic do roboty, czekając na kolejne zdjęcia, kolejny wyjazd. I zdawałem sobie sprawę z tego, jak muszą czuć się ci, którzy byli tam pół roku i wracają nagle do domu.

Stres bojowy.

- Tak. Cały czas trzeba było kumulować w sobie pewne emocje i cały czas miało się totalny chaos w głowie. Trudno się było go pozbyć i pozbierać. Ja w tym serialu po raz pierwszy nie gram twardziela, tylko młodego oficera, który tak naprawdę jest przerażony całą sytuacją. Pierwszy raz wyjeżdża na misję, musi się uczyć od innych, a z drugiej strony dowodzić, podejmować trudne decyzje. Nie sądziłem, że ten plan będzie dla mnie taką szkołą. I trzeba było potem przejść dosyć długą rekonwalescencję.

W "Lekarzach" też?

- Tak, poszedłem do Marcina Perchucia i przepisał mi ziółka.

Też dobry aktor.

- "Zbrodnia i kara" w Powszechnym.

Po "Oficerze" mówił pan, że reżyser pana złamał.

- Ciężko opisać to słowami, on znalazł dosyć ostry sposób na to, żeby wydobyć ze mnie to, co chciał zobaczyć na ekranie. Był pierwszym reżyserem, który mnie złamał psychicznie. 

To znaczy?

- Dogrzebał się do czegoś, do czego nie sądziłem, że ktoś może się dogrzebać.

Coś znalazł...

- Taką cienką czerwoną linię i po prostu ją przekroczył. Każdy dzień był wielką niewiadomą, podobnie jak w "Misji Afganistan". Wydobył ze mnie dosyć okrutną metodą emocje, które były mu potrzebne. Ja do nich nie byłem przyzwyczajony i nie sądziłem, że mogę zachowywać się w sposób, w jaki się tam zachowywałem.

Czy świat to zauważył?

- Wiem, że gdzieś tam Grand pozostał w świadomości widzów i nieraz słyszę, że to była moja najlepsza rola. Jestem za to wdzięczny Maćkowi Dejczerowi. Wtedy tego nie rozumiałem. Zrozumiałem to po pewnym czasie. Wspomnienia jednak nie są miłe (śmiech).

Do tego stopnia?

- Tak. Wtedy stałem się silniejszy.

Jak jest wigilia, to się pan wbija w krawat?

- (śmiech) To tradycyjna wigilia, niczym nie różni się od typowych wigilii w każdym domu, ale nie siadam w krawacie.

Ma pan?

- Nie i nie lubię. Mam trochę łapaczy snów.

Każdy ojciec powinien nauczyć syna wiązać krawat.

- Niby tak, ale krawaty nie za bardzo do mnie pasują. Sorry, Jeremi (śmiech). Wracając do świąt, to bardzo je lubię: cisza, spokój, cała rodzina. Lubię sprawiać prezenty, nie tylko bliskim, dzielić się tym, co mam.

A co z niespodziankami od życia?

- Trzeba żyć z myślą, że nie wiadomo, co się wydarzy następnego dnia. Jak mi się przydarzy jakaś niespodzianka, to się być może spotkamy ponownie i może pani opowiem.

W jakich jeszcze sprawach jest pan serio?

- Ogólnie w życiowych jestem raczej na serio. Ale jestem też trochę błaznem.

Tak dobrze pan gra?

- Nie, ja po prostu lubię rozśmieszać. Cieszyć dusze.

Ale mistycyzm już tak nie bawi?

- Jest bardzo ważny w moim życiu, dlatego że stymuluje moją podświadomość i świadomość. Pozwala mi żyć w rzeczywistości, od której się odbijam. Moja wyobraźnia nie rozumie rzeczy niemożliwych, tak jak rzeczywistość nie rozumie mnie. Dlatego ujście mam w pisaniu tekstów i malowaniu obrazów.

Maluje pan?

- Tak, za pośrednictwem tekstów i muzyki maluję obrazy - sytuacje, stany emocjonalne, które pozwalają mi przetrwać. To jest moje. Sam jestem w stanie kreować państwa, miasta, religie, prawa, którymi się rządzą. Bramy tego miasta są bardzo szeroko otwarte. Natomiast bramy mojego ogrodu już nie... Rzadko kogoś tam wpuszczam.

A jak już pan wpuści?

- To zależy, jak ten ktoś zadba o mój ogród albo na ile ja mu tam pozwolę zagościć. Zazwyczaj stymuluję się takimi sytuacjami, które pozwalają mi tworzyć. Traktuję tego kogoś jak pretekst, muzę, która jest mi potrzebna, ale jest to obopólna korzyść, bo jeżeli kogoś już naprawdę tam wpuszczę...

...do ogrodu?

- To staram się, by obie strony były dokarmione.

"Buntownik bez powodu" i James Dean to blisko czy daleko?

- Nigdy nie rozumiałem Jamesa Deana.

Inne słowo na "m" jak "melancholia" też pana określa?

- Czarna melancholia. Dobrze mi z nią. Widzę świat tak, jak chcę go widzieć w danej chwili, ubieram go w symbolikę, w mistycyzm. Jakaś kraina wiecznych łowów czy pusta autostrada prowadząca donikąd, poszukiwanie wolności i dzikie pustkowia. Jest tam też światełko w tunelu. Nie jestem w stanie skrzywdzić samego siebie. Nie zmierzam do destrukcji.

Bo chce pan żyć wiecznie.

- Absolutnie.

W kręgu pańskich zainteresowań jest też Genet, to znowu dosyć ponure towarzystwo...

- Półmrok zawsze mnie pociągał. Być może dlatego Genet tak do mnie przemówił, potem Baudelaire, Rimbaud. Przyznam, że mało czytałem w liceum, bardziej interesowałem się muzyką rockową. Historię teatru poznałem dopiero w szkole teatralnej, pochłaniałem tysiące książek na temat teatru amerykańskiego, elżbietańskiego. Zawsze interesowały mnie rzeczy niejasne, połamane, nieokreślone, nierzeczywiste, trochę w tym było gotyku, trochę fantasy i gdzieś w tym zacząłem określać siebie samego.

To jest już zbalansowane?

- Cóż, każdy nosi swój krzyż na barkach.

Pan codziennie?

- Tak.

To coś znaczy?

- Jak najbardziej.

Co takiego?

- Nie powiem (śmiech).

To tak jak te drzwi zamknięte do ogrodu?

- To takie moje, powiedzmy moja droga krzyżowa. To musi być podarowane przez drugą osobę, podobnie jak dream catchers, czyli łapacze snów. Robione oryginalnie, najczęściej z wikliny, też muszą być podarowane. Takich rzeczy nie wolno samemu kupować i wieszać. Ja w to wierzę.

Ma pan jakiś tatuaż?

- Nie. Ale jestem coraz bliżej jego zrobienia.

Po co?

- Bo być może kiedyś będę żałował, że go nie zrobiłem.

Imiona bym odradzała.

- (Śmiech) Nie będzie żadnych imion. Ale uważam, że tatuaże to fenomenalna rzecz, lubię oglądać piękne tatuaże. Pokażę pani jeden. Zbieram często takie zdjęcia i w pewien sposób one mnie inspirują. W tym najbardziej mi się podoba ten motyl (pokazuje zdjęcie w telefonie).

Co to jest?

- Nie wiem. Takie rzeczy mnie inspirują. Często Pan pokazuje te zdjęcia? Nie, raczej nie. O, a to, tobym chciał na nowej płycie mieć, do kawałka "Destroy the Angels".

Przepiękne.

- O, to jest piękny tatuaż dream catcher.

Wygląda, jakby cały czas był w ruchu. Tylko nie wiem, czy na plecach męskich będzie tak samo atrakcyjnie wyglądał. Jest pan szczęśliwy?

- Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie jestem.

Nie definiuję tego w sposób prosty.

- Bo to nie jest proste szczęście. Jeszcze cały czas poszukuję rzeczy, które chciałbym zdobyć i zobaczyć. Chciałbym kiedyś napisać piosenkę, po której będę wiedział, że nie napiszę już niczego lepszego. I cieszę się, że jeszcze jej nie napisałem. Wierzę, że najlepsza rola wciąż przede mną, że nie zdobyłem wszystkich szczytów. Bo gdybym zdobył i był spełnionym człowiekiem, to byłbym zmęczonym i smutnym człowiekiem.

No i jeszcze jest ten ogród.

- Kto wie, może w końcu rozkwitnie, bo troszeczkę jest zaniedbany (śmiech). Dziennikarze zazwyczaj nie chcą o tym rozmawiać... Ma być ładnie, przyjemnie, jak kocham żonę, a ja tu opowiadam o jakichś swoich stanach emocjonalnych, o jakimś zespole.

Ale przecież ten ogród im bardziej zarośnięty, tym bardziej jest ciekawy.

- Każdy ma swój świat, do którego od czasu do czasu wpuszcza. Trzeba to tylko troszeczkę kontrolować.

Tak jak zawsze znajdzie się reżyser, który powie: mam w nosie, co o nim mówią, Małaszyński i tak będzie u mnie grał. Koniec, kropka.

- Też w to wierzę, dlatego nie mam żadnej napinki ani strachu. Może mówmy sobie po imieniu.

Mówmy, a więc tobie się w ogóle jakieś kobiety podobają?

- Mnie?

Tak.

- Oczywiście, że tak, jestem mężczyzną.

Określony typ?

- Nie, skąd.

Niezależność kobiet cię deprymuje?

- Nie, dlaczego? Musisz dać jej tylko czasem więcej powietrza.

Kiedy ostatnio pomyślałeś: fajne jest to życie?

- (Śmiech) Nie pamiętam.

Może to było w twoim ogrodzie?

- Często prowadzę takie rozmowy z samym sobą. Jeżeli coś mi idzie dobrze w życiu albo źle...

Na głos?

- Tak, zadaję sobie pytanie i sam na nie odpowiadam. Najczęściej na trasie Warszawa - Białystok.

Co jest wtedy bardziej rozbudowane: pytanie czy odpowiedź?

- Odpowiedź. Muszę mieć wszystkie za i przeciw. To mi pomaga w zrozumieniu samego siebie, swoich emocji, ale też uskrzydla mnie, jeśli chodzi o pisanie tekstów. Zwłaszcza że często opisuję rzeczy, które w życiu mi się nie przydarzyły, a być może chciałbym, żeby tak się stało.

Na przykład co?

- Fajnie byłoby zgrzeszyć z aniołem w ciemnej bramie.

Nieźle.

- Bo ja myślę obrazami. To jest pewna symbolika, a być może z drugiej strony boję się tego i wolę o tym pisać albo to sobie wyobrażać. Może lubię, kiedy anioł grzeszy z nagą dziewczyną w bramie.

Anioł jest facetem?

- Anioł jest hemafrodytą. Jest nieokreślony, tajemniczy.

Nie zapominaj, że boisz się krwi, latania samolotami. Może boisz się też ciemnej bramy?

- Boję się ryzyka, dlatego w życiu prywatnym nie ryzykuję. Dbam o siebie i o zdrowie. Na planie jestem w stanie zrobić wszystko: dam się podpalić, pociągnąć za samochodem, wypadnę przez okno, eksplozje, postrzały, wszystko robię bez problemu.

A ten moment przekraczania granicy?

- To tak jak scena teatralna i koncert - to są dwie rzeczy, które się łączą, pozytywnie niebezpieczne miejsca, bo nie wiadomo, co się wydarzy, gdy się podniesie kurtyna. Tak samo koncert, kiedy słyszę pierwsze dźwięki gitary, nie kontroluję siebie. Opisuję rzeczy, których chciałbym dotknąć, z innej strony nie mogę. To tak jak patrz, ale nie dotykaj, dotykaj, ale nie próbuj, próbuj, ale nie połykaj.

Ostra jazda bez trzymanki.

- Życie jest ogólnie ryzykowne i stany emocjonalne są ryzykowne. Niedobrze, kiedy przejmują nad tobą kontrolę, ale często tak się dzieje. Jestem im jednak za to wdzięczny, bo powodują, że czy się śmieję, czy płaczę, czy cierpię, to czuję, że żyję.

Czego byś nigdy nie chciał usłyszeć od kobiety?

- Nie ma czegoś takiego.

Byłbyś w stanie wybaczyć zdradę?

- To emocja, której na razie nie znam.

Kobieta ma u ciebie większe fory?

- Nie, dlaczego? Ja zawsze...

Co?

- Nic, takie jesteście...

...okropne?

- Nie. My, mężczyźni, byśmy sobie nie dali bez was rady. Kochamy was też nienawidzić... czasem... w pewien nieokreślony sposób.

Motyle w brzuchu?

- Nie wierzę w motyle w brzuchu, wierzę w motyle. Motyl jest bardzo ważną częścią moich tekstów. Często wydaje mi się, że ludzie nie rozumieją pewnych rzeczy, które są tuż obok. Czasami to, co piękne, jest bliskie, ale niekoniecznie musi być namacalne. Piękno w postaci motyla jest nieosiągalne, ale kiedy bardzo chcemy, jest namacalne.

Teraz mam powiedzieć: amen?

- To, co zachwyca, jest kruche i trwa chwilę. Jak kryształ, który jesteś w stanie docenić, jeżeli się pojawia, to trzymaj go z całych sił. Doceniaj promienie słoneczne na twoich palcach.

Nawet jeśli teraz słońce świeci ci prosto w oczy?

- Właśnie teraz.

PANI 1/2013

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje