Przejdź na stronę główną Interia.pl

Dobrze znów być

To niezwykła historia: o chorobie, miłości, walce i nowym życiu.

Chora na raka piersi Magda spotkała Bartka. Zakochała się, wyszła za mąż. W trzecim miesiącu ciąży przeszła obustronną mastektomię. Dwa tygodnie po zakończeniu chemioterapii urodziła synka. Rok temu dowiedziała się o przerzutach do wątroby i kości. Dziś jest zdrowa i z dystansem patrzy na to, co ją spotkało. Mówi: dobrze, że rak był. Bo dał jej siłę, pewność siebie, bo dzięki niemu uwolniła się od lęków.

Reklama

Nie do końca pamiętam moich rodziców, atmosferę domu, bezpieczeństwa - Magda Prokopowicz zamyśla się. Większość dzieciństwa spędziła w szpitalach. Miała 14 lat, kiedy zmarł ojciec, pięć lat później odeszła mama. Oboje chorowali na raka. - Kiedy sama dowiedziałam się o chorobie i ludzie zaczęli mnie pocieszać, przypomniałam sobie, jak mówiłam mamie: będzie dobrze. Ale nie było... Dziś Magda ma 32 lata i mówi, że z rakiem można jednak wygrać. Trzeba znaleźć w sobie siłę i chęć do walki. Ona walczyła dla męża Bartka Prokopowicza, operatora filmowego, i ich synka Leona. Od pół roku jest zdrowa i chce żyć tak jak przed chorobą. Wróciła do pracy we własnej agencji aktorskiej, robi zdjęcia, maluje i odwiedza targ staroci na Kole. Może tylko częściej się uśmiecha. Do siebie. I do życia.

Po pierwszej operacji nie chciałaś się dalej leczyć. Zrezygnowałaś z obustronnej mastektomii, chemii, naświetlań. Myślałaś wtedy o swoich rodzicach, że im się nie udało?

Magda Prokopowicz: To była pierwsza myśl. Mama podjęła walkę, leczyła się siedem lat na raka piersi z przerzutami i umarła. Przez te lata praktycznie jej nie było, bo miesiące spędzała w szpitalu. Smutna, zapłakana, wstydziła się tego, jak wygląda. Fatalnie znosiła chemię, miała dni, kiedy w ogóle nie wstawała z łóżka. Nie wiedziałam, co się z nią dzieje, zupełnie nie potrafiłam jej pomóc. Dziś myślę, że była w ciężkiej depresji. W ostatnich tygodniach podawaliśmy jej z bratem morfinę. Miała wtedy zwidy, omamy, już nie była sobą.

Kiedy zmarła mama, byłaś 19-latką. Osiem lat później sama dowiedziałaś się o chorobie. Pierwsza myśl?

Magda Prokopowicz: Że walka nie ma sensu. Słowo "rak" oznaczało wyrok śmierci. Byłam przekonana, że bez względu na to, czy się leczysz, czy nie, koniec jest taki sam. A być może, gdy się leczysz, to męczysz się dłużej. Jednak zdecydowałam się na częściowe usunięcie piersi. A potem badania wykazały, że mam pojedyncze komórki rakowe także w drugiej piersi. Lekarze zarządzili naświetlania i obustronną mastektomię. Nie zdecydowałam się.

Poszłaś za to do gabinetu medycyny niekonwencjonalnej. Jakaś cząstka Ciebie wierzyła, że możesz pokonać raka w inny sposób?

Magda Prokopowicz: Wstydziłam się tej irracjonalności, ale tak było. Wstawałam o piątej rano, żeby na szóstą dojechać na bardzo bolesne masaże. Głodziłam się tygodniami, usłyszałam, że głodówki mnie przeczyszczą i wysuszą raka. Chciałam się ratować, szukałam schronienia jak zagubiony zwierzak. W gabinecie dostałam nadzieję, rozmowę, ciepło, pocieszenie. Nazywano mnie "cudowną Madzią". Czułam, że jestem dla kogoś ważna. Tego nie znalazłam w szpitalach. Pamiętam, jak w Centrum Onkologii czekałam w kolejce do lekarza pięć godzin. Pomyślałam: "Wolę umrzeć szybciej, ale z poczuciem spokoju, honorem i godnością".

Wtedy jeszcze byłaś sama. Czekałaś na miłość?

Magda Prokopowicz: Miłość była ostatnią rzeczą, o jakiej myślałam. Rozstałam się z partnerem. Usłyszałam od mężczyzny, że przeraża go moja choroba i nie daje sobie z nią rady. Ale przyjęłam to spokojnie. Powiedziałam sobie: "No cóż, pomyliłam się, to zupełnie nie ten człowiek. Muszę sama iść dalej".

Poznanie Bartka to cud?

Magda Prokopowicz: Ja to nazywam piękną bajką. Moment, w którym zakochaliśmy się w sobie, był absolutnie wyjątkowy i jak nie z tego świata. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam. Więcej, nie wierzyłam, że jestem w stanie kogoś tak mocno pokochać Niesamowite jest to, że znaliśmy się od dziecka, ale nigdy nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Mieszkaliśmy w Łodzi na tym samym osiedlu, czasem obserwowałam go przez okno. Byliśmy na jednym obozie harcerskim. Nasze drogi mijały się aż do tamtego dnia.

Kiedyś mi powiedziałaś, że to jest miłość od pierwszego dotknięcia.

Magda Prokopowicz: Od pierwszej rozmowy i od pierwszego dotknięcia. Przyjechałam do domu Bartka kupić samochód. Usiedliśmy na schodach i Bartek dotknął mojej ręki. Poczułam absolutne szczęście, spokój, spełnienie. Jakbym odnalazła dom. Bartek jest miłością mojego życia, przeznaczeniem. Następnego dnia po spotkaniu pojechał robić zdjęcia do reklamy, ale wysyłał mi dziesiątki esemesów. Chyba w czterdziestym zapytał, czy zostanę jego żoną i czy chcę mieć z nim dzieci.

Trzeciego dnia już mieszkaliście razem. Pamiętam, jak Agata Mróz opowiadała o początkach swojej miłości. Mówiła, że gdyby nie choroba, pewnie nie miałaby w sobie tyle odwagi i wszystko toczyłoby się wolniej.

Magda Prokopowicz: Podświadomie tak właśnie czułam. Zakochałam się, więc razem mieszkamy. Po co czekać, spotykać się w kawiarniach przez pół roku, chodzić na randki do kina? Jakiś bezsens, strata czasu, którego może tak dużo nie ma.

Kiedy powiedziałaś Bartkowi, że masz raka?

Magda Prokopowicz: Wiedział o tym od wspólnych znajomych. Pierwszy raz rozmawialiśmy o raku tydzień po poznaniu. Pojechaliśmy nad morze na długi weekend. Czwartego maja miałam wyznaczony termin obustronnej mastektomii, bo jednak wahałam się, czy się jej poddać. Powiedziałam Bartkowi, że nie chcę mieć operacji.

Nie przekonywał Cię, że powinnaś?

Magda Prokopowicz: Nie, Bartek zawsze bardzo szanował moje zdanie, wybory. Nawet gdy ich nie rozumiał. Tak teraz myślę, że może nie poszłam na operację, bo poznałam Bartka? Spotkaliśmy się 24 kwietnia, a dziesięć dni później mogłam nie mieć obu piersi. Ta myśl była przerażająca. Znalazłam wielką miłość, mężczyznę życia, i czeka mnie mastektomia. Zupełnie nie do wyobrażenia.

Były chwile, kiedy myślałaś, że może nie powinnaś pozwolić sobie na miłość? Stawiać Bartka od początku w ekstremalnie trudnej sytuacji?

Magda Prokopowicz: Nigdy tak nie pomyślałam. Czułam pełną akceptację z jego strony. Nawet wydaje mi się, że to dla niego było interesujące. Ogromne uczucie i ryzyko, niepewność w każdej sekundzie.

Miłość na krawędzi?

Magda Prokopowicz: Właśnie, balansowanie na granicy życia i śmierci. Bartek zawsze w najtrudniejszych momentach mówił: "Madziu, będziesz żyła, nie ma innej możliwości". Dzielnie mi towarzyszył nawet w gabinecie medycyny niekonwencjonalnej. Wyobraź sobie w trzech rogach dużego pokoju siedzące kobiety, które masują ludziom stopy kołkami. Na środku pokoju dwie kanapy, na których czekają kolejni pacjenci. Wszyscy wszystko widzą, reagują na krzyki, bo masaże były potwornie bolesne. Absurdalne miejsce, ale to widzę dopiero dzisiaj. Byłam wdzięczna Bartkowi, że po prostu ze mną jest, nie ocenia, nie poucza.

Rozmawiała Alina Mrowińska

Przeczytaj drugą część wywiadu

Przeczytaj trzecią część wywiadu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje