Przejdź na stronę główną Interia.pl
Dobrze mi w czerwonym

Renata Przemyk w "Twoim Stylu"

Dawna buntowniczka dojrzała i już wie, co dla niej dobre. Nabrała odwagi. Nosi kolorowe sukienki, skoczyła na spadochronie, pierwszy raz napisała teksty na swoją płytę. Renata Przemyk nie chce już tracić w życiu ani minuty.

Pani płyta zaczyna się od energetycznej piosenki "Kot". Ale kiedy się wsłuchałam, to wiele o kocie nie było. "Co poeta miał na myśli?".

Renata Przemyk: - Jest kot, proszę mi wierzyć. Ale nie chcę tłumaczyć swoich tekstów. Uważa pani, że to potrzebne?

Jestem ciekawa, co pani chodzi po głowie podczas pisania.


- Dobrze, to jest piosenka o... rozstaniu. Tyle że z perspektywy kota. Dla niego rzeczy dzielą się na pewne - miska, kanapa, kolana pani, okno, i rzeczy niepewne - widok za oknem, co będzie w misce i kiedy pani przyjdzie. Kot lubi stałe sytuacje, powtarzalność. Dlatego rozstanie dwojga ludzi jest bolesne też dla niego. Od ośmiu lat mam kotkę, to wiem.

Jak ma na imię?

- Milena.

Była inspiratorką tej piosenki?

- Trochę tak. Wie pani, ja od jakiegoś czasu w ogóle patrzę szerzej na świat relacji, staram się zobaczyć go innymi oczami. Może to zadziwiać, ale również zwierzęcymi.

Reklama

Pytam o sens, bo dla mnie ta piosenka w ogóle nie jest o rozstaniu. Słowa "A jeśli to ma być dzisiaj, jeśli już więcej w głowie mi się nie zmieści" odebrałam, jako zapowiedź dnia, w którym człowieka dosięga znudzenie i świat już nie wydaje mu się ciekawy.

- I dobrze. Rozumie pani ten tekst po swojemu. Coś się skończyło - jest ładunek emocjonalny i nie ma potrzeby tłumaczenia. Ważne, żeby piosenki nie były obojętne.

Nie są. Ta o wilku - też mocna.

- Pani mi wygląda na taką, która czytała "Biegnącą z wilkami".

Głupia sprawa, ale nie.

- To polecam. Napisała ją Clarissa Pinkola Estés. Naprawdę fajna rzecz, dużo się z niej dowiedziałam o sobie.

Pisze pani piosenki na podstawie książek?

- Często sięgam po książki. Z wielu powodów, również dlatego, że nie mogę pójść do żadnego mistrza i zapytać o ważne życiowe sprawy. Już jako nastolatka rozglądałam się za kimś takim. Wydawało mi się, że mądry człowiek, odpowiadając na pytania, odkryje mi drogę. Ale takiego mentora nie było, więc poszukałam odpowiedzi w literaturze. I otworzyły mi się drzwi do "czarodziejskiego ogrodu". Ostatnio znowu trafiłam na kilka tytułów z kręgu "powrót do natury". Oczywiście z takimi tematami trzeba uważać. Bo mogą graniczyć z cyrkiem, sektą i czarownicami. Ja zresztą i tak już chyba się do tej gromady zaliczam. (śmiech)

Fizycznie pani też "wróciła do natury". Dom na wsi pod Krakowem, wokół pola...

- Tak. Kładę się na trawie i patrzę, jak ona rośnie, ile tam żyjątek. Okazuje się, że leżę na ruszającym się świecie. Od czasu, kiedy mieszkam na wsi, fascynuje mnie mikroskala. Coraz częściej pozwalam sobie na "pięć minut dłużej". Że posiedzę na kawce pięć minut dłużej, że z łóżka rano nie wstanę zamaszystym gestem, tylko otworzę oczy powoli... Mam poczucie, że żyjąc w zgodzie z naturą, ułatwiamy sobie życie i do tego nie trzeba zaraz być czarownicą. Czy pani wie, że głodówki i rozmaite oczyszczania organizmu lepiej robić po pełni księżyca?

Cenna wiedza, ale co to wszystko ma wspólnego z wilkiem?

- Wilki i pełnia księżyca? Dużo! (śmiech) Swoją drogą, ja mam tak często w rozmowie: lecę przez pokoje w amfiladzie i zapominam się zatrzymać... Wracając do książki. Ona może nie była przełomowa, ale okazała się jedną z ważnych. Autorka przez 20 lat zbierała legendy i bajki z różnych kultur i czasów. I świetnie pokazuje, jak one między wierszami uczą nas różnych życiowych prawd.

- Piosenka "Wilk" oparta jest na micie Czerwonego Kapturka, który od wieków jest przecież zakamuflowanym ostrzeżeniem przed gwałtem. Matki przekazują to córkom. Ale u mnie ten Kapturek nie idzie do lasu już tak całkiem bezbronny. Jest w stanie stawić czoło wilkowi - czyli życiu, przygodzie. Wręcz go wabi. Nie jest już ofiarą. Ta piosenka jest też o damsko-męskich relacjach. Bo doświadczenie uczy, że kobiety kochają drani. Często się żalą, że ktoś je skrzywdził, a jednocześnie lgną do tych niegrzecznych.

Pani też?

- Odpowiem nie wprost. Na tej płycie w kwestii miłości najbliższa mi jest piosenka "Dwojedno".

Ładna gra słów.

- Zwłaszcza z tym "dno", prawda? (śmiech) To hymn o miłości, choćby ta miłość miała żyć tylko chwilę. Naukowcy sprawdzili, że zakochanie trwa średnio od 18 do 36 miesięcy. Ale mimo że związek nie zawsze kończy się happy endem, warto przeżyć to poczucie jedności, przynależenia do drugiego człowieka. "Lepiej stracić niż nigdy nie mieć nic", jak śpiewam w innej piosence.

- Kiedyś zdarzało mi się przekreślać pewne sytuacje, bo nie rokowały - nie było cech predestynujących danego człowieka do bycia razem na zawsze. Jak ktoś nie spełniał wszystkich oczekiwań, z poczuciem rozczarowania szłam dalej. Teraz widzę to inaczej. Każda miłość buduje nas i pogłębia. Nieważne, czy ktoś jest idealnym kandydatem na męża, czy nie. Przecież nie wiemy tego od razu. Z miłością się nie dyskutuje. Trzeba tylko być szczerym.

A piosenka o lataniu skąd się wzięła?

- Z latania. (śmiech) Chciałam poczuć, jak to jest. Od zawsze uwielbiam podróże samolotem. Jeszcze w liceum miałam chłopaka, który latał szybowcami. Już miałam zrobić kurs i latać razem z nim, ale... się rozstaliśmy. Jednak o lataniu marzyłam cały czas. Nigdy nie pociągał mnie skok na bungee - czułabym się jak kukiełka na sznurku. Za to rok temu zdecydowałam się na skok ze spadochronem.

Nie było strachu?

- Oj, był! Ale dopiero, gdy już wyskoczyłam.

Sama?

- Nie wyrzuca się człowieka samego pierwszy raz, bo jest tak skołowaciały, że mógłby zapomnieć o otwarciu spadochronu. Skakałam w tandemie.

I co, wciągnęła się pani?

- No... pewnie więcej nie skoczę. (śmiech) Ale to kolejna rzecz, którą warto było przeżyć. Nie wiedziałam, że się tak szybko spada, że jest taki hałas i takie zimno na tych czterech tysiącach. Że dzieje się to tak intensywnie - nie ma czasu zebrać myśli. I że są takie przeciążenia. Twarz mi latała, skóra furkotała. Rękawiczka poleciała gdzieś w przestrzeń. Może spadła komuś na głowę, przyprawiając niemal o zawał. Wiele rzeczy spada nam z nieba. (śmiech)

Słowem, horror.

- Adrenalina. Byłam w niebie, to się nie mogło odbyć tak bez emocji. Cieszę się, że to zrobiłam. Musiałam się przekonać - po raz kolejny - jak to jest, gdy spełniają się marzenia. A kiedy instruktor otworzył spadochron, szczerze się zdziwiłam. Gdybym była sama, pewnie bym o tym zapomniała. I wtedy dopiero zaczęło się delektowanie. To jest taki rodzaj szoku i euforii, że człowiek się zapomina. Ale warto.

No i dzięki temu jest nowa piosenka. Większość tekstów na płytę napisała pani sama. Dlaczego akurat teraz wybiła się pani na niepodległość tekstową?

- Przez te wszystkie lata pisała dla mnie poetka Anna Saraniecka - i to tak, że jej teksty mogłam uznawać za swoje. Zresztą często byłam posądzana o ich autorstwo, co mi bardzo pochlebiało. Ja też coś pisałam, ale dla teatru i do szuflady - bałam się chyba przekroczenia progu intymności. W tekstach Anki odnajdowałam tę głębię i intymność, których sama nie umiałam jeszcze nazwać. Od niej też nauczyłam się dużo o strukturze tekstu.

I nagle...

- Chyba dojrzałam. W trakcie komponowania zaczęły do mnie przychodzić całe zdania. I wreszcie podoba mi się to, co piszę.

Tej płyty nie byłoby, gdyby...

- ...gdybym nie była w tym momencie życia i po takich doświadczeniach.

To bardzo ogólne stwierdzenie.

- Na moje podejście do życia wpłynęło to, że po drodze wydarzyły się miłości, narodziny, śmierci. Bliższe, dalsze. Z czasem widzi się mocniej ich znaczenie. Myślę, że żaden wrażliwy człowiek nie jest w stanie przejść obok tego bez refleksji. Coraz mocniej czuję prawdziwość stwierdzenia: "Trzeba pracować tak, jak by się miało żyć sto lat, a żyć tak, jak by się miało umrzeć jutro". Intensywnie, ale z szacunkiem dla każdego dnia i każdego człowieka. Na dojrzałość trzeba sobie zapracować.

Pani muzyka i głos na tej płycie wydają się delikatniejsze.

- Ja zawsze się śmieję, że mój głos nadaje się raczej do tego, żeby zawołać kogoś z drugiej hali w górach niż do śpiewania kołysanek. Ale z czasem nauczyłam się również szeptać. I poznałam, jak cudownie jest się w delikatności rozsmakować. Poznałam wiele technik wokalnych, nauczyłam się panować nad emocjami. Wspaniale jest operować wieloma różnymi środkami. Muzycznie też odważyłam się na nowe rzeczy - na płycie jest dużo elektroniki, mocnych beatów, ale jest też na przykład altówka. W rękach wirtuoza oczywiście

Sukienka na okładce też odważna.

- Po latach czerni weszłam w kolor. Poczułam się jak dziecko na jarmarku. Czerwień to kolor ognia, energii, prowokacji, władczości. Długo lubiłam tylko biel z czernią, to odpowiadało mojemu "antypodycznemu" wnętrzu.

Co to znaczy?

- Kiedyś nie istniały dla mnie półśrodki. Z euforii wpadałam w żal, z radości w rozpacz i rozczarowanie, że "nie ma ideałów". Z latami ten środek zaczął się wypełniać kolorami. Ostatnio kupiłam sobie nawet karmazynową kurtkę skórzaną.

- Patrzę w lustro: jestem panią w czerwonym i dobrze się z tym czuję! Taki współczesny Czerwony Kapturek. Bliskość z naturą działa na wszystkie zmysły. Do mojego życia wszedł mocniej nie tylko kolor, ale i zapach. To moje kolejne odkrycie. Mój przyjaciel Lev, który zawodowo zajmuje się komponowaniem perfum, przyjechał ostatnio do mnie z Londynu z całą walizą składników i przez kilka dni szukaliśmy "mojego" zapachu.

I co wyszło?

- Rozczarowałam się różą, zachwyciłam... ogórkiem, aż w końcu stanęło na werbenie i paczuli. Na perfumy składają się nuty, o których obecności nie mamy pojęcia. Niesamowite doświadczenie.

A gdyby stworzyć zapach dla pani nowej płyty?

- Zapach mokrej sierści wilka, łąki w letnie popołudnie i... skóry ukochanej osoby. Gdyby przełożyć to na zmysł dotyku, płyta byłaby miękka, ale elektryzująca. Puszysta, ale i mocna. Taka, która wzbudzi ciekawość. Chcę, żeby dzięki niej ludziom chciało się zrobić w życiu następny krok.

Rozmawiała Joanna Nojszewska

TWÓJ STYL 11/2014

Dowiedz się więcej na temat: Renata Przemyk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje