Przejdź na stronę główną Interia.pl

Danuta Stenka: Nie taka znowu grzeczna

Pora na rozstanie z wizerunkiem „skrzywdzonej, poczciwej i dobrodusznej”. Bo w takich rolach najczęściej obsadzają ją jak dotąd reżyserzy. „A we mnie jest dużo kolorów, których jeszcze nie pokazałam”, mówi Danuta Stenka. W rozmowie z „Twoim STYLEM” opowiada, kiedy bywa czarnym charakterem i nieobliczalnym dla samej siebie „zwierzem”, dlaczego ma ochotę zagrać psychopatkę i jakie chodzą jej po głowie scenariusze alternatywne.

Twój STYL: Wkrótce ukaże się książka o pani. Pada w niej zdanie, że chciałaby się pani wcielić się w jakiś czarny charakter. Zagrałaby pani psychopatkę?

Reklama

Danuta Stenka: - Z przyjemnością. (śmiech) Jak dotąd większość reżyserów widzi mnie w roli "skrzywdzonej i poniżonej", "poczciwej i dobrodusznej" albo "wyniosłej i złamanej". A ja chciałabym się dobrać do swojej ciemniejszej strony. Między innymi do niej.

Dlaczego?

- Od dawna kręcę się wśród klimatów i postaci, które już znam, a mam wielką ochotę na nowe. Chciałabym w sobie dotrzeć do obszarów dotąd niedotykanych i czuję, że są tam spore pokłady "nieobliczalnego". Czekam więc na odważnego reżysera...

Bywa pani szwarccharakterem w życiu?

- Pewnie tak... Zdarzają się sytuacje, gdy mnie ponosi i nagle odzywa się głos, którego nie znam na co dzień. Pewne osoby w trudny do wytłumaczenia sposób naciskają jakiś guzik, który powoduje, że wyłazi ze mnie zwierz.

Ten zwierz panią niepokoi?

- Nie lubię go, ale zwierz intryguje, bo wiem, że jest częścią mnie.

Jak on wygląda?

- Nie wiem, pojawia się wtedy, kiedy tracę panowanie nad sobą, więc nie potrafię go na zimno poobserwować. Może dlatego tak pociąga mnie rola szwarccharakteru, bo mogłabym bezpiecznie wywołać tego zwierza z ciemności i przyjrzeć mu się w "warunkach laboratoryjnych".

Krążą legendy, jak to "zwierz" wyszedł z pani na planie "Chopina" podczas kłótni z Jadwigą Barańską.

- Nie było kłótni, był kolejny spór, który zadziałał jak zapalnik. Eksplodowałam. Tak gwałtownie, że gdy ochłonęłam, nie pamiętałam, co mówiłam, nie wiedziałam, co się ze mną stało.

Podobno poszło o koturnowe dialogi, których nie chciała pani wygłaszać. Taka rzecz potrafi panią doprowadzić do pasji?

- Dialogi często nie są mocną stroną naszych scenariuszy, do tego przywykłam. Nie chcę wypowiadać tekstu, w który nie wierzę, ale zawsze jestem otwarta na rozmowę. Jednak do pasji potrafi mnie doprowadzić sytuacja, kiedy ktoś nie chce usłyszeć moich wątpliwości i traktuje mnie z góry jak sabotażystkę. Tak jak wtedy. To był pierwszy dzień zdjęciowy na Majorce z hiszpańską ekipą. No i... wyszło na to, że Stence woda sodowa uderzyła do głowy.

A uderzyła?

- To był krzyk bezsilności. Woda sodowa nie ma u mnie szans, jestem dla siebie zbyt surowa. Choć pewnie bywały momenty, kiedy można mnie było podejrzewać o "sodówkę". Sama się raz przyłapałam. Kilkanaście lat temu. Propozycje przychodziły stadami, no po prostu lało się i to z każdej strony. Gdy moja agentka zadzwoniła z kolejnym, nowym projektem, usłyszałam w swoim głosie tonację, która mnie zaniepokoiła, jakieś rozkapryszenie. Zrozumiałam, że reaguję tak, jakbym przestała szanować to, co do mnie przychodzi. Na szczęście alarm się włączył w odpowiednim momencie. W każdym razie woda sodowa w moim przypadku nie jest problemem.

A co nim jest?

- Raczej coś z przeciwległego bieguna - brak wiary w siebie. Nie potrafię o sobie pomyśleć, że jestem w czymś świetna. Że zrobiłam coś naprawdę dobrze.

Po tylu rolach, sukcesach, nagrodach?

- To nie jest tak, że nie widzę tego, czego się nauczyłam, nie cenię tego, co robię. Bo widzę, i to, co uważam za cenne, cenię. Ale ilekroć zaczynam nową pracę, nachodzą mnie myśli, że ci, którzy mi ją zaproponowali, nie mają pojęcia, jakie ryzyko podjęli. Pewnie spodziewają się po mnie cudów, a to, co przychodzi mi do głowy, jest banalne. Myślę, że ktoś inny na moim miejscu zrobiłby to lepiej, że mogłam zrobić to lepiej itp. Do ideału zawsze daleko. Nie potrafię też siebie sprzedać. Nie umiałabym pójść do jakiegoś reżysera i poprosić go o rolę albo do dyrektora teatru i powiedzieć: "Panie dyrektorze, jestem dobrą aktorką. Mam na koncie takie i takie role, te z nich uważam za świetne, więc jestem pewna, że pan mnie potrzebuje".

Wiarygodnie to pani teraz wygłosiła.

- Bo teraz to zagrałam, ale gdybym się znalazła w takiej sytuacji, powiedziałabym pewnie: "Panie dyrektorze, jestem aktorką... To znaczy, mam nadzieję, że nią jestem". Bywam bardziej krytyczna wobec siebie niż wszyscy krytycy.

Jakieś podejrzenie, skąd się to wzięło?

- Z genów, z wychowania... W moim rodzinnym domu panował pogląd, że eksponowanie swojej osoby nie jest w dobrym tonie, że nie wypada się chwalić, opowiadać o swoich dokonaniach. No po prostu nie wypada! I choć dziś myślę, że przechwalać się i cenić siebie to dwie różne rzeczy, działa jakiś świetnie naoliwiony mechanizm, który cały czas podważa wartość tego, co robię, szuka dziury w całym. Ale staram się to zmienić. Pracuję nad tym.

Sama czy z czyimś wsparciem?

- Spotkałam niedawno osobę, która stała się dla mnie ważnym przewodnikiem. Poza tym, że jest psychoterapeutką, lekarzem, jest też mistrzynią zen. Mądry człowiek.

Coś wniosła w pani życie?

- Poczucie bezpieczeństwa. I nadzieję, że może mnie poprowadzić drogą, którą chcę w życiu zmierzać, o wiele dalej, niż potrafiłabym to zrobić sama. Od lat myślałam o tym, żeby medytować, ale czułam, że jest mi potrzebny mistrz. I oto któregoś dnia moja przewodniczka, proponując mi, żebym wyjechała na urlop, koniecznie sama, powiedziała: "Nauczę panią medytować". I wreszcie się zaczęło. Praktykuję teraz codziennie. Raczkuję, potykam się, jestem na początku tej drogi, ale wiem, że to właściwa droga. Jak daleko dojdę? Sama jestem ciekawa.

W książce o pani znalazłam zdanie, które mnie zaintrygowało: "Za dużo jest teraz porządku w moim życiu, za mało szaleństwa". Gdzie jest za dużo porządku?

- Kiedyś ciągle coś zmieniałam: teatry, miasta, mieszkania, ludzi wokół siebie. Więcej też było wypadów, spotkań towarzyskich. Bywa, że brakuje mi tego ruchu, jakichś małych rewolucji. To ciekawe, bo jednocześnie coraz częściej szukam spokoju i coraz bardziej go sobie cenię. Ale od czasu do czasu potrzebne mi jest szarpnięcie, żeby ruszyć do przodu, szukać nowego, rozwijać się. Zawód na szczęście nadal funduje mi niespodzianki.

A w życiu ma pani ochotę na jakieś szarpnięcie?

- Mam mnóstwo planów na nowe wyzwania, problem tylko w ich zrealizowaniu. Moje wielkie marzenie to flamenco.

Kurs tańca nie kojarzy mi się z "szarpnięciem", czytaj: życiową rewolucją.

- A mnie owszem. Ale też z dyscypliną, ciężką pracą, nie mówiąc już o endorfinach, jakie mogłabym sobie zafundować. Zaproszono mnie kiedyś jako gościa na jubileuszową edycję Tańca z gwiazdami. Mój partner i szef, Stefano Terrazzino, wymyślił układ, w którym były elementy rumby, paso doble, tanga i nie pamiętam, czego tam jeszcze. Przygotować w ciągu miesiąca jeden taniec, nie dłuższy niż dwie minuty - cóż to za wyzwanie?! Tymczasem dla mnie, kompletnego laika, był to czas ciężkiej harówy, poranionych stóp, hektolitrów wylanych łez i... nieprawdopodobnego szczęścia. Przeczuwam, że flamenco byłoby dla mnie szczytem wszystkiego.

To jedyny pani niezrealizowany "scenariusz alternatywny"?

- Kolejnym są języki obce. Ooo, tym mogłabym wypełnić całe życie, gdyby mi dano jeszcze jedno. Grałam w obcojęzycznych filmach i wielokrotnie okazywało się, że mam do tego smykałkę. Trochę mi żal, że jak w przypowieści ewangelicznej mówi jeden ze sług: "Zakopałam ten talent do ziemi". Jednak wzięłam się do angielskiego, mam nadzieję, że któregoś dnia odkurzę mój francuski i rosyjski, a może i zabiorę się wreszcie do hiszpańskiego. Chciałabym też grać na pianinie, tak dla siebie. Kiedyś o mały włos spełniłabym to marzenie. Pracowałam wtedy w Poznaniu, kupiłam sobie pianino i zaczęłam się uczyć. Od podstaw. Spotykałam się z nauczycielką regularnie przed próbami. Wstawałam o szóstej rano, żeby zdążyć na lekcje, mimo że pracę kończyłam zazwyczaj koło dwudziestej drugiej. Piękna przygoda, ale trwała krótko. Po trzech miesiącach dostałam propozycję angażu w Warszawie. Przeniosłam się do stolicy, pianino zostało w Poznaniu. Dziś mam w domu instrument, bo jedna z córek gra, ale ja już do tego nie wróciłam. Bywa i tak, że pragnienie zmieniam w słomiany zapał...

Wytyka sobie pani słomiany zapał, ale w pani życiorysie są też dowody na żelazną konsekwencję. Jak choćby skuteczna walka z nadwagą. W książce wyznaje pani, że kiedyś ważyła 70 kg, a od wielu już lat nie przekracza 55. Co panią tak odchudziło?

- Życie. A właściwie praca. Z każdą kolejną premierą ubywało mi wagi. Zwłaszcza w Warszawie, gdzie urodziłam dzieci, gdzie nagle wszystko przyspieszyło, a intensywność doświadczeń, nowe wyzwania, presja, stres spalały moje kilogramy. Natomiast teraz dyscyplinują mnie kostiumy teatralne. Gram w spektaklach, które są na afiszu przez kilka lat i to mnie trzyma w ryzach. Jeżeli przytyję dwa kilogramy, w dopasowanym kostiumie robi się ciasno. Trzy - to już duży problem, bo trzeba kostium poszerzyć. Więc ilekroć wymknę się wadze, a na horyzoncie pojawia się spektakl, który grałam jako szczuplejsza, dopasowuję do kostiumu siebie. (śmiech)

Przez te lata od początków kariery co się w pani najbardziej zmieniło?

- Prawie nie czytuję recenzji. A kiedyś czytałam wszystko i strasznie się przejmowałam każdym zdaniem. Dziś, nawet jeśli się na jakąś natknę mimochodem albo ktoś mi zrelacjonuje, to myślę: "Aha, ta pani dała mi tróję na szynach, ten pan dwóję. No trudno, idę dalej". Dwadzieścia lat temu miałam też mnóstwo energii, którą szastałam. Biegłam na każde spotkanie, które zamajaczyło na horyzoncie. Rzucałam się, czasem na oślep, w rzeczy mniej czy bardziej rokujące. A teraz wiem, że moja energia jest bezcenna, więc staram się jej nie trwonić. Selekcjonuję sprawy, w jakie się angażuję. No i pojawia się spokój, którego kiedyś mi brakowało.

Jak pani świętowała ostatnie urodziny?

- Wyruszyłam do pracy z samego rana, a wróciłam po 22. Tak zmęczona, że tylko chwilę posiedziałam z bliskimi i poszliśmy spać. Najtrudniejsze było to, że oni czekali na mnie z jakimś torcikiem, winem, a ja, potworny łasuch, nic z tego nie mogłam tknąć! Postanowiłam pochylić się nad swoim zdrowiem, zmienić sposób odżywiania i zafundowałam sobie niedawno dietę oczyszczającą. Pierwszy raz w życiu. Cały program ma 15 tygodni. I w dniu urodzin dotarło do mnie, że dieta obejmie też Boże Narodzenie, sylwestra i Nowy Rok! (śmiech) 

Dowiedz się więcej na temat: Danuta Stenka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje