Życzę Pani, tego co w życiu jest najcenniejsze, czyli zdrowia i miłości.
PS: Uściski dla Pani synka.
Była to jedna z najtrudniejszych rozmów. Najpierw ta telefoniczna. Jakich słów użyć, jak przekonać młodą kobietę, która od kilku zaledwie miesięcy jest wdową, żeby zechciała opowiedzieć o tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy świat niespodziewanie usuwa się mu spod stóp.
Gdy traci ukochaną osobę i nic już nigdy nie będzie takie samo. Gdy nie chce się żyć. Tak było 10 kwietnia 2010 roku, kiedy pod Smoleńskiem rozbił się samolot prezydencki z 96 osobami na pokładzie. Wśród nich był Paweł Janeczek nazywany przez przyjaciół Janosikiem, mąż Joanny Racewicz. To była jedna z najtrudniejszych rozmów. Emocjonalna, prawdziwa, intymna. Jak nie widzieć płynących z oczu łez. Rozpaczy, którą nie zawsze da się nazwać. Mam nadzieję, że słowa Joanny będą miały wielką siłę sprawczą i pomogą tym, którzy dziś muszą na nowo poskładać własne życie.
Małgorzata Domagalik: Zmieniłaś uczesanie.
Joanna Racewicz: Tak, jest tego nawet jakieś uzasadnienie w mądrych książkach o sercu i duszy. Symboliczne - to znak mojej zmiany. Zmiany całego życia.
Już kilka dobrych lat temu pytana o to, kto wart jest dziennikarskiej uwagi, napisałam, że gdybym była szefem programów informacyjnych, to nie pozwoliłabym ci pójść do konkurencji. Miałabym u siebie gwiazdę.
- Mam ten numer "Pressu" do tej pory.
Dziękuję, że zgodziłaś się na spotkanie.
- A wiesz, jak długo toczyłam o to spory sama ze sobą? Z Pawłem? Pytałam go: czy powinnam? Czy to już? Co właściwie mogę mieć ci do powiedzenia? I czy kogoś to w ogóle obchodzi? Raz słyszałam: "Joasiu, zostaw to". Kiedy indziej: "Idź, opowiedz, zaufaj jej". "Jej" to o tobie, Małgosiu.
Opowiedz o sobie, o was?
- Też. Trochę.
Często słyszysz, że czas leczy rany?
- W to nie można wierzyć. W każdym razie dziś brzmi to dla mnie jak bajka o żelaznym wilku.
Uważa się, że kiedy kobieta ma 33 lata, wtedy po raz pierwszy na poważnie zadaje sobie pytanie, czego chce od życia, co jest dla niej najważniejsze i kim jest.
- Czyli - według tej definicji - powinnam zadać sobie takie pytanie już jakiś czas temu… Tyle tylko, że moje 33 lata nie były żadnym Rubikonem. Nie spłynęła na mnie żadna olśniewająca myśl w rodzaju: "Oto wkraczasz w wiek chrystusowy, pora na rachunek z życia". Może dlatego, że dość wcześnie zrozumiałam, kim jestem i dokąd chcę iść. Brzmi, jakbym była pełna pychy, ale właśnie tak było. Miałam nie więcej niż 8-9 lat i już wiedziałam, że dziennikarstwo, że Warszawa i że syn.
Syn?
“Miałam nie więcej niż 8-9 lat i już wiedziałam, że dziennikarstwo, że Warszawa i że syn.”
- Zaczęło się to lata temu, kiedy każdy oglądał serial "Saga rodu Forsyte'ów" według Johna Galsworthy'ego.
Też siedziałam przed telewizorem.
- Oglądałam go z wrażliwością i nieświadomością dziecka, ale dobrze zapamiętałam zdanie wypowiedziane o jednej z bohaterek tego filmu: "Takie kobiety jak pani rodzą tylko synów". Postanowiłam być taka jak ona.
Silna, niezależna, twarda?
- Konsekwentna i zdecydowana. Z odpornością na ciosy i wrażliwością motyla. Ale nie pytaj, proszę, czy się udało.
Urodziła syna?
- O ile pamiętam, tak.
Ty też bardzo chciałaś mieć dzieci?
- Obydwoje chcieliśmy, ale to się przez długi czas nie udawało. Byliśmy gotowi. I na chłopca, i na dziewczynkę. Ale kiedy lekarz pierwszy raz potwierdził: "Będziecie mieli synka", Paweł powiedział: "Boże, jak dobrze, ominie nas etap różowy".
Wszystko będzie na niebiesko.
- Cieszył się jak dziecko. Czekał na Igorka, rozmawiał z nim i wierzył, że maluch słyszy każde słowo. Kupował dziesiątki maleńkich spodenek, czapeczek. Biegał po lody i czekoladki dla mnie w środku nocy. Powtarzał: "Będzie dobrze, zobaczysz". Była w nim nieprawdopodobna siła i wiara w naszą dobrą gwiazdę. Wiedziałam, że choćby walił się świat, mam za sobą mur. Skałę, która jest od zawsze i która będzie zawsze. Niezależnie od tego, jaką pogodę tego dnia mamy między sobą…
Metafizycznie sprawę ujmując, on nadal jest.
- Masz rację. Wiem, że on jest. Nie umarł cały. Non omnis moriar. I wciąż proszę, żeby został.
“Usiadłam obok Pawła w rozklekotanym rządowym jaku, którym trzęsło niemiłosiernie od startu do lądowania.”
Wielka miłość…
- To była wielka miłość. Trudna, niełatwa, pogmatwana. Silnych charakterów i prawdziwych uparciuchów. Swojego męża też poznałam w samolocie. Usiadłam obok Pawła w rozklekotanym rządowym jaku, którym trzęsło niemiłosiernie od startu do lądowania. Ja obok Pawła, a nie on obok mnie. Wiesz, że dość długo, i raczej irracjonalnie, próbowałam mu wmówić, że było odwrotnie?
To było wtedy, gdy robiłaś dla telewizji publicznej dokument o premierze Leszku Millerze, za który zresztą potem wylano na ciebie kubeł pomówień - że nierzetelny, że na zamówienie itd.
- Wtedy wszyscy mieli coś do powiedzenia na ten temat, a zmontowanego materiału nie widział prawie nikt. Poszedł niezapowiedziany, chyba po wieczornym filmie w Jedynce.
Widziałam, był w porządku. Zrobiony profesjonalnie.
- Następnego dnia druzgocące recenzje na pierwszej stronie jednej z ważnych gazet i łatka "tej od Millera".
Tak na marginesie, nie rozumiem dziennikarzy, którzy mówią: "Tego nie lubię, z tym nie będę rozmawiał", a przecież, żeby ci diabła posadzili…
- …to chętnie z nim pogadasz. Miałabym do niego kilka pytań, szczególnie teraz.
Wróćmy do pierwszego spotkania z Pawłem.
“Zobaczyłam bajkę o rycerzach króla Artura i zakochałam się w niej absolutnie. Trochę naiwnie? - może.”
- Zaczęliśmy rozmawiać i było tak, jakbyśmy znali się od zawsze. Te same myśli, emocje. Te same filmy obejrzane w dzieciństwie i te same książki na półkach. On kończył moją myśl, ja - jego. Zaczynaliśmy mówić to samo zdanie w tym samym momencie.
Wiek chyba też podobny?
- Byliśmy rówieśnikami, dzielił nas niecały miesiąc.
Myślisz sobie: "Zaraz wylądujemy i co dalej?".
- Już wtedy zaczynała się nagonka na mnie jako na rzekomo rządową dziennikarkę, a ja zobaczyłam w Pawle proste zasady i szlachetne prawdy.
Bez dzielenia włosa na czworo?
- Często mówiliśmy, że jesteśmy z różnych światów. Skrajnie różnych. Dla Pawła, jego kolegów z grupy białe było białe, a czarne - czarne. Przyjaźń, lojalność, zaufanie to wartości nadrzędne. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Zobaczyłam bajkę o rycerzach króla Artura i zakochałam się w niej absolutnie. Trochę naiwnie? - może. Ja ze świata, w którym z jednej strony ktoś mówi, jak świetnie dziś wyglądasz, a z drugiej…
…słowa jak sztylety… …wbite pod żebro. Jesteś jedynaczką?
- Mam brata młodszego o prawie 11 lat. Psychicznie, do pewnego stopnia, byłam jedynaczką. "Byłam", bo to mój mąż wyprowadzał mnie ze swego rodzaju egoizmu. Krok po kroku, z konsekwencją, na którą tylko on mógł się zdobyć. Czasem trochę bolało, ale z perspektywy czasu widzę, że było warto.
Słyszałam, że sam traktował cię jak pępek świata, chociaż nie tego medialnego, w którym realia rozmijają się z półprawdami z tzw. czerwonego dywanu.
- Bo następnego dnia wszyscy zapominają, kto po tym dywanie chodził. Ciekawe, z czego to wynika?
Nie lubimy lepszych od siebie, nie potrafimy też mówić o śmierci, jak zachować się w takiej sytuacji. Każde słowo jest nieadekwatne. Milczymy więc.
- To i tak lepsze niż ciągłe pytania: "Jak się czujesz, co słychać?". I co właściwie mam odpowiedzieć? Oprócz tego, że Paweł wciąż nie wraca - wszystko jest w porządku. Igor jest zdrowy, ja też. Poza tym, że nasz skarb wciąż woła: "Tata, tata!" - reszta jest bez zarzutu. Jeśli nie liczyć tego, że grunt usunął mi się spod stóp, że wiszę w próżni i mam ochotę gryźć ściany - reszta jest OK.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Kibickami zostały dzięki braciom, ojcom albo mężom. więcej
Coś jest w powietrzu, ale wszyscy rodzice dostali... więcej
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia