Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czy pieniądze dają nam wolność?

Im więcej mamy pieniędzy, tym bardziej jesteśmy niezależni, wolni, autonomiczni. Liczy się też nowoczesna technologia, którą możemy się posługiwać dzięki pieniądzom - zarobionym lub pożyczonym w banku. Dla pieniędzy wielu z nas zrobi więc dużo, a nawet wszystko. Wierzymy bowiem, że w ten sposób zyskamy to, co w życiu najważniejsze.

Czy tak jest? Czy kierując się przekonaniem, że pieniądze dają nam wolność, osiągamy to, o czym marzymy? Czy to tylko jeden ze współczesnych mitów, które kierują nas na złą drogę? A jeśli tak, to w jaki sposób mit o wolności za pieniądze, zależnej od technologii, wpływa na nasze życie i jak go rozwiać?

Reklama

Beata Pawłowicz: Skromne, spokojne życie mało kogo dziś pociąga. Podobnie jak ważna społecznie praca, ale za niską pensję - na przykład nauczanie. Czy staliśmy się tak strasznie pazerni? Czy może chodzi o jakieś nasze przekonania?

Wojciech Eichelberger: To skutek działania jednego z mitów współczesności, który skutecznie narzuca nam sposób widzenia świata i naszej misji na tym świecie. Mit brzmi: "Im więcej pieniędzy i rzeczy będziesz posiadał, tym bardziej będziesz czuł się wolny i spełniony". Wygląda jednak na to, że dla mitu stałego gospodarczego wzrostu i rozwijającej się w nieskończoność konsumpcji - która ma nas wszystkich uszczęśliwić - nadeszły ciężkie czasy.

- Problemy świata stały się tak trudne, a przyszłość tak niepewna, że powszechne przekonanie o wolnym rynku wolnych ludzi i niezawodnym państwie, które nas nigdy nie opuści w potrzebie, gwałtownie traci zdolność uwodzenia ludzkich umysłów i sumień. Kryzys ekonomiczny sprawi zapewne, że kilka naszych ulubionych mitów upadnie lub rozwieje się na naszych oczach. Kłopot w tym, że wielu tak bardzo uwierzyło w mit konsumpcyjnego szczęścia i wolności, że stał się on sensem naszej indywidualnej i zbiorowej egzystencji. Dlatego jest mało prawdopodobne, że jako zbiorowość będziemy umieli rozpoznać i przyjąć z wdzięcznością wyzwalające wichry zmian, nawet gdyby niosły nadzieję na spokojne, spełnione, skromne życie w zgodzie ze sobą.

Mówisz o kryzysie ekonomicznym w Europie, o rosnącym bezrobociu wśród młodych ludzi, które także w Polsce sięga już według różnych badań 20-30 procent?

- Również o tym. Dlatego trzeba rozmawiać o mitach współczesności. Czym one są? Skąd się biorą? Jak nie dać się im uśpić? Jak żyć w dzisiejszym, ponowoczesnym, płynnym świecie, gdy wszystko, w co dotychczas wierzyliśmy, co dawało nam oparcie i poczucie bezpieczeństwa, na naszych oczach rozpada się i przemija? Na początek dobrze wiedzieć, że niezbędnym warunkiem istnienia i przetrwania postkapitalistycznej gospodarki - i cywilizacji, którą ukształtowała - jest nieustanne instalowanie w naszych umysłach nowych, sztucznych potrzeb, skłaniających nas do kupowania coraz większej ilości rzeczy i usług, a tym samym do coraz cięższej pracy. Nad umiejętnym wzbudzaniem naszych potrzeb konsumpcyjnych pracują sztaby naukowców, marketingowców, PR-owców, polityków i speców od gospodarki. A my - skoro godzimy się na taki sposób życia - aby zachować poczucie sensu i godności, wierzymy lub dobrze udajemy, że wierzymy, w mit konsumpcyjnej, ekonomicznej niezależności i szczęśliwości.

 Ba! Wierzymy w istnienie Konsumpcyjnego Raju, gdzie mamy być wiecznie młodzi, piękni, bogaci, modnie ubrani i szalenie seksi!

- Wyścig ku stale oddalającemu się horyzontowi konsumpcyjnego szczęścia trwa i przyspiesza z każdą chwilą. Mężczyźni coraz częściej wymieniają na nowe wersje swoje samochody, komputery, telewizory, komórki, zegarki, różne sprzęty i gadżety. Kobiety podobnie - plus: AGD, kosmetyki, modne ciuchy i zabiegi upiększające. Dzieje się tak, bo daliśmy sobie wmówić, że im większe robimy zakupy, im więcej zarabiamy i im więcej wydajemy, tym bardziej jesteśmy wolni.

 No tak, ale jeśli mamy pieniądze, to naprawdę możemy realizować swoje plany i marzenia.

- Zgoda. Pod warunkiem jednak, że nie zabraknie nam rozsądku, umiaru i kierunku. Wolnością nie są przecież bezmyślne, kompulsywne zakupy, czyli wydawanie zarobionych ciężką pracą pieniędzy, a potem pracowanie jeszcze więcej, by móc jeszcze więcej wydać i utrzymać na chodzie to, co wcześniej kupiliśmy. Wtedy już na nic więcej nie wystarcza nam czasu ani sił. Robi się smutno i groźnie.

Ale czy można tego uniknąć? Jak to zrobić, żeby nie wpaść w spiralę narastających wydatków i coraz cięższej pracy? Przecież inni będą te nowe modne rzeczy mieli, a my nie, i to nie będzie dla nas miłe.

- Proces odzyskiwania i budowania autonomii powinien zmierzać dokładnie w odwrotnym kierunku. Wstępny kurs to nauka wybierania z rynkowej oferty tego, co jest naprawdę niezbędne, pozbywanie się nadmiaru rzeczy i udogodnień. Ćwiczenie się w mówieniu sobie: "Tego nie potrzebuję, to, co mam, mi wystarcza". Prawdziwe drogowskazy wskazujące drogę do Krainy Autonomii to umiar, realizm i stanie na własnych nogach. Im mniej zewnętrznego wsparcia potrzebujemy do naszego fizycznego, ekonomicznego, emocjonalnego i społecznego przetrwania, tym bardziej jesteśmy autonomiczni, niezależni, decydujący o sobie.

Będę może nudna, ale jeszcze raz powiem, że jednak możliwość decydowania o sobie zależy od pieniędzy. Gdy je mamy, łatwiej powiedzieć: "Dziękuję, nie zgadzam się na to, idę gdzie indziej". To dzięki pieniądzom możemy jeździć wygodnym i bezpiecznym samochodem i odwiedzać najpiękniejsze miejsca na Ziemi.

- Specjaliści od marketingu wiedzą, że w opakowaniu "wolność/autonomia" niemal wszystko dobrze się sprzeda. Któż by nie chciał być wolny? Dążenie do wolności i autonomii to podstawowa potrzeba i cel każdej osoby. Potrzebujemy stać się osobą, czyli kimś osobnym, autonomicznym. W brzuchu matki, związani z nią pępowiną, doświadczamy całkowitej zależności. By choć trochę zacząć żyć na własną rękę, musimy wygramolić się z matczynego brzucha, a potem uwolnić się od pępowiny i łożyska. Poród jest pierwszą bramą na drodze do autonomii. Potem - by ruszyć dalej - walczymy o to, by opanować niezrozumiałe, nieposłuszne ciało, znosimy cierpienia wzrostu i rozwoju. Aż wreszcie po roku starań możemy się w końcu nieporadnie, ale samodzielnie przemieszczać w przestrzeni i, co równie ważne - gryźć i żuć. To kolejny wielki krok ku wolności. Stajemy się samochodem.

Gryzienie krokiem do niezależności?

- Tak, bo pozwala nam samodzielnie się nakarmić. Znaleźć, ugryźć, przeżuć. Zaczynamy więc być zdolni do samodzielnego przeżycia. Nasze pierwsze ulubione słowa to wyznaczające granice naszej autonomii: "nie" i podkreślające naszą samodzielność: "sam", "sama". Przez następne dwadzieścia lat nabieramy wiedzy, sił i doświadczenia, by uzyskać emocjonalną, społeczną i finansową autonomię pozwalającą uwolnić się od rodziców. To nie jest łatwe, zwłaszcza ostatnio, kiedy tylu młodych ludzi nie może znaleźć pracy. Niestety wielu spośród tych, którzy pracę znajdą i mogliby uzyskać rzeczywistą autonomię, popada w zadłużenie i inne uwikłania sprawiające, że natychmiast tracą świeżo wywalczoną wolność. Chcemy jak najszybciej być jeszcze bardziej autonomiczni. Samo-chodzenie nam nie wystarcza. Chcemy mieć samochód, na który możemy liczyć i który otworzy przed nami świat. A także własne terytorium, czyli swój dom - najlepiej z ogrodem. To zrozumiałe. Trzeba więc bardzo uważać, by za wolność konsumpcyjną nie płacić wolnością-autonomią. Czyż nie czujemy się bardziej wolni wtedy, gdy nie będąc nikomu nic winni, poruszamy się na własnych nogach, niesiemy plecak, który bez trudu możemy unieść, i śpimy choćby w namiocie, ale własnym, niż wtedy, gdy z ogromnym ciężarem długu na barkach jedziemy pięknym, ale należącym do banku samochodem i mieszkamy w pięknym, ale należącym do banku domu?

Jasne. Jeśli jednak nie jesteśmy wędrownym poetą, to jednak myślimy, że wolni i niezależni będziemy, mieszkając właśnie w luksusowo wyposażonym domu (nawet na kredyt), i to w wielkiej metropolii!

- Właśnie - autonomia miasta to kolejny mit. Prędzej czy później nasze instynktowne dążenie do autonomii sprawi, że w mieście nie będziemy się czuć komfortowo. Zaczniemy marzyć o zamieszkaniu na wsi, bo czujemy przez skórę, że miasto nie jest autonomicznym organizmem. Jest całkowicie uzależnione od dostaw energii, od bezawaryjnego i zsynchronizowanego działania wielu systemów i służb. Podobnie jak wówczas, gdy jesteśmy w relacji z ludźmi uzależnionymi i po jakimś czasie odkrywamy, że się od nich współuzależniliśmy - tak samo, żyjąc w mieście, odkrywamy, że uzależnione miasto nas współuzależniło. Jak to się dzieje? Mieszkając w mieście, jesteśmy ustawicznie narażeni na nadmierną stymulację naszych zmysłów i mózgu hałasem i chaosem informacyjnym. Przyzwyczajamy się więc do tego i nawet zaczynamy czuć, że nam ich brakuje. Żyjąc w mieście, uzależniamy się także od pozoru wygody i bezpieczeństwa w tłumie i pośród witryn dobrze zaopatrzonych sklepów.

Ale też w mieście czujemy się wolni i bezpieczni, bo je znamy. Mnie na przykład krowa pasąca się przy wiejskiej drodze przeraża, a pędzące na czerwonym świetle samochody wcale nie.

- W końcu jednak i tak potrzeba niezależności zacznie toczyć walkę z uzależnieniem od miasta. Od sprawnego działania coraz bardziej skomplikowanego, cywilizacyjnego zaplecza. I od często niewolniczej pracy, by zarobić na energię niezbędną do zasilania tego złożonego systemu. Będziemy poszukiwać środowiska dającego większe szanse na autonomiczne życie i przeżycie. Ideałem stanie się tradycyjne gospodarstwo rolne. Bo tylko ono może trwać bez dostaw prądu, paliw i usług. Kuchnia z fajerkami, wiatrak, studnia na kołowrotek, kury, krowa, ogródek, pole, sad, las... Nic więcej nie potrzeba. Tam są przecież nasze wspólne korzenie.

- Ideałem wolnego, autonomicznego istnienia są dziko żyjące zwierzęta, które by przeżyć, nie muszą niczego posiadać i nie wymagają żadnej obsługi ani technologii. Często z pogardą myślimy o zwierzętach, podczas gdy nasza ludzka zdolność do przeżycia bez cywilizacyjnego wsparcia jest prawie żadna i ciągle słabnie. Nawet na wsiach zanika umiejętność produkowania i przechowywania żywności, mądrego odżywiania się, domowego leczenia, odróżniania muchomora od prawdziwka czy mięty od pokrzywy. A przecież niezależni jesteśmy wtedy, gdy potrafimy zapobiegać chorobom i sami się leczyć, a więc gdy znamy się na ziołach, grzybach i jagodach. Gdy umiemy zdobyć żywność i wodę, w dowolnych okolicznościach rozpalić ognisko i zorganizować sobie schronienie, a w podróż zabieramy tylko tyle, ile możemy unieść...

Bezdomny wydaje się z tej perspektywy bardziej autonomiczny niż prezes wielkiej korporacji. Cały dobytek ma na skrzypiącym, zardzewiałym wózku, gdy tymczasem majątek prezesa zajmuje dwa tiry, a to i tak nie wszystko, bo jak zabrać dom, działkę czy basem?

- Z punktu widzenia zdolności do przetrwania tak właśnie jest. Bezdomny z warszawskich Siekierek może być bardziej niezależny i szczęśliwy niż milioner mieszkający w konstancińskiej rezydencji. W wielkich miastach na opuszczonych działkach, na zapomnianych przykolejowych terenach można spotkać ludzi, których nazywamy nieszczęśnikami i biedakami. Na skrawkach ziemi pielęgnują warzywne grządki, jakąś jabłonkę czy orzech, mieszkają w schronieniach zbudowanych z odzyskanych materiałów, dogrzewają się kozą zasilaną rozbiórkowym drewnem i chrustem. Z pewnością nie martwią się rachunkami za energię i spłatą kredytów. Choć na ogół nie doceniają tego, jak bardzo są autonomiczni, i zazdroszczą jadącym w luksusowych samochodach zadłużonym korporacyjnym najemnikom.

Dowiedz się więcej na temat: książka | wywiady | młodość | Wojciech Eichelberger | Beata Pawłowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje