Przejdź na stronę główną Interia.pl

Celebryta? To nie ja!

Ujmuje szczerością. Po raz pierwszy opowiada wprost o niechęci do brylowania na salonach, niełatwym życiu aktora w Polsce oraz o tym, jak się pracuje z ukochaną.

Powstanie kolejny sezon "Przyjaciółek" - właśnie zapadła decyzja. Stresował się pan, że nie będzie kontynuacji?

Reklama

Bartek Kasprzykowski: - Dlaczego miałbym się stresować?

Ostatnie seriale z pana udziałem zniknęły po pierwszym sezonie...

- Tak, to prawda. Ale jestem już do tego przyzwyczajony i wiem, że aktor zupełnie nie ma wpływu na to, czy serial się utrzyma.

Ale serialu "Wszyscy kochają Romana" chyba było panu szkoda...

- Bardzo. To moja pierwsza główna rola po "Halo Hans" i miałem nadzieję ją rozwijać.

Teraz gra pan w "Przyjaciółkach" niezbyt sympatycznego faceta...

- On zachowuje się po prostu źle i nie mam zamiaru go usprawiedliwiać (śmiech). Zraniona ambicja sprawia, że staje się coraz bardziej bezwzględny.

Wybrał pan taką postać, aby odciąć się od swoich ostatnich komediowych ról?

- Jeśli się panu wydaje, że dostaję naręcze scenariuszy i z nich wybieram najlepszy, to jest pan w błędzie. Nie słyszałem też, żeby zdarzało się to moim kolegom po fachu. Prawda jest taka, że w najlepszym wypadku dostaje się ze dwie propozycje. A zazwyczaj tylko jedną, i wtedy mamy wybór: praca albo siedzenie w domu.

Po tym, jak z anteny zniknął "Roman", miał pan chyba okres przestoju?

- Trzeba było wtedy przeczekać. Zaangażowałem się m.in. w teatr: jeździłem z przedstawieniem "Antoine", "Drugim rozdziałem" teatru Capitol, teraz właśnie ruszamy w Polskę z Tamarą Arciuch z przedstawieniem "Pod niemieckimi łóżkami".

Potrafi pan zabiegać o rolę? Walczyć na castingach, telefonować do zaprzyjaźnionych producentów, reżyserów, prosić o angaż? Podobno tak właśnie trzeba...

- Po pierwsze, nie mam telefonów do tych producentów ( śmiech), a gdybym nawet miał, to raczej nie potrafię w ten sposób załatwiać spraw. Dzwonić po ludziach i prosić o rolę? To zdecydowanie nie w moim stylu. Ostatnio wybrałem za to inną drogę: sam sobie organizuję pracę. Adaptacja "Pod niemieckimi łóżkami" to mój pomysł i w dużej części mój tekst.

Ma pan jakiś plan B, gdyby aktorstwo przestało się opłacać?

- Myślałem o tym, żeby otworzyć restaurację w Chorwacji albo o projektowaniu ubrań turystycznych. Mógłbym też zająć się wyrabianiem szczapy smolnej (śmiech).

Ma pan dość gorzkie poczucie humoru.

- Ostatnio usłyszałem, że nie jestem aktorem, tylko celebrytą. Pytam więc: co ja w takim razie celebruję? Na bankietach bywam raz, dwa razy do roku. Aktor to inny zawód niż "celebryta".

Faktycznie, na imprezach bywa pan rzadko.

- Wiadomo, że czasami gdzieś się pojawiam, zwłaszcza gdy wydarzenie jest organizowane przez moich przyjaciół. Wtedy wiem, że to jest po coś. Ale zazwyczaj unikam takich sytuacji. Czasem tylko patrzę na ten stos niewykorzystanych zaproszeń, które leżą w mojej szufladzie, i myślę sobie: "Może to błąd, może powinienem to zmienić?".

Czyli chce się pan nauczyć bycia celebrytą?

- Chciałbym znaleźć złoty środek: nie uchodzić za kogoś, kto szuka poklasku w błysku fleszy, a z drugiej strony nie być postrzeganym jako dzikus. Ideałem byłoby, gdybym był oceniany po efektach mojej pracy, a nie po częstotliwości wizyt na rozdaniach nagród za zapach roku, itp.

Co pan myśli o swoich kolegach, którzy nie mają takich dylematów i są celebrytami? 

- Staram się nie oceniać. Należy uważać z uchylaniem furtki do prywatności. To działa, ale do czasu. Kiedy zainteresowanie mediów przenosi się na rodzinę, bliskich albo chorobę, sytuacja staje się nie do wytrzymania. Ja broniłem zajadle prywatności, a i tak w pewnym momencie mi ją zabrano.

Wziął pan jednak udział w "Tańcu z gwiazdami".

- Ale nigdy nie przekroczyłem pewnych granic. Nie było rozmów ze łzami w oczach o rodzicach ani wspominania dziadka. Zresztą zakpiłem ostatnio z tej sytuacji w mojej sztuce "Pod niemieckimi łóżkami": jeden z bohaterów po tańcu z mopem, dedykuje go swojemu zdechłemu psu (śmiech). Poszedłem do "Tańca z gwiazdami" z nadzieją, że poznam lepiej reguły, jakimi rządzą się media.

I poznał je pan?

- Wyszedłem z programu jeszcze bardziej zdezorientowany. Ale nie żałuję.

Skoro nie chce być pan celebrytą, to czemu poszedł pan jeszcze do show Kuby Wojewódzkiego?

- Chciałem zobaczyć, jak to jest sprawdzić się w konfrontacji z Kubą. Miałem także świadomość, że poprzez ten program można coś przekazać światu. Wypowiedzieć się. Udało się.

Boi się pan utraty popularności?

- Wiem, że nie mogę stracić poczucia rzeczywistości. To jest trochę jak ze starymi ludźmi: kiedy żyją wyłącznie wspomnieniami, zaczyna się prawdziwa starość. Czasem zresztą zastanawiam się, czy moje poglądy nie są trochę przestarzałe. Może ja już się starzeję?

Pan ma dopiero trzydzieści pięć lat!

- Ale czasami czuję się, jakbym miał dużo więcej. Gdy człowiek przeżyje stres, a ostatnio miałem trochę stresów, to wydaje się, że czas robi się strasznie długi.

A co pan robi, gdy czas staje się taki długi?

- Czytam fantastykę (śmiech).

Jak wyglądały początki pana znajomości z Tamarą Arciuch?

- Zaprzyjaźniliśmy się na planie serialu "Halo Hans". To była naprawdę fajna koleżeńska relacja. W Tamarze spodobała mi się pokora do tego, co robi, i perfekcjonizm. Nasze pierwsze rozmowy były głównie o pracy.

A później?

- Później rozpoczęła się medialna nagonka związana z naszą relacją. Na początku była zupełnie nieuzasadniona, a później już trochę bardziej uzasadniona. Tak się po prostu złożyło, że gazety przewidziały, co się wydarzy za chwilę (śmiech).

Nadal lubi pan pracować z Tamarą?

- Tak, lubię tę atmosferę, kiedy jedziemy razem w trasę, spędzamy czas w garderobie, dbamy wzajemnie o siebie. Wtedy praca nas nie rozdziela. Chciałbym też kiedyś po amatorsku spróbować ją reżyserować.

Oskar Maya


Show 23/2012

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje