Przejdź na stronę główną Interia.pl

Biorę każdą przeszkodę

W takiej rodzinie nie miała wyboru. Dziadek był kawalerzystą, tata mistrzem Polski w jeździectwie. Razem z żoną stworzył sławną dzisiaj stadninę w Gałkowie. Karolinę posadzono na siodło, gdy miała trzy lata. Potem były treningi, zawody. Wtedy wiedziała, kim jest, o co jej chodzi. Miłość zmieniła wszystko. Dziś jest żoną dziennikarza Piotra Kraśki, mają dwóch synów. Karolina Ferenstein-Kraśko przeniosła się do Warszawy, a tu przeszkody bywają wyższe niż te na zawodach.

Malina. Tak mówi do niej rodzina i przyjaciele. Skąd się to wzięło, nikt nie pamięta. Trenować zaczyna, kiedy ma pięć lat. Cztery lata później zdobywa licencję sportową. Najważniejsze zawody? Pierwsze Grand Prix. W tamtym czasie wszystko kręci się wokół jeździectwa: pięć godzin treningów dziennie, praca w stadninie, no i jeszcze szkoła. Mówi, że to nic takiego, przecież inni sportowcy też są zajęci. Nie żałuje więc, że omijają ją urodziny koleżanek, wyjścia do kina, randki. Nigdy się nie buntuje. Chwile załamania przeżywa, kiedy rośnie i dojrzewa. Zmienia się, częściej spada z konia, ma kontuzje. Ale jest uparta, twarda. Te cechy nieraz się przydadzą.

Reklama

Na przykład, kiedy przyjedzie na studia do Warszawy. Dostaje się na dwa kierunki, dziennikarstwo i historię, ale z życia studenckiego niewiele pamięta, bo pracuje. Wstaje o świcie, odpala rozklekotanego malucha i jedzie do stajni pod Warszawą. O szóstej na trening przychodzą klienci, wszystko musi być gotowe. Chodzi też na zajęcia, zdaje egzaminy, ma narzeczonych, bo jej uroda, charyzma, pewność siebie robią na mężczyznach wrażenie.

Czy z tego powodu zakochuje się w niej Piotr Kraśko tak mocno, że postanawiają być razem, choć to niełatwe? Ona musi rozstać się z chłopakiem, on rozwieść się z żoną. Związek z Piotrem przewartościowuje dla Karoliny wszystko. Wycofuje się ze sportu, rodzi syna, przeprowadza się do małego domu w Georgetown pod Waszyngtonem. Piotr jest korespondentem TVP. Do macierzyństwa, prowadzenia domu podchodzi tak, jak kiedyś do treningów: zadaniowo, bez użalania się, że za oceanem jest sama i nie może liczyć na pomoc mamy. Mówi, że to był dobry, potrzebny czas, dzięki niemu stali się rodziną.

Po powrocie biorą z Piotrem ślub. Uroczystość odbywa się na łąkach w Gałkowie, rodzinnej posiadłości Ferensteinów. Karolina ma białą suknię i oficerki. Jedzie na Paradoksie - to na tym koniu odnosiła największe zwycięstwa. Piotr jest w czarnym żakiecie i białych bryczesach, również w siodle. Fotografowie robią im zdjęcia, młoda para nie ukrywa szczęścia. Czy wtedy mają świadomość, jak niebezpieczny może być flirt z mediami? Bo kiedy kilka lat później zaczną przeżywać małżeński kryzys, też nie będą mogli zrobić tego bez rozgłosu. Gazety chcą wiedzieć, czy faktycznie się rozwodzą. Przez pół roku Kraśkowie są ulubionym tematem plotkarskiej prasy. Śledzeni, fotografowani z ukrycia.

Karolina? Zachowuje spokój, który wzbudza podziw. Niczego nie komentuje. Nie daje się wciągnąć w grę z tabloidami. Kiedy teraz umawiamy się na wywiad, zastanawiam się, kogo spotkam: kobietę załamaną czy taką, która wie, czego chce. Po chwili rozmowy mam pewność. Za kilka dni wyjeżdża z mężem na wakacje do Singapuru i Tajlandii. Radośnie opowiada o przygotowaniach do podróży, dzieciach, firmie, którą rozkręca. Lubi swoje życie, wygląda na pogodzoną, szczęśliwą. Jak wiele musiało się zmienić, by tak się stało?

Czujesz się pewniej na szpilkach czy w oficerkach?

Karolina Ferenstein-Kraśko: - Mam jedne i drugie. Ale rano odwożę chłopców do przedszkola i szkoły, a potem jadę do stadniny pod Warszawą. Tam biorę głęboki wdech. Cieszę się, że jestem w bryczesach i oficerkach, a nie w szpilkach. Że idę po błocie, nie po czerwonym dywanie. Bo to jest mój świat.

Oglądając twoje zdjęcia w internecie - a jest ich mnóstwo - można pomyśleć coś innego. Na każdym jesteś świetnie ubrana, wystylizowana. To mnie zaskoczyło, bo celebrowanie wyglądu jakoś do ciebie pasuje.

- Do ubrań podchodzę raczej intuicyjnie. Staram się nosić rzeczy klasyczne, proste i eleganckie. I na pewno więcej czasu zabiera mi wybranie nowego siodła czy ogłowia dla konia niż nowej sukienki.

No ale niedawno emocje wzbudziła twoja sukienka z prowokacyjnym dekoltem, w której przyszłaś na pokaz Łukasza Jemioła.

- Lubię Łukasza i jego projekty. To zdolny i skromny człowiek. Cała sukienka była świetna. Nie tylko ten fragment, który wzbudził takie zainteresowanie.

A może chciałaś w ten sposób pokazać, że jesteś seksowną kobietą?

- Przechodzimy w życiu różne etapy. Kiedy urodziłam synów - sześć lat temu Konstantego i po dwóch latach Aleksandra - nic innego się nie liczyło. Pewnie dlatego, że byłam już koło trzydziestki i marzyłam o dzieciach. A więc... zwariowałam. Nie jadłam, nie spałam, tylko siedziałam nad kołyską. Tak bardzo rozsmakowałam się w miłości do dzieci, że stworzyłam sobie z nimi wyizolowany, bezpieczny świat. I nawet nie wiem, czy to był błąd. Przez lata, kiedy trenowałam jeździectwo, byłam skupiona na sobie i sukcesach. Dopiero teraz próbuję łapać równowagę. Odzyskuję dawną siebie, ale mam spokój i dystans, jaki dało mi macierzyństwo.

Żal było sportowej kariery?

- Na wszystko jest w życiu czas. A niektóre sprawy trudno ze sobą pogodzić. Choć w mojej rodzinie jazda konna jest tak oczywista jak oddychanie. Na szczęście jeździectwo można uprawiać wyczynowo przez całe życie. Zdarza się, że w ekipie narodowej są zawodnicy, którzy mają ponad 60 lat. Ale oczywiście trudno mi było pogodzić się z przerwą w startach. Miesiąc po urodzeniu Kostka postanowiłam wziąć udział w zawodach. Chciałam udowodnić, że mogę być i supermamą, i zawodniczką. To, że trudno było mi nawet włożyć oficerki, powinno być sygnałem ostrzegawczym: to nie jest dobry moment. Na zawodach pojechałam zbyt brawurowo jak na mój stan i skończyło się wypadkiem. Ale ja zamiast jechać do szpitala, wsiadłam z powrotem na konia. W jeździectwie to podstawowa zasada: spadniesz, jak najszybciej musisz znaleźć się w siodle. I tak zrobiłam. Ale potem natychmiast wróciłam do Kostka.

A co na to mąż?

- Był wtedy korespondentem w Waszyngtonie i tydzień po narodzinach synka musiał wracać do Stanów. Polecieliśmy do niego, gdy Konstanty skończył trzy miesiące. Zanim to się stało, bez przerwy rozmawialiśmy z Piotrem przez telefon, z powodu różnicy czasu najczęściej w nocy. To były ważne rozmowy, bardzo mi wtedy potrzebne.

W takich chwilach kobieta oczekuje, że mężczyzna będzie obok.

- Wiążąc się z Piotrem, wiedziałam, kim jest i na co się decyduję. Imponowało mi, że ma ciekawą pracę, podróżuje po świecie, jest świadkiem wielkich wydarzeń, czasem niebezpiecznych. Już wcześniej miałam przedsmak tego, jak może wyglądać nasze życie. Drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, w 2004 roku, polecieliśmy na wakacje do Tajlandii. Byliśmy w powietrzu, gdy w wybrzeże tej części Azji uderzyło tsunami. Kiedy wylądowaliśmy, Piotr tylko odwiózł mnie do hotelu, a sam poleciał do pracy na Phuket. Zdążył wrócić kilka godzin przed północą w sylwestra.

Usłyszał wtedy: ja albo praca?

- Złościłam się, ale byłam też z niego dumna. Kiedy ktoś ma pracę i pasję, która wymaga zaangażowania, bliscy muszą to zrozumieć. Nigdy nie kazałam Piotrowi wybierać. Sama też nie chciałabym, żeby mnie ograniczał. Kiedy dostał propozycję wyjazdu do Waszyngtonu, zaproponował, żebyśmy tam polecieli razem i zaczęli wspólne życie. Zgodziłam się. Ale później przyszła informacja, że dostałam się na mistrzostwa świata. No i co: start czy wyjazd? Postanowiłam, że zostaję w Polsce, trenuję i jadę na zawody. Wiedziałam, że być może stracę przez to miłość. Ale wybrałam tak, jak wybrałam. 

Dowiedz się więcej na temat: Karolina Ferenstein

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama