Przejdź na stronę główną Interia.pl

Barką do nieba

"Umierającego papieża nazywajcie już świętym" - napisał włoski dziennik "Corriere della Sera". W dniu pogrzebu na placu św. Piotra ludzie wołali "Santo subito" - święty natychmiast. Po dziewięciu latach jesteśmy świadkami kanonizacji. To sytuacja w Kościele wyjątkowa, bo wyniesienie na ołtarze zobaczą ci, którzy Jana Pawła II znali i kochali. Rozmawiamy o tym z Jackiem Pałasińskim. On obserwował papieża z bliska.

Bazylika św. Jana na Lateranie, 13 maja 2005. Benedykt XVI ogłasza: w przypadku Jana Pawła II Kościół odstąpi od wymaganego przez przepisy okresu pięciu lat od śmierci i rozpocznie jego proces beatyfikacyjny bezzwłocznie. Obecni wstają, owacja trwa bardzo długo. Media przekazują informację...

Reklama

Żyjący koledzy akademiccy Karola Wojtyły w tym momencie z pewnością przypominają sobie kartkę przypiętą pinezką do drzwi jego pokoju w akademiku. Ponieważ skądinąd pogodnie usposobiony student polonistyki rzadko udzielał się towarzysko, na kartce widniało: "Karol Wojtyła — początkujący święty".

Do trumny papieża zgodnie z tradycją włożono metalową tubę z "rogito", napisanym po łacinie krótkim życiorysem zmarłego. Ostatnie słowa dokumentu brzmią: "Jan Paweł II pozostawił wszystkim niezwykłe świadectwo pobożności, świętego życia i powszechnego ojcostwa".

Co to znaczyło w praktyce? Na czym polegała świętość tego człowieka? Świadkiem ostatnich kilkunastu lat jego życia był Jacek Pałasiński. Mieszka w Rzymie od roku 1981. Relacjonował dla prasy i telewizji liczne papieskie pielgrzymki, znał jego otoczenie. Pierwszy raz spotkał się z Janem Pawłem II w roku 1982 na audiencji dla przewodniczących europejskich komitetów "Solidarności". On był szefem komitetu włoskiego.

Pod koniec lat 80. nawiązał kontakt z polskimi mediami. W tamtym czasie większość redaktorów naczelnych na propozycję korespondencji z Watykanu reagowała słowami: "No wiesz, ale bez przesady, kogo to może interesować, może damy coś raz w miesiącu". A potem robił 60, 70, 80 korespondencji miesięcznie i okazywało się, że to wciąż za mało. Relacjonował do ostatniej chwili.

Kilka dni po śmierci Jana Pawła II dzięki niemu polscy telewidzowie jako pierwsi na świecie mogli usłyszeć słowa testamentu Ojca Świętego. Jacek Pałasiński czytał go przez czterdzieści minut, stojąc w palącym słońcu, wstrzymując drżenie głosu. Dziś, tuż przed kanonizacją, z dystansem, którego nabrał przez lata, zastanawia się, co sprawiło, że Jan Paweł II tak szybko został uznany za świętego? Jaka prowadziła do tego droga?

Posłuchajcie mnie!

Grecja, gorący maj 2001 roku: Jedna ze 104 papieskich pielgrzymek. Wyjątkowa. Na lotnisku w Atenach nie ma oficjalnego powitania przez głowę państwa. Pierwszy raz Jan Paweł II nie całuje ziemi kraju, do którego przybył. Ktoś z rządowej delegacji podaje mu tylko kwiaty i misę oliwek. Na ulicach stolicy ani jednej papieskiej flagi. Na murach napisy "Papież antychryst" i "Prawosławie albo śmierć". Na plakatach z przekreślonym portretem Jana Pawła II podpis: "Nie jesteś tu mile widzianym gościem". Papież wygląda przez okno samochodu. Wzdłuż trasy przejazdu nie ma witających go mieszkańców.

Rozmowa z Jackiem Pałasińskim

Były miejsca, w których Jana Pawła II nie chciano. Po co tam jeździł?

Jacek Pałasiński: - Ważniejsze było wysyłanie komunikatu o otwartości Kościoła. Niechęć go nie zrażała. Miał osobowość, dzięki której w takich sytuacjach potrafił dokonywać rzeczy niezwykłych. Myślę, że właśnie ta osobowość zdecydowała o powszechnej potrzebie ogłoszenia go świętym tak szybko. Wyrażała się w różnych kontekstach, podczas wizyt w szpitalach u ciężko chorych, ale też w trakcie spotkań z masami. Obserwowałem to w czasie podróży z papieżem. On miał niesamowity, wręcz nadprzyrodzony dar zjednywania sobie ludzi.

- Na przykład ta pielgrzymka do Grecji. Prawosławny patriarcha Christodoulos był przez swoich towarzyszy ze Świętego Synodu Greckiego ostro krytykowany za wystosowanie zaproszenia, a Grecy nastawieni nieprzychylnie. Robiliśmy wywiady z przechodniami dzień przed przybyciem papieża i najbardziej życzliwa odpowiedź brzmiała: tylu turystów przyjeżdża, jeden więcej, cóż za różnica...  Ale papież wstąpił na Areopag, przemówił i następnego dnia nie było w Grecji bardziej kochanego człowieka.

- Podobnie w Egipcie. W przeddzień wizyty rządowy dziennik "Al-Ahram" napisał: "Przyjeżdża krzyżowiec, będzie usiłował nas nawrócić". Tu już można było mówić o otwartej wrogości. Papież wystąpił w Pałacu Sportowym w Kairze przed liczną publicznością. Przeważnie przed koptami, ale było też sporo zaciekawionych muzułmanów, którzy nie przyszli tam z sercem na dłoni. Mszę transmitowała telewizja. I co? Następnego dnia papież był najmilej widzianym gościem w Egipcie, a "Al-Ahram" napisał: "Spodziewaliśmy się innowiercy walczącego ogniem i mieczem, a spotkaliśmy brata, który przychodzi oferować przyjaźń".

Co w sobie miał, że udawało mu się przełamywać opór tłumów? Ludzka życzliwość i pogoda ducha wystarczały?

- Nie, to za mało. Trudno to określić jednym słowem. Trzeba mieć charyzmat. Przypomnę jeszcze jedno wydarzenie. W 1996 roku papież wystąpił na stadionie w Managui, stolicy Nikaragui, wypełnionym po brzegi sandinistami. Ci opracowali okrzyki i akcje, które miały zakłócić, a nawet uniemożliwić mszę. Papież miał zapamiętać, że do ich socjalistycznego kraju przyjeżdżać nie warto. Gdy Ojciec Święty się pojawił, cały stadion wył, skandował antykościelne i antypapieskie hasła. Papież wstąpił na ołtarz i krzyknął "Silencio!!!" mocnym, wręcz rozkazującym głosem. Rozwrzeszczany tłum zamilkł w jednej sekundzie. I do końca mszy było jak makiem zasiał. A tam miejscami stał tajniak na tajniaku...

- Poznałem wielu polityków i liderów duchowych. Ale przysięgam pani, że żaden z nich nie umywa się do Jana Pawła II. Najbliżej jest może Dalajlama XIV. Zresztą obaj się przyjaźnili, szanowali. Rozmawiałem kiedyś z Dalajlamą zaraz po tym, jak wyszedł z Watykanu po czterogodzinnej rozmowie z papieżem. Takie długie spotkania zdarzały się bardzo rzadko. Dalajlama wyznał: "To zdumiewające, że zgadzamy się we wszystkim, jesteśmy w totalnej harmonii. Jedyna kwestia sporna, do której wciąż wracamy, to to, że papież twierdzi, iż nie może być moralności poza religią, a ja - że może...". Dalajlama jest wielki, ale to papież miał to coś, co kwalifikuje do świętości.

"Święty natychmiast"... Takie kanonizacje zdarzały się często w historii Kościoła?

- W najnowszej - nie. W ostatnich kilku stuleciach nie mieliśmy podobnych doświadczeń, wyjątkami są Matka Teresa z Kalkuty i właśnie Jan Paweł II. To są święci naszych czasów. Z przystawaniem praktyk kościelnych do współczesnego życia bywa różnie, natomiast kanonizacja tych postaci jest zaspokojeniem najgorętszych oczekiwań żyjących dziś ludzi.

- Mamy naturalną potrzebę posiadania tak czystych wzorców. Nasz coraz bardziej świecki świat na co dzień rozumuje w sposób materialistyczny. Ale kto był na pogrzebie Jana Pawła II, wie, że to tak działa tylko do pewnego momentu. Do końca życia będę pamiętał dwa miliony ludzi stojących cierpliwie przez całą noc, w zdumiewającej ciszy, czekających na mszę żałobną. Ci ludzie przyjechali pożegnać papieża z głębokiej potrzeby serca, nikt ich nie przymuszał. To samo dotyczy tych, którzy zjawią się w Rzymie 27 kwietnia na mszy kanonizacyjnej. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje