Aktorka uzależniona
Bójka w błocie przy temperaturze bliskiej zera. Psychiczne wybebeszanie i opowiadanie o najintymniejszych przeżyciach. Ciągła trema i lęk przed publicznym blamażem. Taką cenę płaci Kinga Preis za to, że gra. I choć czasem pyta siebie: warto?, nie odpuści. Bo aktorstwo jest jak nałóg, z którego w dodatku nie chce wychodzić.
Twój Styl: Doba przed premierą. Co robi Kinga Preis aktorka?
Kinga Preis: Wczesnym popołudniem odzywa się nerw żołądkowy w melodyjnych miejscach brzucha. Zamieram, spowalniam. Oddalam się od myślenia o spektaklu. Jestem jak zahibernowana. Gdy narasta niepokój, ruszam przez mieszkanie: odkurzam, pucuję, sprzątam. Praca fizyczna dobrze mi robi.
Bliscy chodzą na palcach?
- Mąż usiłuje rozładować sytuację. Stara się być beztroski i co jakiś czas rzuca dowcipne uwagi. Wkurza mnie. Marzę, żeby z synem pojechali na wycieczkę, a mnie zostawili ze ścierką od kurzu. Co prawda ja uważam, że jestem aniołem cierpliwości, ale Piotr powtarza, że przed premierą jest zdecydowanie inaczej.
Mała awantura nie oczyściłaby atmosfery?
- To byłby falstart emocjonalny. Zużyłabym energię przeznaczoną na scenę.
Pojawia się strach?
- Paniczny. Przed blamażem, pomyłką sceniczną, paraliżuje mnie myśl, że język stanie kołkiem, że tekst się poplącze...
Ale to się i tak zdarza?
- Jasne, choć wierzymy, że tylko innym. Na szczęście publiczność uwielbia wpadki. Ludzie cieszą się, że aktor jest równie ułomny jak każdy. Na dodatek w tych potknięciach bywa urokliwy. Widzowie nie mają przed sobą ideału, lecz spoconego ze wstydu człowieka, śmiesznego i nieporadnego.
To tragedia dla aktorki?
- Bez przesady. Najgorszy jest strach, a nie sama pomyłka. W końcu mój błąd wywołuje najwyżej uśmiech na widowni. Znam proporcję, nie dramatyzuję. Parę lat temu śpiewałam dość trudną piosenkę Nicka Cave’a "Cyrk": „Padało i dolinę wypełnił straszny odór, bo zezwłok parujący wypłynął nagle z grobu”. Zaśpiewałam: „padało” i... biała plama w mózgu, więc powtarzam: „padało, padało i padało, a tego padania – nadal nie pamiętam, więc modlę się o jakieś skojarzenie – było wciąż za mało”. I popłakałam się na scenie ze śmiechu: Panie Boże, dlaczego nie podsunąłeś mi zgrabniejszego rymu. Podobno wyglądałam przekonująco z tą łzą w oku.
W świecie aktora najważniejszy jest tekst...
- Żyłam w przekonaniu, że tak jest i że przejęzyczenie zmienia sens wypowiedzi. Raz czy dwa przydarzyło mi się to na scenie. Po spektaklu zwierzam się znajomym: „Tak się walnęłam, że nie było co zbierać”. Naprawdę? – pytają. Okazuje się, że nikt nie zauważył pomyłki. Ludzie idą za emocjami aktora. Wciągam ich do swojego świata, oni podążają za bohaterką, którą gram, przejmują się jej losami. Nikt nie śledzi sylab wychodzących z moich ust.
Jak to jest z zapamiętywaniem tekstu?
- Przed spektaklami, zwłaszcza muzycznymi, które są dla mnie szczególnie stresujące, obsesyjnie powtarzam tekst. Im częściej, tym bardziej się denerwuję i gubią mi się słowa. Ale kiedy już stoję na scenie, nagle przed moimi oczami „wyświetla się” tekst piosenek. Przesuwa się zwrotka za zwrotką. Śpiewam z promptera, którym jest mój mózg. Mam tylko nadzieję, że się nie zawiesi.
Strach jest twórczy?
- Na ogół tak, ale można wpaść w spiralę strachu. Tak miałam przed pewnym koncertem. Czułam się wtedy przed mikrofonem jak galareta bez żelatyny. Mam wrażenie, że z biegiem lat jest gorzej. Niedawno podczas koncertu zobaczyłam w kulisie znanego aktora u szczytu kariery. Kręcił się w kółko i wciąż powtarzał jedno zdanie. Przeraziłam się. O rany! Żeby mnie to nigdy nie dotknęło!
Jaki moment jest najważniejszy?
- Około kwadransa przed wejściem na scenę. Podchodzę do kurtyny. Staję w ciemnościach. Słyszę przytłumione odgłosy z sali i ciche stękanie rozgrzewających się reflektorów. Dostrajam się do otoczenia, często wizualizuję początek spektaklu. Otwieram się na energię płynącą z widowni.
A potem, gdy kurtyna idzie w górę...
- W trudnych sztukach zawsze czekam na kulminacyjną scenę zazwyczaj dramatyczną: kłótni, gwałtu, zbrodni... Potem mam już z górki. Trzy lata temu grałam w sztuce "One" Moniki Pęcikiewicz na motywach "Trzech sióstr" Czechowa. W kluczowym momencie moja bohaterka przechodziła od stanu absolutnej lekkości do stanu totalnego zniszczenia. To wszystko w monologu trwającym kilka minut. Przez cały spektakl myślałam tylko o nim. Wisiał nade mną jak miecz Damoklesa. Uwielbiałam spektakl, ale nie cierpiałam tego momentu, w którym moja bohaterka rozpada się na oczach widzów, przechodzi przez degradację fizyczną i psychiczną, nie ma siły ani mówić, ani płakać.
- Zauważyłam, że niektórzy widzowie, zwłaszcza młodzi, nie radzą sobie z odbiorem takiej gamy intensywnych przeżyć. Karmieni od lat prostymi scenami, mają kłopot z odczytaniem bogactwa przeżyć buzujących w jednej osobie. Reakcją obronną takiej widowni jest śmiech lub po prostu tkwią wbici w fotel.
Wbić widza w fotel – nieźle. Jak przygotowuje się pani do roli?
- Ostatnio sporo pracuję z Janem Klatą. Reżyser wiele uwagi poświęca na rozbudzenie wyobraźni. Puszcza na przykład aktorom muzykę od klasycznej po alternatywną. Dla mnie to najistotniejszy moment uruchamiający kreatywność. Zamykamy się w sali, gasimy światło i słuchamy. Janek jest do pewnego momentu bardzo cierpliwy w tych poszukiwaniach. Ostatnio reżyserował spektakl na podstawie tekstu "Utwór o matce i ojczyźnie" Bożeny Keff o tym samym tytule. Pojawiają się tam postacie skonfliktowanej matki i córki.
- Przygotowując się, oglądaliśmy film biograficzny "Szare ogrody" o toksycznych relacjach matki i córki, kuzynek Jackie Kennedy. Zaczęłam przypominać sobie, jak byłam traktowana w domu, jak sama traktuję dziecko. Najciekawsze jest poszukiwanie inspiracji we własnej świadomości, grzebanie we wspomnieniach. Nigdy nie pociągały mnie studia historyczne nad postacią, detaliczne rozpracowywanie życiorysów. Gdy mamy już w głowach przemyślenia, wkracza reżyser.
Opowiada pani o swoich prywatnych przeżyciach?
- Często, bo tworzenie postaci jest czynnością intymną. Moja mama wychowywała mnie samotnie i pewnego dnia chciała wyjść do sąsiadki. Nakarmiła, wykąpała, poczytała i uśpiła. Po jej wyjściu obudziłam się i krążąc po pustych pokojach, zanosiłam się potwornym płaczem, wzywając mamę. W sztuce jest podobna scena. Po spektaklu podchodziły do mnie różne kobiety i opowiadały o niemal identycznych emocjach związanych z lękiem przed utratą matki.
Zwykłe życie może pobudzić wyobraźnię?
- Często obserwuję ludzi w autobusie, sklepie. Bardzo lubię oglądać filmy dokumentalne. Przed pracą u Agnieszki Holland w filmie o mężczyźnie i jego żonie ukrywających lwowskich Żydów zobaczyłam świetny reportaż. Wypowiadali się w nim ludzie ocaleni z Holocaustu przez Irenę Sendlerową. To wszystko są cegiełki, z których buduje się rolę.
Artykuł pochodzi z kategorii: Wywiady
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
Reklama
Wasze komentarze (55)
-
09.02 (00:43)Gratuluje Pani porzucenia nalogu i FIGURY.Na ekranie jest Pani bardzo wiarygodna,co potrafia tylko naprawde dobrzy aktorzy .A 40-to pelnia mlodosci:))Pozdrawiam i zycze wielu sukcesow takze za 20lat...
-
08.02 (19:35)
-
-
26.10.2011 (00:01)
-
10.10.2011 (08:19)Bardzo Panią lubię we wszystkich rolach i tych ambitnych, i tych lżejszych. Superowa z Pani aktorka i baba, pozdrawiam!
-
08.10.2011 (15:21)Świetna aktorka. Widziałam ją w "Sprawie Dantona" i "Utworze o Matce i Ojczyźnie". W obu sztukach znakomita. Cieszę się, że ostatnio możemy oglądać ją częściej, na srebrnym i małym ekranie. Chapeau bas!













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia