Przejdź na stronę główną Interia.pl

A ja nie tańczę

Brodka przestaje śpiewać?! Granda! Spokojnie, to tylko przymiarka. Po wielomiesięcznej trasie z płytą Granda Monika chciałaby złapać dystans. W lutym kończy 25 lat. Chce, by to, co robi, cieszyło ją bardziej. Marzy jej się wyjazd na rok. I żeby być szefem kuchni. Reżyserować teledyski... A potem... nagrać kolejną płytę. Ale tym razem w dwóch językach.

Koncert w warszawskiej Stodole. Brodka na scenie w krótkiej wąskiej sukience. Koczek, fluorescencyjne paznokcie, wokół szyi klekoczący kołnierz z plastikowych piór. Monika śpiewa ostro i czysto. Z przodu sceny piszczą dziewczyny z fanklubu, z tyłu podrygują dyskretnie czterdziestolatki. Zapowiadający mówi: "Kochają ją przedszkolaki i prezydent". Brodka daje znak, spod sufitu leci deszcz złocistego konfetti. To już nie ta sama dziewczyna z finału "Idola".

Reklama

Twój STYL: Wyrosło z ciebie zwierzę sceniczne...

Monika Brodka: Tak to wygląda? OK. Bo ja nie jestem tego do końca świadoma. Myślę, że przez ostatni rok dużo się nauczyłam, wyrobiłam na scenie. Choć nie mam takiego daru jak Maryla Rodowicz, żeby rozruszać każdą widownię. Nie staram się za wszelką cenę przekonać do siebie.

Gdy na koncercie jest twój trzystuosobowy fanklub, nie możesz tak po prostu podziękować i iść za kulisy na szampana.

- Staram się po występie wyjść do ludzi. Przez ostatni rok moja publiczność mocno się zmieniła. Mam fanów, którzy jeżdżą na wszystkie koncerty, są z nami. Zżyłam się z nimi. Na koncercie czuję ich energię. Dużo łatwiej nawiązać kontakt, kiedy wiem, że oni na mnie naprawdę czekali.

A dla kogo nagrywasz płyty? Dla tych nastolatek piszczących pod sceną czy dla czterdziestolatków, którzy trzymają się z tyłu?

- Kiedy pracowałam nad Grandą, w ogóle nie myślałam, dla kogo będą te piosenki. Ważne było to, czy tekst mi się podoba, czy opowiada jakąś historię, obojętne: z życia albo wymyśloną. Nie zakładałam, że muszę eksplodować emocjami, obnażyć się i oczyścić. To nie jest pamiętnik. Podchodzę do sprawy czysto technicznie - jest muzyka, muszę napisać słowa. Jednak chcę, żeby były szczere, dotyczyły mojego świata. Jako tekściarz jestem superświeża, ale i niecierpliwa, więc gdy mi nie idzie, rezygnuję, znajduję sobie coś przyjemniejszego do roboty.


Żadnego twórczego romantyzmu?

- Niestety. Zawsze mnie śmieszy, gdy słyszę, jak projektant mody opowiada: inspiracją mojej kolekcji były croissanty w kształcie księżyca. Moją uświadomioną inspiracją są chyba tylko filmy. Ostatnio siódmy raz obejrzałam Człowieka z księżyca, opowieść o tym, że warto czasem iść pod prąd. 

Na przykład... nie wystartować w "Tańcu z gwiazdami"...

- No właśnie. Pomijając estetykę tego programu, nie lubię chwytać za ogon kilku srok naraz. Nie mam na to czasu. Nie zdecydowałam się też na jurorowanie w muzycznych show. Może jak będę przed emeryturą, usiądę sobie w komisji i zacznę oceniać innych. Teraz mam wszystko przed, a nie za sobą.

A może odmawiając, palisz za sobą mosty?

- Chyba nie. Dostałam ostatnio Mateusza, nagrodę radiowej Trójki. "Za rozwój osobowości i konsekwencję". Często w życiu zawodowym toczę batalie z różnymi osobami. Mówią, że jestem trudna we współpracy, kapryśna, rozwydrzona. A ja walczę o to, na czym mi zależy. Tylko często jest to traktowane jako upierdliwość, gwiazdorstwo. Odmówiłam udziału w programie, do którego pchają się wszyscy? Jak to, przecież powinnam być wdzięczna! Czasem więc zastanawiam się: może rzeczywiście coś ze mną nie tak? Przecież wszyscy wolą pracować z "gwiazdami", które są łatwe, uśmiechnięte i godzą się na wszystko.


Ty zgodziłaś się wystąpić w spocie zachęcającym do udziału w wyborach. Zaśpiewałabyś prezydentowi "Happy birthday"...?

- Wystąpiłam, bo z założenia był to spot wyborczy, nie stanęłam przecież po stronie konkretnej partii. Mam poczucie obowiązku, w dniu wyborów byłam w Berlinie, a jednak udało mi się zagłosować w polskiej ambasadzie. A prezydenta... lubię. Miałam okazję spotkać go kilka razy. Okazało się, że pochodzi z moich stron, jest fajnym facetem, jeśli mogę tak powiedzieć o prezydencie. Zaśpiewałabym dla niego, choć w politykę staram się nie angażować. 

Wszystko pod kontrolą. A twój głos? Bierzesz korepetycje u Elżbiety Zapendowskiej?

- MB: Nie chodzę na żadne lekcje. Nie fascynują mnie perfekcyjni wokaliści, raczej ci charakterystyczni. I w ogóle chyba nie bardzo dbam o swój głos. Palenie papierosów też raczej mu nie służy, ale głos na razie nie zawodzi. Przygotowując Grandę, mocno z nim eksperymentowałam i na pewno rozwinęłam się wokalnie. Piosenki nareszcie współgrają z moim temperamentem, charakterem. Teraz mogę szaleć i krzyczeć.

Na scenie też już jesteś inną osobą niż Brodka - finalistka Idola. Gdzie twoje grzeczne dżinsy i sweter?

- Podobają ci się moje kostiumy? Poświęcam im dużo czasu i energii. Im mocniejszy strój, tym bardziej mnie zmienia, wydaje mi się, że jestem kimś innym i mogę sobie na więcej pozwolić. U nas na pewno trudniej o superoryginalne kreacje niż np. w Stanach. Ale korzystając z pomocy kreatywnych przyjaciół, projektantów, staram się zawsze mieć na sobie coś wyjątkowego, niekoniecznie za milion dolarów.

To może lepiej wyjechać tam, gdzie łatwiej?

- Na razie nie mam takich planów. Wystarczy mi poczucie, że nie jestem zamknięta w czterech ścianach tego kraju. Zresztą nie wydaje mi się, żeby zrobienie kariery za granicą było dla polskiego artysty możliwe. No bo dlaczego nikomu się to nie udało? Jednak kolejną płytę chcę nagrać w dwóch językach. Nie po to, by podbić amerykańskie MTV. Chciałabym wystąpić na zagranicznych festiwalach - w Niemczech, we Francji, może w Japonii. To są jednak plany na przyszłość. Nie zamierzam się stresować myślą, że trzeba szybko wydać kolejną płytę. Nagram ją, kiedy przyjdzie pora.

Ale z czegoś żyć trzeba...

- Na szczęście ostatnio mam co do garnka włożyć. To był dobry rok, także finansowo.

Dowiedz się więcej na temat: Monika Brodka | muzyka | piosenkarka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje