Przejdź na stronę główną Interia.pl

3/4 sukcesu

Laszka Sądecka. Pochodzi z Muszynki. Zagrała duże role u boku Juliette Binoche, Ethana Hawke'a, Kristin Scott Thomas. Bo to Joanna Kulig wbrew doniesieniom tabloidów jest naszą najbardziej eksportową aktorką. Wkrótce zobaczmy ją w "Sponsoringu" Małgorzaty Szumowskiej.

PANI: Jak sprawy się kołyszą?

Reklama

Joanna Kulig: Będziemy wracać do „Szansy na sukces” i piosenki Grzesia Turnaua? Super. „Między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą…”. Piękne, beztroskie czasy.

Miałaś 15 lat i wygrałaś „Szansę…”.

- I udowodniłam sobie, że podążam we właściwym kierunku. Bo ja od dziecka chciałam śpiewać, z tym wiązać swoją przyszłość. Aktorstwo wyszło przy okazji. Nagroda w „Szansie na sukces” zmotywowała mnie do działania. Skończyłam podstawową szkołę muzyczną w Krynicy-Zdroju i wyjechałam do Krakowa, by tam kształcić głos, uczyć się grać na pianinie. Kiedy musiałam decydować o studiach, dowiedziałam się, że w szkole teatralnej otwarto wydział estradowy. I zdałam.

Chciałaś śpiewać, a trafiłaś na etat w Starym Teatrze, gdzie liczy się sztuka dramatyczna.

- Ale zrezygnowałam, bo nie byłam przekonana, czy to właściwe miejsce dla mnie i… przez rok czekałam na propozycje. Nie powiem, że kocham aktorstwo, że to całe moje życie. Lubię grać, ale moją pasją jest śpiewanie.

Tymczasem grasz, i to za granicą.

- Dwa lata temu wygrałam casting do filmu niemieckiego „Die verlorene Zeit” Anny Justice. Tematyka wojenna, grałam po polsku, trochę po niemiecku. Spotkałam się też na planie z Pawłem Pawlikowskim. Zaprosił mnie do Paryża. Zaproponował rolę w filmie „Kobieta z piątej dzielnicy” z Kristin Scott Thomas i Ethanem Hawke’em. I wreszcie przyszedł czas na film Małgorzaty Szumowskiej „Sponsoring” z Juliette Binoche.

Do Paryża wyjechałaś w lutym 2010 roku, wróciłaś na dłużej dopiero we wrześniu 2011.

- Grałam tam w dwóch filmach, w Polsce miałam zdjęcia do „Szpilek na Giewoncie”. Wygrałam też casting do „Hansel and Gretel: Witch Hunters” dla amerykańskiej wytwórni Paramount. Na zdjęcia próbne pojechałam znowu do Niemiec, tym razem do Berlina. Kolejne próby, ustawianie terminów. Nie było łatwo.

Czy aktorka anonimowa za granicą czuje się gorsza, gdy partneruje Juliette Binoche, Kristin Scott Thomas czy Ethanowi Hawke’owi?

- Ethana się nie obawiałam. Miałam z nim zdjęcia próbne, więc zdążyliśmy się poznać. Jest wyluzowany, pisze scenariusze, ma dystans do wszystkiego. O Binoche krążyły straszne legendy. Bałam się, że będzie niemiła. Nie znałam francuskiego, roli nauczyłam się fonetycznie (to zasługa mojego słuchu) i nie wiedziałam, jak Binoche na to zareaguje. Pierwszy dzień był ciężki. Czuło się napięcie. Widziałam też, że nie wszyscy mnie rozumieją. Potem szło tylko lepiej. I kiedy przychodził czas na improwizację, Binoche mówiła do Małgośki Szumowskiej: „Daj jej zagrać tak, jak czuje”. Zaczęła się normalna praca, choć schody też się zdarzały.

Bo Szumowska to ostra i prowokująca reżyserka?

- Oczywiście, choć potrafi też być delikatna. Udaje jej się stworzyć na planie taką atmosferę, że człowiek cieszy się, że występuje w jej filmie.

Wymieniasz nazwiska gwiazd, z którymi grałaś, z taką swobodą, jakby to była codzienność. Czujesz, że wyważyłaś w swoim życiu jakieś drzwi?

- Wiem, że dostałam od życia bardzo wiele. Nie chciałam być aktorką, a już w ogóle nie myślałam o tym, że stanę przed kamerą u boku Binoche czy Scott Thomas, które podziwiałam w „Angielskim pacjencie” Minghelli.

Talent, praca czy szczęście?

- Talent jest ważny, praca jeszcze bardziej. Trzeba czymś zainteresować. Ale szczęście to trzy czwarte sukcesu. W szkole teatralnej wygrałam casting, potem były role w Starym Teatrze i filmach. Dzieło przypadku, czasami moja odwaga. Pawlikowski zobaczył mnie w Teatrze Telewizji, a Szumowska w filmie „Środa, czwartek rano” Grzegorza Packa. Nie uważam się za aktorkę zdolniejszą od innych.

Przebierałaś w propozycjach?

- To jest tak trudny zawód, że czasami nie ma nad czym się zastanawiać.

Aktorzy starszego pokolenia mówią, że młodzi rozmieniają się na drobne, nie kierują świadomie swoją karierą.

- Jeżeli jest się bardzo bogatym, można robić rzeczy tylko ambitne. Ale jeśli chce się utrzymać siebie i rodzinę, trzeba liczyć się z pieniędzmi. Buntowanie się, że nie zagra się w serialu, czasami nie ma sensu. Na aktora nie spada czterdzieści propozycji naraz. Przyjmowałam różne role, ale mówiłam sobie, że zagram najlepiej, jak potrafię. Na tym polega szacunek do mojego zawodu.

Masz w sobie niesamowitą siłę, idziesz ciągle do przodu.

- Pochodzę z małej miejscowości – Muszynki koło Krynicy-Zdroju. W domu była nas piątka rodzeństwa. Miałam inne możliwości niż moi rówieśnicy z Warszawy czy Krakowa. Szukałam każdej okazji, żeby się kształcić, zaistnieć. Śpiewałam w kościele, chodziłam do szkoły muzycznej, grałam na deptaku w Krynicy, nawet występowałam na weselach. Miałam przy tym poczucie, że każdy krok jest ważny. Że dzięki temu do czegoś dążę. Szukałam i nie poddawałam się. Bywało ciężko, bo nie pochodzę z majętnej rodziny. Trzeba było nieźle kombinować, żeby jakoś przeżyć i iść do przodu.

Dziś wracasz do Muszynki?

- Kiedy czuję, że woda sodowa zaczyna mi szumieć w głowie, jadę do mamy. Tam ludzie żyją zwyczajnie. Idę w góry, śpiewam, zbieram grzyby. Tak naprawdę kogo tam obchodzi Binoche. Sprawy codzienne są istotniejsze. Tam jest się bliżej ziemi, obserwuje przyrodę, żyje z nią w zgodzie, docenia starość i doświadczenie. Pochodzę z Lachów Sądeckich. Dlatego jestem uparta, mimo że niekiedy wydaję się chaotyczna, i mam intuicję, która mnie jeszcze nigdy nie zawiodła.

Przeczucie ci powiedziało, żeby przed trzydziestką wyjść za mąż?

- Jest miłość, jest mąż. Cieszę się z małżeństwa. W ogóle mi ono nie przeszkadza. I tyle na ten temat.

Rozmawiał Maciej Gajewski

PANI 12/2011

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje