Domagalik i Walter
Mówisz tak na potrzebę rozmowy?
- Na potrzebę samouspokojenia.
Małgorzata Domagalik: Po raz pierwszy w cyklu „Mistrz i Małgorzata” spotyka się uczennica ze swoim telewizyjnym mistrzem. Na dodatek ma na imię Małgorzata, więc wszystko pasuje…
Mariusz Walter: Słuchaj, za piękne, żeby było prawdziwe.
Jest prawdziwe.
- Jakieś życzliwe przekłamanie z twojej strony.
Jakie przekłamanie, po prostu miałam na starcie telewizyjnym szczęście i o żadną inną podległość tu nie chodzi, Mariuszu.
- Ty w życiu, podejrzewam, nie byłaś nikomu podległa. W takim najprostszym tego słowa znaczeniu.
No nie. Tak czy inaczej, na drodze, o której mówimy, spotkałam kogoś, kto wiedział, dlaczego tak, dlaczego nie…
- Małgosiu, po pierwsze, jestem dumny z tego, co mówisz. Po drugie, całe, może inaczej, większa część mojego zawodowego szczęścia polega na tym, że powiedziało mi to już kilkanaście osób, a to znaczy, że dobrze wykonuję swój zawód. Od bardzo długiego czasu. Najpierw byłem dziennikarzem, potem bardziej filmowcem: reportaże, dokumenty. Od momentu, w którym stałem się menedżerem, miałem już dobrą bazę do tego, żeby mówić ludziom, co zrobić, żeby to, co mi pokazali, było lepsze. Żebym potrafił im doradzić.
Delikatnie czy tak raczej wprost?
- Wskazać na to, co jest źle – z jedną zasadą, której się nauczyłem po kilku niepowodzeniach na samym początku, kiedy próbowałem być taki „na okrągło”, żeby nikogo nie urazić – mówić prawdę. Potem okazało się, że ta szczerość ocen jest czasem bolesna w stosunku do przyjaciół, nie mówiąc o rodzinie. Sandra, Piotr i Bożena – oni wtedy nie pokochali mnie bardziej za to, co im mówiłem. Po latach jednak myślę, że pokochali mnie bardziej. Może tak…
Niektórzy ludzie, także z branży, już zapomnieli, że ty długo byłeś przede wszystkim dziennikarzem. Dziś widzą w tobie biznesmena, potentata medialnego…
- To można nazwać tak: „tragedia, która stała się szczęściem”. Zaczęło się wtedy, kiedy pomyślałem, że będę musiał odejść z telewizji publicznej, a zdarzyło się to w stanie wojennym. I to jest też okazja do komunikatu, który sprostuje mój życiorys: mianowicie mnie nie wyrzucano z telewizji, nawet po rozmowie weryfikacyjnej.
Też mam taki epizod i gdy tylko nadarza się okazja, podkreślam, że mnie nie wyrzucano, tylko odeszłam sama. Ambicja mniej cierpi.
- To mnie rozumiesz. Powiedziano mi, że nie nadaję się i nie będę pełnił żadnych funkcji kierowniczych, ale „nie wyrzucać, bo utalentowany”. No i trochę trwało, zanim stamtąd się wydostałem, bo nie było łatwo. W owym czasie musiała być w tej sprawie decyzja władz wyższych. Jedni mnie chcieli zatrzymać, a drudzy byli szczęśliwi, że pojawiła się szansa wywalenia mnie. Ale wracając do twojego pytania, to…
…jesteś dziennikarzem, który zdobywał nagrody: Prix Italia, Sport Film Tage w Oberhausen, różnego koloru Lajkoniki i wiele innych.
- Za przeproszeniem, było „tego sporo”. I właściwie wszystko wskazywało na to, że jestem na dobrej drodze i powinienem na niej zostać. Wtedy też dokonałem jednej próby odstępstwa od drogi reportażu i dokumentu. Zaproponowano mi, żebym zrobił film fabularny. Zrobiłem go („Prawo Archimedesa”, 1977) i stwierdziłem, że to nie jest mój temperament.
Ujrzał światło dzienne?
- Tak. Był wyświetlany w telewizji parokrotnie. I po pierwsze, zobaczyłem, że nie zrobiłem nic, czego bym już wcześniej nie widział, i że zrobiłem to gorzej (i to żadna skromność, o którą pewnie mnie posądzasz) niż inni, i że trzeba dać sobie spokój.
Myślałeś, że będzie inaczej?
Nie, chciałem spróbować, czy to potrafię. Wiesz, kochałem to, co robiłem. Siedzę w domu, czytam gazetę czy słucham radia, słyszę, że gdzieś coś się dzieje, coś się wali. Jestem tam za trzy godziny – jadę nocą, jeszcze nie wiem, jak to ugryźć. Mnie to fascynowało. Kiedyś w małym miasteczku, oczekując na zapowiedziane zdarzenie, zobaczyłem przez szybę fryzjera i golonego przez niego mężczyznę. Coś w nich było. Zgodzili się na rozmowę o ludziach z tego miasteczka. Te dziesięć minut lubię do dziś.
Istota zawodu.
- Tak. Oczywiście, że tak. Jednak w pewnym momencie okazało się niemożliwe łączenie funkcji szefa redakcji dokumentu, nie mówiąc już potem o „Studiu 2”, z moimi własnymi ambicjami realizatorskimi. A to był moment piekielnie ważny, kiedy w pierwszych swoich działaniach menedżerskich w telewizji publicznej tak naprawdę nauczyłem się zasad kapitalizmu i wolnego rynku.
W tej komunistycznej telewizji?
- Tak. Miałem swój olbrzymi zespół, najlepszych ludzi. Mieliśmy własne studio, własne zasady produkcji, własne zasady wynagradzania. To wszystko dlatego, żeśmy się nie zagłębili w obszar polityczny, tylko trwali w tym „Studiu 2”. Wtedy pojawiły się pierwsze gwiazdy, a niektóre wyłoniły się dzięki trafnemu zestawieniu ich ze sobą. Z takich uzupełniających się zewnętrznie wartości, a przy tym pewności, że obok mnie jest ten drugi, na którym mogę polegać. Myślę tu o trójce…
…Edward Mikołajczyk, Tomasz Hopfer i Bożena Walter.
- Tak, nieco później doszusował do nich Tadeusz Sznuk. Wtedy, to może za duże słowo i nazbyt poetyckie, doznałem olśnienia. Jaką można mieć radość z tego, że wpływasz na czyjeś życie w tym pozytywnym sensie. Opiekujesz się tym kimś, podsuwasz mu tematy, spierasz się o robotę. Pracujesz na niego.
Byli tacy, którym jednak mówiłeś „do widzenia”?
- Tacy też byli, ale opowiem ci taką historię: po latach spotkałem szefa produkcji Andrzeja Dębskiego, z którym byłem i jestem zaprzyjaźniony. I pytam go: „Andrzej, no a jak ty tam sobie radzisz w tym naszym nowym świecie, na tym wolnym rynku?”, bo on odszedł z telewizji prawie równo ze mną. A on mówi do mnie: „Mary, no co ty mi chromolisz? Myśmy się nauczyli wolnego rynku w »Studiu 2«. Robiliśmy to, cośmy chcieli. Pilnowaliśmy kosztów i dbaliśmy o jakość”. Ci, którym to nie pasowało, odchodzili. To prawda.
Czyli ty tam swego rodzaju dywersję robiłeś!
- Ale to była zaakceptowana dywersja. Sobota, a potem sobota i niedziela były wypełnione programem, na który ludzie nie pluli. Mieliśmy taki swój miernik sukcesu. Wówczas nie było takich badań jak dzisiaj i dlatego w czasie trwania „Studia 2” wyskakiwaliśmy na moment na Woronicza i patrzyliśmy, czy się w oknach światła palą na niebiesko. To był jedyny miernik satysfakcji. Takie rankingi z blokowiska.
Dzisiaj masz oglądalność.
- Dzisiaj mam oglądalność. Wiem, kto o której ogląda TVN, TVN24. A w TVN-ie wiedzą dokładnie dlaczego. To była też kiedyś, w jakimś sensie – ponad osiem lat temu – moja, a dzisiaj zespołu TVN i właścicieli duma. Oczywiście są takie momenty, że bym coś zmienił, może czegoś nie puścił. Ale…
Ale co? Twoi ludzie nie czytają w twoich myślach?
- W prywatnych rozmowach, jak pęknę czasem i coś mi się nie podoba, to powiem. Ale rzadko. Natomiast strasznie trudno jest wybrzydzać w tych piekielnie ciężkich czasach, przy takiej konkurencji, jaka jest. Zarząd TVN-u nie ma olśnień w rodzaju: „O! A może to się uda?!”.
To, że znałeś dawną medialną Polskę, dało Ci przewagę w robieniu mediów w wolnym kraju?
- Tamte czasy? Wiesz, przede wszystkim dały olbrzymie możliwości warsztatowe. Cały mój czas, blisko ćwierć wieku, spędzony w telewizji publicznej dał mi wiedzę, doświadczenia i wiarę, że praca autora otoczonego bardzo dobrym teamem zawodowców musi przynieść efekt. Wiesz, jest taka prosta formuła, że "pracą ludzie się bogacą" - tak to nazwijmy. No i jeszcze nauczyciele - mistrzowie: Xymena Zaniewska, Jerzy Antczak, Marian Marzyński, profesor Jerzy Bosak. Nie sprawdził mi się model inny niż olbrzymi wkład pracy plus bardzo zawodowe otoczenie ludzi myślących tak samo. Co więcej, widzących podobnie swój cel.
Czyli nie zdziwisz się, że prowadzący program chce być dobrze oświetlony?
- Nie, czasem jak siedzimy z Bożeną (żona Mariusza Waltera) i patrzymy na to, co się dzieje gdzieś, nieskromnie powiem, że rzadko w TVN-ie, to mówimy do siebie: "Jak ona czy on mogła (mógł) tak dać się "zaświecić"". Bo to szalenie ważne rzeczy ta dbałość o detale. Ale popatrz, nie ma mnie tam już ponad osiem lat…
Gdzie Ciebie nie ma? Siedzimy na piątym piętrze…
…w TVN-ie… Tak, ale ja jestem kimś na kształt żywego muzeum, do którego można wpaść i pogadać.
Zapytać?
- Wpaść i pogadać. Nie mam w sobie, jak wiesz, bo znamy się lata, nadmiaru skromności. (śmiech)
Artykuł pochodzi z kategorii: Mistrz i Małgorzata
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
...nie powinnam zabierac głosu w tej sprawie. Bo tu... więcej













Wasze artykuły
Koń jako blogerka
Kilka dni temu powstał blog o modzie gdzie w rolę blogerki modowej wciela się kobieta koń. Czy będzie to kolejny hit szafiarskiej blogosfery? A może dzięki xoxokon nasze szafiarki przejrzą się w lustrze? więcej
Przemoc
Kobieca władza