Domagalik i Janson
Niemal od 13. roku życia jestem zasłuchany w kompozycjach Phila Collinsa. To wielka osobowość. Melodyk, człowiek orkiestra - mówi Robert Janson w rozmowie z Małgorzatą Domagalik.
Robert Janson: Dzisiaj tylko pobieżnie, ale zerknąłem, bo oczywiście była pora na gazetę. Tak jest od wielu lat.
Od ilu?
- Słowo "sport" towarzyszy mi od 35 lat. W latach 1977-80 byłem w szkole mistrzostwa sportowego w Raciborzu. Odbywał się nabór dzieci z całej Polski, dostałem się wraz z koleżanką z mojej klasy i aktywnie uczestniczyłem w życiu sportowym: brałem udział w zawodach, w mistrzostwach Polski.
Miał pan osiągnięcia?
- Mam kilka medali, dyplomów.
Są gdzieś?
- Ostatnio widziałem trzy podczas przeprowadzki. Za skok w dal, bieg na 300 m - konkurencja dla młodzików i juniorów - i 60 m. To były moje dyscypliny.
To ten czas spędzony w internatach?
- Tak, wtedy miała miejsce moja fascynacja sportem. Podświadoma żądza poznania czegoś poza własnym miejscem zamieszkania.
Był pan małym chłopcem i już taka żądza...
- Tak, miałem 12 lat, ale już inspirował mnie świat - ten, który był troszeczkę dalej. Zawsze czułem się dobrze na wyjazdach i tak jest do dziś.
Już wtedy dawał pan sobie radę z konkurencją?
- Musiałem np. uczestniczyć w zawodach na stadionie miejskim w Będzinie i tam też pokonałem dziesiątki lub setki zawodników. Było to dla mnie przyjemne uczucie - że w czymś okazałem się lepszy. To takie współzawodnictwo, które towarzyszy mi do dzisiaj. Szarość w kolorystyce nigdy nie była mi zbyt bliska.
Wcześnie stracił Pan mamę.
- W wieku pięciu lat.
Czy taki mały chłopiec miał wtedy świadomość tego, co się stało?
- Miałem ochronę w postaci cudownej babci. Zastąpiła mi mamę, pocieszała, przytulała, spełniała moje wszystkie dziecięce kaprysy. Kiedy miałem trzy i pół roku, mama już więcej czasu spędzała w szpitalach. Dopiero w późniejszych latach bardziej odczułem jej brak. Gdy człowiek dorasta, to dopiero brakuje mamy. Tata, który pracował wówczas na trzy zmiany i właściwie nie było go w domu, też dał mnie i mojemu cztery lata starszemu bratu oparcie. Był człowiekiem bardzo ambitnym, pracowitym i zdolnym. Tę zdolność dopiero później dostrzegłem, ale już jako dziecko widziałem, że bardzo ciężko pracuje, aby nam niczego nie brakowało.
C’est la vie. Tata umarł w 2000 roku?
- Tak, i był to dla mnie wielki cios, mimo że miałem już swoje lata.
To ile ma pan obecnie?
- Dążę ku 47, to już specyficzny wiek, na pewno nie wiek młodzieńca. Bardzo wiele osób myśli, że po sześćdziesiątce warto by spijać tę śmietankę. W moim zawodzie jest o tyle ciekawie, że pracuje się właściwie do końca.
Zwłaszcza że ostatnio poszerzył pan swoje zainteresowania o muzykę filmową, a to daje więcej możliwości.
- Kocham tworzyć muzykę do filmu, teatru. Nie ukrywam, że w nadchodzącej dekadzie być może jej komponowanie stanie się moim najważniejszym zajęciem.
Także dlatego, że bardziej inspiruje?
- Tak, chociaż nadal mam swoich idoli z dawnych lat. Niemal od 13. roku życia jestem zasłuchany w kompozycjach Phila Collinsa. To wielka osobowość. Melodyk, człowiek orkiestra. Jest genialnym perkusistą, znakomitym wokalistą i okazało się, że bardzo dobrym kompozytorem. To wszystko składa się na wizerunek człowieka renesansu.
Nie mogę nadążyć za Lady Gagą, chociaż na Facebooku ma już 45 mln wejść "I like it". To kompromitujące?
- Nie, ja też nie umiem podążyć za tą postacią. Dla mnie XXI wiek jest czasem, w którym liczą się nieco inne formy muzycznego istnienia: strój, wygląd, tupet, to, co ktoś ma do powiedzenia na temat innych.
A nie...
-...talent - ubolewam nad tym. Chociaż nie jestem internetowcem, to czasami, gdy włączymy z żoną laptop, aby coś sprawdzić, zerkam na te wszystkie strony i pierwszą rzeczą, jaka rzuca mi się w oczy, jest szkalowanie innych. Kiedy jest jakaś impreza, od razu widzimy, że ktoś jest gruby, brzydki, fatalnie się ubrał, miał głupią fryzurę. Nie pochwalimy nikogo. Musimy dowalić tak, aby czuć się z tym lepiej. Bardzo mnie to martwi. W Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych jest inaczej. Tam się ceni sukces.
U nas automatycznie jest się obiektem ataku.
- To bardzo dziwne. Mówiliśmy o Lady Gadze... dziewczyna ma głos - nie podważam tego - tylko jej sposób interpretacji i zachowanie na scenie i poza nią nie podobają mi się. Przecież widziałem ją, jak grała na fortepianie za 100 dolarów w barze... Pulchna dziewczynka, która po prostu sobie grała. Pojawili się specjaliści od PR...
Niech pan pomyśli, jaki to gwałt na psychice. Nagle pewnego dnia z ładnej, pulchnej, dobrze śpiewającej dziewczyny "rodzi się" ktoś zupełnie inny.
- Jest bardzo cienka linia odgradzająca to, co sobie zamierzyliśmy, od tego, co osiągnęliśmy. Tutaj do głosu doszedł ktoś, kto dostrzegł w niej potencjał i powiedział: "Słuchaj, zrobimy z ciebie gwiazdę, tylko musisz zmienić to i to, będziesz opływała w luksusy." I do niej należy decyzja. W 99 przypadkach na 100 decyzja brzmi: "Wchodzę w to". Myślę, że była to jedna z takich sytuacji. Czy należy się temu dziwić? Trudno mi odpowiedzieć na takie pytanie. U nas też tego rodzaju sytuacje mają miejsce, może nie na taką skalę. Z jednego tylko się cieszę: obserwuję, że polska młodzież, ta, która zaczyna śpiewać, jest bardziej otwarta. Ogląda wszystkie filmy, począwszy od "Hannah Montany", i widzi, że świat należy do ludzi odważnych, szczególnie jeśli chodzi o scenę. Ja, dzięki Bogu, nie jestem wokalistą.
Nie umie pan śpiewać?
- Umiem i sobie śpiewam, także na płytach. Natomiast ktoś, kto jest solistą, musi zdawać sobie sprawę z tego, że trzeba zwracać na siebie uwagę... ...szokować. Tak, zwracać uwagę poprzez strój, fryzurę etc.
Oglądałam kilka dni temu koncert Amy Winehouse sprzed paru lat. Patrzyłam na młodą fajną dziewczynę w sukienczynie, z utapirowanymi włosami. Stała przy mikrofonie, miała obok siebie dwóch pląsających Murzynów i była wielką artystką. Bez butów na 40-centymetrowych obcasach i papugi na głowie.
- Oczywiście są jeszcze wyjątki. Bo świat muzyki ma to do siebie, że przyjmuje każdy rodzaj sztuki, wizerunku. Szczególnie że dzisiejsza młodzież - jak patrzę na te wszystkie programy komercyjne, gdzie jest jury i udzielają się młodzi wokaliści - stara się poprzez wygląd, zachowanie sceniczne zostać zauważona. Ludzie wrażliwi, którzy byli naprawdę bardzo utalentowani, nie przebili się przez swoją wrażliwość. Gdzieś się spięli w środku. Te programy eliminują takie osoby.
To są igrzyska.
- Amy Winehouse była krucha i wrażliwa, ale widziałem również, jak bardzo wspomagana przez odurzenia, które były jej ochraniaczem w życiu. Myślę, że to nie pierwszy i nie ostatni przypadek w rozrywce. Aczkolwiek w ostatnim czasie jeden z nielicznych, bo w latach 60. było to dość normalne.
Ale wtedy taka była subkultura.
- Obserwacja tej dziewczyny pokazuje nam, że można było stworzyć arcydzieło muzyczne, nie będąc błaznem. Bo dzisiaj jest epoka błaznów i szyderców, ludzi, którzy niejednokrotnie mają swoje okienka w telewizji czy prasie, a są tam z przyjemnością przyjmowani, bo słupki rosną zawsze, gdy...
...leje się krew.
- Znam kilka takich osób, które same nie stronią od ciągotek, o których potem piszą z obrzydzeniem. Już nie mówiąc o tych, którzy szkalują nie tylko wygląd, ale też imprezy i wywiady w naszych cudownych gazetach. Jest taka para - a nawet dwie - która pozwala sobie na zbyt wiele. W tym wszystkim jest na pewno ogrom hipokryzji. Może wiedzą o tym, że mimo iż ich czas minie, to jednak przez 10 lat mogą nieźle zarobić na szkalowaniu innych. Sam byłem kiedyś jurorem w programie TVN-owskim i mówiono na mnie "srogi".
Srogi czy sprawiedliwy?
- Sądzę, że srogo sprawiedliwy.
Całą rozmowę przeczytasz w najnowszym numerze magazynu PANI - już w sprzedaży!
Artykuł pochodzi z kategorii: Mistrz i Małgorzata
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
trochę nietypowo..., hm...? ale tak mi wypada w... więcej
Reklama
Wasze komentarze (2)
-
13.02 (09:33)
-
24.01 (11:46)
-














Wasze artykuły
Jak przytyć?
Niektórym się wydaje, że przytyć jest bardzo prosto, prostsze niż schudnięcie, ponieważ trzeba tylko jeść i niczym się nie przejmować. Ale czy jest to takie proste? więcej
Walentynki dla każdego
Przemoc