Domagalik i Gruza
A co się Panu podoba w kobiecie? Nic takiego. Żeby szła do domu.
Małgorzata Domagalik: Przyjechał pan samochodem?
Jerzy Gruza: Taksówką.
Od paru dni czytujemy w redakcji na głos fragmenty pana książek.
Poważnie?
Poważnie. Są bardzo aktualne. W trakcie ich lektury przypomniał mi się wyreżyserowany przez pana przed laty „Mieszczanin szlachcicem” Moliera z Bogumiłem Kobielą. Brzmi tak, jakby był napisany dzisiaj.
- Dokładnie, przecież mój ostatni serial „Tygrysy Europy” to jest dzisiejszy „Mieszczanin szlachcicem”.
To było jakieś 10 lat temu?
- Tak, ale to, co kiedyś wiedział Molier, to wszystko i dziś się zgadza.
Ciągle aspirujemy?
- Pewnie, że tak. Dążenie człowieka do czegoś lepszego jest stałe, przynosi mniej lub bardziej zabawne sytuacje – dążenie do tego, że chce się być szlachcicem, członkiem korporacji albo dyrektorem, ministrem czy premierem.
I ciągle w krzywym zwierciadle?
Nie można tego traktować zupełnie poważnie, mimo że jest to wewnętrzna potrzeba człowieka do bycia lepszym, szlachetniejszym, piękniejszym.
Młodszym…
- Ale z tym to już wiążą się straszliwie śmieszne sytuacje. Kobiety są porobione tak, że nie można ich poznać.
To by było śmieszne, gdyby nie było takie straszne. Ale w końcu gdzieś ta klasa pan słowo „gwiazda”, to…
- Nawet sobie pomyślałem, że pierwsze zdanie, jakie tu dziś wypowiem, to będzie to, co już przewidziałem: skończyła się liczba celebrytów. To jest mały kraj, a narobiono ich do jasnej cholery. Oni już są wyczerpani, wymiędleni do końca i teraz sięga się na przykład po mnie. A jakim ja jestem celebrytą?
Nie „sięgam” po pana, bo jest pan celebrytą, ale dlatego, że jest pan „jednym z ostatnich, co tak poloneza wodzą”.
- Bardzo mi miło. Myśli pani, że człowiek, który ma pewne lata, wie więcej? Że ma ciekawsze rzeczy do powiedzenia?
Umie zobaczyć dookoła tak dużo jak pan. I w tym sensie wie więcej. A mimo to 69-letniemu Gruzie powiedziano w mediach: „Do widzenia”.
- Przyznam szczerze: nie odbieram tego, że ktoś mnie odsunął, jako odstawienia. Sam dałem się odsunąć, ponieważ zamykam już pewne okresy swego życia. Piszę…
Gdyby było inaczej, to trafiłby pan na muzealną półkę…
- Tragedia, reklamówka i stanie w kolejce do autobusu. Przecież ja widziałem kolegów reżyserów na emeryturze. Wie pani, ja mam łatwość adaptacji. Odcinam i zamykam za sobą pewne etapy. Przecież w telewizji robiłem duże rzeczy - i przestałem. Byłem dyrektorem teatru muzycznego 10 lat - gdzieś to się skończyło.
Wspaniały okres tego teatru w Gdyni.
- Teraz koniec. Nie interesuje mnie to, nie oglądam nawet. To samo miałem z festiwalami piosenki w Sopocie, 25 ich zrobiłem i dosyć, koniec.
To się pan napracował i za kamerą, i przed nią.
- Ale to mnie jakoś ratuje. Zdolność przeskakiwania, zamykania. Miałem klub Scena osiem lat. Umiejętność wyskakiwania w pewnym momencie z tej sinusoidy, z tej kariery czy powodzenia…
Bez strachu?
- Jak już jest opad, to jest tragedia. Jeszcze coś łapiesz, wydaje ci się, że coś z tego będzie. A jeśli to jest dobrze trafi one w tej sinusoidzie pnącej się do góry i gdzieś tam przecięte, to jest fantastycznie.
Pamiętam wyreżyserowane przez pana spektakle Teatru Telewizji: „Romea i Julię” Szekspira, „Mieszczanina szlachcicem” Moliera i „Rewizora” Gogola z Tadeuszem Łomnickim. Jak się robi rzeczy na takim poziomie, to chyba niełatwo jest sobie powiedzieć: „OK, już potrafię, w związku z tym chcę robić coś zupełnie innego”?
- Coś takiego jest. Przede wszystkim widzę kolegów, którzy się zamykają tylko w jednym medium i robią to samo.
Nie potrafią nic innego?
- Może nie chce im się albo nie mają okazji, albo się boją. Ja bym zwariował, gdybym ciągle musiał robić to samo. Reżyser teatralny na przykład chodzi od teatru do teatru, jeździ po tych teatrach. Dla mnie robienie telewizji to było okno na świat. Poznawałem ludzi z różnego szczebla. Robiłem „Wszyscy jesteśmy sędziami” i stąd znam środowisko mecenasów itd.
„Małżeństwo doskonałe”, „Poznajmy się”, „Kariera”…
- Wszystko mi się otwierało. Jak studiowaliśmy jeszcze z kolegami w szkole filmowej w Łodzi, to byliśmy zamknięci jak na jakiejś wyspie, związani tylko z kinem.
Mieliście poczucie, że jesteście wybrańcami…
- Tak, było coś takiego. Zawodowo byliśmy zamknięci w filmie, a produkowało się sześć filmów rocznie. Codziennie ci sami ludzie. Za to w telewizji byli inni ludzie, inne wrażenia, inne sprawy. Dla mnie to stanowiły wielki uniwersytet i wielką naukę. Przyznam się, że nie miałem czasu na czytanie.
Nadrobił pan braki?
- Nie. Ale dziś czytam bardzo dużo. Chociaż przeszkadza mi to w pisaniu (śmiech).
Co pan czyta – klasyków?
- Wszystko, nawet bardzo przypadkowe rzeczy. Nie mam już czasu, aby studiować coś poważnie.
No, jak pan do trzeciej w nocy po dyskotekach chodzi…
- Ależ ja już powoli zamieniam dyskoteki na czytanie (śmiech). Nawet ostatnio zamiast pójść do klubu, pochyliłem się nad Arystotelesem. Przeczytałem, tyle że on też pisał straszne głupstwa. Straciłem wiele bibliotek w swoim życiu.
Przez kobiety?
- Głównie.
Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze magazynu PANI - już w sprzedaży!
Artykuł pochodzi z kategorii: Mistrz i Małgorzata
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
do kancelarii przychodzi mnóstwo osób które zbierają... więcej













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia