Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zostanę sobą - część II

Jestem urodzoną optymistką, ale też realistką. Kiedy bywało kiepsko, powtarzałam, że jutro będzie lepiej.

- Kiedyś moja przyjaciółka z Instytutu Morskiego zapytała, czy nie pomogłabym znaleźć mieszkania w Sopocie dla sympatycznego kolegi z Warszawy, który był asystentem na wydziale prawa. Zgodziłam się, umówiła nas na spotkanie. To był styczeń 1976 roku. Pamiętam, że tego dnia było bardzo mroźno. Z Leszkiem od razu przypadliśmy sobie do gustu. Kiedyś pomogłam mu wybrać prezent dla jego mamy. Znalazłam ładny naszyjnik ze skóry. Widział, że też mi się podoba. Jakiś czas później podarował mi identyczny. Długo go nosiłam, zawieruszył się gdzieś w stanie wojennym.

Reklama

- Trudno jest opowiedzieć, jak się rodzi miłość. Leszek był ciepły, troskliwy, miałam do niego zaufanie. Wiedziałam, że jeśli coś mi obiecał, to dotrzyma słowa. Imponował mi wiedzą, doskonale znał historię, tę prawdziwą wersję. Zdawałam sobie sprawę, że prawda jest inna niż to, czego uczono mnie w szkołach. Przecież jeden z moich stryjów został zamordowany w Katyniu, drugiego - był w partyzantce wileńskiej AK - zabiło NKWD, trzeci walczył pod Monte Cassino. Mój ojciec także był w AK. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Nowej Brdzie, w domu była rewizja, tatę aresztowano. Ale na co dzień rodzice nie roztrząsali przeszłości. Uważali, że ich świata już nie ma, że zniknął bezpowrotnie. Trzeba żyć.

- Szybko zorientowałam się, że Leszek ma kontakty z opozycją. Umawia się na spotkania, przewozi jakieś papiery. Był już wtedy w Biurze Interwencyjnym KOR. Zdarzyło się, że zatrzymano nas po wyjściu z pociągu, przesłuchiwano. Najbardziej bałam się, że milicja przyjdzie do domu, w którym mieszkaliśmy. Wynajmowaliśmy dwa pokoje w willi u miłych starszych ludzi. Nie chciałam, żeby mieli przez nas kłopoty. Bałam się o Leszka: że straci pracę na uczelni, że go aresztują. Byliśmy już małżeństwem, ślub wzięliśmy w 1978 roku. W czerwcu 1980 roku urodziłam Martę, a dwa miesiące później wybuchł strajk i mąż poszedł do Stoczni. Jeździłam z malutkim dzieckiem w wózku do miasta, żeby dowiedzieć się od dziennikarzy, co się dzieje. Był to czas bardzo trudny nie tylko dla mnie, ale także dla milionów Polaków.

- Pieluchy do prania zanosiłam do przyjaciółki, która miała pralkę automatyczną. W wynajmowanym mieszkaniu nie mieliśmy nawet kuchni, tylko prodiż i maszynkę elektryczną. Pierwsze odżywki dla Marty dostałam z darów w stanie wojennym. Ludzie byli wtedy wobec siebie życzliwi i serdeczni. Pomagali sobie, odwiedzali się. Nie trzeba było umawiać się jak teraz. Po urodzeniu Marty miałam roczny urlop macierzyński - takie wtedy były czasy. Później przez dwa lata byłam na wychowawczym. Wreszcie zrezygnowałam z etatu, wolałam zająć się domem. Mąż pracował na uczelni i działał w podziemiu, więc nie zawsze mogłam liczyć na jego obecność. Dorabiałam tłumaczeniami, najbardziej dumna jestem z przekładu na język polski francuskiego kodeksu morskiego prawa pracy. Nie mam poczucia, że coś mi umknęło zawodowo, ale uważam, że należy wspierać kobiety, które łączą wychowanie dzieci i pracę. Jestem dumna ze swojej córki. Marta jest mamą dwóch dziewczynek i jednocześnie robi aplikację adwokacką.

- Nigdy nie zapomnę nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. Leszek wrócił późno z zajęć ze studentami. Półtoraroczna Marta marudziła, nie chciała spać. Kilka minut po północy pukanie do drzwi. Otworzyłam. Zapytali: "Czy tu mieszka Kaczyński? Proszę iść z nami". Mąż powiedział: "Zawiadom, kogo trzeba". Patrzyłam z okien, jak na dole zakuwają go w kajdanki. Rzuciłam się do telefonu. Nie działał. Chodziłam z kąta w kąt. Musiałam wyjść, porozmawiać z kimś. Mieliśmy malucha, ale nie mogłam go uruchomić. Były mrozy, więc dzień wcześniej wymontowaliśmy akumulator i zabraliśmy na górę do domu. Zawinęłam Martę w śpiwór i poszłam pieszo do przyjaciół, państwa Padlewskich. "Leszka zabrali", wyżaliłam się na progu. Zostałam u nich rok, do powrotu Leszka. Męża zobaczyłam po raz pierwszy w przeddzień Wigilii. Dowiedziałam się, że jest w Strzebielinku. Pojechałam tam z Marysią Marusczyk (córką mecenasa Siły-Nowickiego), której mąż też był internowany. Droga do ośrodka dla internowanych prowadziła przez las. Spotkałam się z mężem w obecności klawisza, przez okno było widać zaśnieżony spacerniak. Poczułam się wtedy jak w "Archipelagu Gułag". Ale gdzieś w głębi duszy wierzyłam, że wszystko się ułoży. Czekałam. Dopiero w listopadzie następnego roku mąż został zwolniony.

- Jestem urodzoną optymistką, ale też realistką. Kiedy bywało kiepsko, powtarzałam, że jutro będzie lepiej. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że Polska tak się zmieni i że mój mąż obejmie najważniejszy urząd w państwie. Do Pałacu zabrałam osobiste drobiazgi, ulubione lampy i obrazy. Obiecałam sobie, że zostanę sobą. Wiedziałam, że czeka mnie sporo pracy. Mam zaplanowane najbliższe dni, tygodnie, miesiące. Nie tracę wrażliwości na ludzkie sprawy, ale nie wszędzie mogę dotrzeć i nie wszystkim pomóc. Chciałabym, żeby w Polsce zniknęły domy dziecka. Żeby Polki dbały o swoje zdrowie. Dlatego aktywnie włączam się w kampanie walki z rakiem. Jako żona głowy państwa z radością wypełniam obowiązki wynikające z protokołu. Gościom z zagranicy staram się przybliżyć naszą historię i kulturę. Dzień rozpoczynam od przygotowania śniadania dla siebie i męża. Zawsze pijemy kawę z mlekiem. Często kładę się spać późno w nocy. Brakuje mi czasu dla siebie. Ale za to poznaję ludzi i miejsca, których w innych okolicznościach nie miałabym okazji zobaczyć.

- Pałac nie odgrodził mnie od zwykłego życia. Bywam w kinie (ostatnio na filmach "Slumdog. Milioner z ulicy", reż. Danny Boyle, i "Vicky Cristina Barcelona", reż. Woody Allen), teatrze, operze. Chodzę do ulubionych sklepów, spaceruję. Przyzwyczaiłam się już, że towarzyszy mi oficer BOR-u, choć marzy mi się spacer bez asysty. Lubię spotykać ludzi na ulicy, cieszy mnie, gdy okazują mi sympatię. Czy jestem szczęśliwa? W pewnym stopniu tak. Mam oddanego męża, córkę, wnuczki. Kochamy się i to jest najważniejsze. A życie mam na pewno niezwykle ciekawe. Co się zdarzy za pięć, dziesięć, piętnaście lat? Nie zastanawiam się nad tym, nigdy nie miałam dalekosiężnych planów. Wierzę, że spotka mnie jeszcze wiele dobrego.

Iza Komendołowicz

Przeczytaj pierwszą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje