Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zostanę sobą

Przypominamy opowieść o życiu Pierwszej Damy Marii Kaczyńskiej, która ukazała się w grudniu 2009 roku w magazynie "Pani".

Rodzice mówili do niej "Myszko". Mąż i przyjaciele "Marylko". Dla Polaków od trzech i pół roku jest Pierwszą Damą. Wydawało się, że Maria Kaczyńska pozostanie w cieniu męża, ona zaś odważnie zabiera głos, nawet w tych kontrowersyjnych sprawach. Rzadko udziela wywiadów. Tym razem zrobiła wyjątek.

Terminu tego wywiadu nie było łatwo uzgodnić. - W maju Pani Prezydentowa ma mnóstwo wyjazdów zagranicznych - tłumaczy szefowa gabinetu pierwszej damy Izabela Tomaszewska. Przegląda kalendarz. Każdy dzień szczelnie wypełniony. - Konferencja w Dausze, stolicy Kataru, potem otwarcie Roku Polskiego w Londynie, za parę dni Kanada - wylicza. Wreszcie znajduje wolne popołudnie. - Spróbuję namówić Panią Prezydentową - obiecuje.

Kilka dni później telefon z kancelarii. Maria Kaczyńska zgadza się na rozmowę. Z pierwszą damą mam się spotkać w Sali Rokoko w Pałacu Prezydenckim. To tutaj przeważnie Maria Kaczyńska podejmuje żony odwiedzających nasz kraj prezydentów, premierów, dyplomatów. Rozglądam się. Na ścianie kilka portretów, z okien widok na taras i ogród. Kwitną kwiaty, wśród nich tulipany w kremowym kolorze nazwane na jej cześć "Maria Kaczyńska". Z jednej strony przejście do Kaplicy Prezydenckiej, tutaj codziennie są odprawiane nabożeństwa, z drugiej - Sala Biała, gdzie prezydent najczęściej przyjmuje gości.

W waszych dziennikach komentujecie katastrofę prezydenckiego samolotu i śmierć prezydenckiej pary wraz z polską delegacją.

Maria Kaczyńska wchodzi szybkim, pewnym krokiem. Niewysoka, drobna (nasza szefowa mody zachwyca się jej rozmiarem 34), ale robi wrażenie energicznej i zdecydowanej. Na powitanie mocno ściska moją dłoń.

Ubrana w koszulową bluzkę we wrzosowym kolorze, pastelowy, różowo-beżowy kostium. Na szyi delikatny złoty łańcuszek. - Możemy zaczynać - zachęca. Jeszcze tylko kelnerzy przyniosą espresso. Rozmawiamy w cztery oczy. Znika dystans. W pewnej chwili mam wrażenie, że znamy się od dawna. Dwie godziny mijają błyskawicznie.

- Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa wiążą się z leśniczówką w Nowej Brdzie. To niewielka osada w Borach Tucholskich. Moi rodzice, Lidia i Czesław Mackiewiczowie, byli repatriantami zza Buga. Na Wileńszczyźnie urodziłam się także ja i mój brat Konrad.

- Gdy miałam kilka lat, mamie udało się załatwić zaproszenie na wyjazd w odwiedziny do dziadków w Wilnie. To była jedyna taka wizyta w rodzinnych stronach. Bardzo ważna, przede wszystkim dla mamy. Choć urodziła się w Sankt Petersburgu, była wilnianką z krwi i kości, kochała to miasto, przechowywała różne pamiątki...

- Po wojnie rodzice szukali dla siebie miejsca w Polsce. Często się przeprowadzaliśmy. Najpierw była Bydgoszcz, potem Człuchów na Pomorzu, gdzie osiedlił się starszy brat ojca. W Nowej Brdzie tata był leśniczym. Kochał las, często zabierał mnie na spacery, po dźwiękach uczył rozpoznawać, jaki ptak śpiewa, zbieraliśmy grzyby. Mama, nauczycielka, codziennie dojeżdżała pociągiem do pracy w szkole w pobliskim Złotowie. Tam poszłam do pierwszej klasy.

- Często mówię, że zaczęłam swoje życie z opóźnieniem. Urodziłam się z wadą serca, dlatego rodzice bardzo się o mnie troszczyli. Byłam dzieckiem chowanym pod kloszem, nie mogłam bawić się na podwórku. W pewnym momencie byłam w kiepskim stanie, miewałam częste krwotoki. Zaprzyjaźniony lekarz zalecił zmianę klimatu, mama postanowiła zabrać mnie i brata na długie wakacje do Rabki. Po kilku miesiącach stwierdziła, że górskie powietrze nam służy i do Złotowa już nie wróciliśmy.

- Mama była silną kobietą, nie bała się zmian. Wynajęła pokój u górali, potem znalazła pracę wychowawczyni w sanatorium dla dzieci i tak zostaliśmy na stałe w Rabce. Mama działała społecznie, organizowała młodzieżowe zespoły taneczne, grywała w teatrze amatorskim. Po jakimś czasie dołączył do nas tata, ale często jeździł w teren, więc na co dzień naszym wychowaniem zajmowała się mama. Trzymała dyscyplinę, musieliśmy opowiadać, dokąd idziemy i kiedy wrócimy.

- Oboje z bratem mieliśmy obowiązki. Szkoła, sprzątanie, dwa razy w tygodniu lekcje pianina u pani profesor Krystyny Głuszyńskiej. Bardzo je lubiłam, na koniec każdego roku brałam udział w popisach organizowanych w miejscowym kinie. Nadzwyczajnych talentów sportowych nigdy nie miałam, ale zimą jeździłam na nartach na Turbaczu. W wieku 11 lat przeszłam w Warszawie operację serca. Operował mnie profesor Manteuffel w szpitalu przy Płockiej. Teraz, gdy odwiedziłam tam chorą mamę (Jadwigę Kaczyńską), przypomniał mi się czas, gdy ja tam leżałam i gdzie zwrócono mi zdrowie.

- Marzyłam o medycynie. Jednak wybito mi to z głowy, tłumacząc, że mam zbyt słabe zdrowie, by zostać lekarzem. Myślałam też o romanistyce, w liceum w Rabce uczyła mnie francuskiego wspaniała nauczycielka, profesor Madlerowa, ale wszyscy pytali: "Co ty będziesz po tym robiła?". Szkolnym katechetą był słynny ksiądz Mieczysław Maliński, którego uwielbiała nie tylko młodzież. Na jego kazaniach bywały tłumy. Mówił zwięźle, inteligentnie. Bardzo nowoczesny, jeździł na skuterze, wszystkim imponował.

- Do dziś pamiętam profesora Tomaszewskiego, który uczył łaciny, historii i logiki, profesora Madlera - postrach z matematyki, profesor Felicję Fulińską od chemii. Świetna kadra jeszcze ze Lwowa. Rok przed maturą spędzałam wakacje w Sopocie. Pogoda była nie najlepsza, ale i tak bardzo mi się tam podobało. W informatorze odkryłam, że jest tam Wyższa Szkoła Ekonomiczna. Wybrałam kierunek transport morski. Podjęłam decyzję. Nigdy nie miałam z tym większych problemów. Od dziecka potrafiłam postawić na swoim. Wtedy chciałam uczyć się języków obcych i podróżować. W tamtych czasach było to dość trudne.

- Studia okazały się ciekawe. Poza tym poznałam język angielski, hiszpański, kontynuowałam naukę francuskiego i rosyjskiego. Jednak po studiach przyszło rozczarowanie. Dzisiaj powiedziałabym, że dotknęła mnie dyskryminacja płci. Koledzy dostawali świetne posady w centralach handlu zagranicznego, a ja i niektóre moje koleżanki o takich stanowiskach mogłyśmy tylko marzyć.

- W rezultacie znalazłam etat w Instytucie Morskim - jednostce resortowej Ministerstwa Gospodarki Morskiej. Zajmowałam się tam badaniem perspektyw rozwoju rynków frachtowych na Dalekim Wschodzie. To była praca naukowa, namawiano mnie nawet na doktorat, ale ja uważałam, że nie mam osobowości naukowca. Pokochałam Sopot. Co prawda nie miałam tutaj rodziny, za to znalazłam wielu przyjaciół. Na studiach mieszkałam w akademiku - najpierw w pokoju pięcioosobowym, potem dostałam dwójkę. Żyłam skromnie, ale nie miałam kompleksów. Wszyscy przecież mieli niewiele.

- Życie towarzyskie kwitło. Chodziłam na kawę do Złotego Ula przy Monte Cassino. Spacerowaliśmy po plaży, w maju, gdy robiło się ciepło, szliśmy opalać się nad morze. Wieczorami bawiliśmy się w klubach studenckich: w Łajbie, Medyku czy Wysepce na Politechnice. Kilka lat temu, gdy moja córka zaczęła naukę w liceum, dowiedziałam się ze zdziwieniem, że teraz w tych miejscach bywają licealiści. Dziś z jednej strony młodzież szybko chce być dorosła, z drugiej - na uczelniach pojawiają się rodzice, dopytują o zaliczenia dzieci, umawiają się z wykładowcami. Kiedy przyjechałam do Sopotu, wzięłam odpowiedzialność za swoje sprawy. Byłam rzucona na głęboką wodę, nikt za mnie niczego nie załatwiał. Mama miała do mnie zaufanie, w przeciwnym razie nie mogłabym wyjechać tak daleko od domu. Nie było wtedy komórek, a rozmowę telefoniczną zamawiało się na poczcie i niekiedy czekało parę godzin na połączenie.

Iza Komendołowicz

Pani 12/2009

Przeczytaj drugą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Wasze komentarze (499)

Dodaj komentarz Sortuj

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje