Przejdź na stronę główną Interia.pl

Żołnierka bez karabinu

Dla jednych jest niemal świętą, inni traktują ją jak sól w oku. Bo uzmysławia im, jacy powinni być, a nie są. Jedno jest pewne – kto raz spotka siostrę Małgorzatę Chmielewską, nigdy jej nie zapomni.

Żyję razem z moimi siostrami i braćmi, którym po ludzku się nie powiodło. Ale przede wszystkim staram się żyć z Chrystusem. Co z tego wynika? Zapraszam, zobacz… – tak pisze na swoim blogu przełożona katolickiej Wspólnoty Chleb Życia siostra Małgorzata Chmielewska, choć właściwie przedstawiać jej nie trzeba. W Polsce to najbardziej znana zakonnica.

Reklama

Za zasługi nagradzana wieloma medalami i wyróżnieniami. Niepokorna, zbuntowana, wojująca. Charyzmatyczna osobowość. Ma tyle samo przyjaciół, ile wrogów. W internetowych wpisach potrafi upomnieć Kościół, że zapomina o ludziach słabych i biednych. Inaczej też postrzega rolę kobiet: „Ksiądz potrzebuje zakonnicy, która będzie dla niego partnerem w sprawach duchowych, a nie służącej. Jeśli siostry będą księżom usługiwać, to niech potem nie płaczą”. Urzędnikom ministerialnym i gminnym zarzuca bezduszność i cynizm w sprawach polityki społecznej.

– Zawsze mówi to, co myśli, nie bawi się w konwenanse – opowiada jej wieloletnia współpracownica i przyjaciółka Tamara Smajkiewicz (prowadzi dom w Jankowicach dla osób chorych i niepełnosprawnych, jeden z siedmiu należących do Wspólnoty). – Nie jest typową „siostrzyczką”, jej język bywa cięty i dosadny. Gdy trzeba, potrafi zakląć. Zaczynałyśmy działać 25 lat temu, bez pieniędzy, bez znajomości, za to z olbrzymią wiarą, że musi się udać.

Gosia była piękną kobietą, robiła wrażenie na mężczyznach. Pamiętam, jak kiedyś pojawił się bogaty sponsor. Chciał pomagać biednym, a potem przeniósł te uczucia na nią. Pewnego dnia zajechał przed dom mercedesem pełnym róż. Stanął przed nią wyraźnie poruszony, mówiąc: „Siostro, ja siostrę kocham”. Poprawiła pasek w habicie, a potem okulary, zwykle tak robi, gdy sytuacja jest nerwowa, spojrzała na niego i powiedziała: „Spieprzaj pan”. „Czy to nie za ostro?”, spytałam, gdy już zniknął za drzwiami. „Są chwile, kiedy trzeba mówić krótko i wprost”, odparła. Ona już taka jest, każdego ceni, ale potrafi wylać kubeł zimnej wody.

Niech zakwitną jabłonie...

Blog s. Chmielewskiej odwiedziło blisko 40 tys. internautów, głównie młodych ludzi. Siostra dopiero w nocy siada do komputera. Odpisuje na listy, dzieli się swoimi przemyśleniami albo opisuje codzienne sprawy mieszkańców domu dla bezdomnych w Zochcinie k. Ostrowca Świętokrzyskiego. Właśnie tutaj teraz mieszka. Przed laty jedna z jej współpracownic ze Wspólnoty odziedziczyła mały spadek. Starczył na kawałek ziemi z rozpadającą się drewnianą chałupką. Nie było wody, nie było nic. Teraz jest kilka ciasno postawionych domków, z drewnianą kapliczką, do której w niedzielę przychodzą na mszę wierni ze wsi.

– Siostra rozmawia przez telefon – informuje pan Adam, mieszkaniec domu. Piękna pogoda, czekam na podwórzu. Z kuchni dochodzą nawoływania na obiad, dziś są kapuśniak i placki z jabłkami. W wiosennym słońcu suczka rasy malamute baraszkuje z gromadą rozbrykanych szczeniąt. Ktoś grabi łąkę, inny sadzi ulubione iglaki siostry (lubi, jak wokół jest ładnie, chciałaby cały ten świat widzieć lepszy i piękniejszy). Za płotem stare drzewa, rzadkie odmiany jabłoni. To z ich owoców w pobliskiej przetwórni kobiety robią przetwory według dług XVIII-wiecznych receptur.

Siostra wymyśliła to przedsięwzięcie, by mogły mieć pracę i trochę zarobić. Pierwsze słoiki sama woziła i sprzedawała na konferencjach. Dziś pyszne dżemy i marmolady, wyroby płócienne, haftowane koszule nocne i obrusy, które powstają w szwalni w Ożarowie, sprzedawane są w specjalnym sklepie w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej 8. – Właśnie dzwoniła pani z ministerstwa. Chcą nasz ser jabłeczny wpisać na listę produktów tradycyjnych Unii Europejskiej – cieszy się siostra Małgorzata.

Pojawia się w swoim codziennym stroju – białej chustce na głowie i ciemnoczerwonym habicie. Wysoka, energiczna, zamaszystym ruchem zaprasza do środka. Jej wyrzeźbiona życiem twarz wygląda szlachetnie. Sprawia jednak wrażenie zmęczonej. Na pytanie, czy znajduje czas dla siebie, siostra chwilę milczy. – Ale co to znaczy? – zastanawia się. – Największą radość sprawia mi pomaganie innym, więc robię to też poniekąd dla siebie. Sięga po papierosa, potem po następnego. Dużo pali. Przychodzi mi na myśl, że może to jedyna przyjemność, której oddaje się zupełnie prywatnie.

Kto szuka, ten znajdzie

– Jest odporna psychicznie i odważna, potrafi stawić czoła najtrudniejszym sytuacjom – opowiada Tamara Smajkiewicz. – Śmiejemy się, że to dlatego, że urodziła się w wojsku. Jej ojciec był lekarzem wojskowym, mama pracowała w kasynie. Ma w swoim rodowodzie także domieszkę kozackiej krwi. Na swoim blogu siostra Małgorzata napisała: „Chciałabym, żeby najważniejsza była miłość”. I jeszcze: „Miłości nie można nauczyć się z podręczników”. Ona sama najpierw uczyła się jej w rodzinnym domu.

– To były trudne czasy – wyznaje. – Ojciec, wbrew swojej woli wcielony do stalinowskiego wojska, nie był w partii, nie awansował. Zmarł w momencie obalenia komuny. Na jego pogrzeb przyszły tłumy. Zawsze chętnie pomagał ludziom, zwłaszcza starym i niedołężnym. Mama też była dobrym człowiekiem, niebywale skromnym. Uczyła mnie i braci wrażliwości, dzielenia się z innymi. Pamiętam z dzieciństwa, jak późną wiosną kupiła pierwsze truskawki. Drogie, więc tylko parę dekagramów. Ustawiła miseczki i każdemu włożyła po jednej, żeby było sprawiedliwie. To był dla nas przykład.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje