Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zgadnij, kim naprawdę jestem

Dziennikarka, 34 lata. Razem z Jarkiem Kuźniarem prowadzi poranki w TVN24. "Każda z nas ma w sobie kilka różnych kobiet. Moje, jak widzisz, nawet ubierają się inaczej" - żartuje Katarzyna Werner.

Reklama

Właśnie skończyła swój dyżur w telewizji. Do pobliskiej galerii handlowej wpadła na szybkie zakupy. Duża czarna torba, różowa koszulka, na nią nonszalancko zarzucona krótka kurteczka. Wygląda niemal jak nastolatka, zupełnie inaczej niż na wizji.

Kaśka w pracy

Budzik dzwoni punktualnie o czwartej. Czasem Katarzyna Werner jeszcze w półśnie przeprowadza negocjacje sama ze sobą. "Jeszcze chwilę poleżę. Ubranie naszykowane. Zamiast kawy woda, śniadanie kupię w pracy". Do studia nie spóźnia się nigdy. Najpierw pojawia się w garderobie, szybki rekonesans z pomocą dwóch telewizyjnych stylistek. Zestaw na dziś: szara sukienka, pod nią fioletowa bluzka, do tego szare rajstopy, czarne czółenka. Później make-up. W studiu nikt nie narzeka, że musiał wcześnie wstać. Panuje niepisana zasada: "Nie marudzimy, tylko podnosimy się na duchu".

Zresztą taki sam jest cel porannego programu, który Katarzyna Werner prowadzi wspólnie z Jarkiem Kuźniarem: rozbawić, rozbudzić widzów. A dziś nie jest za wesoło. Wróciły mrozy, w nocy temperatura spadła do minus 15 stopni, do tego mało optymistyczne wieści ze świata. Redaktorzy szukają tzw. michałków, czyli zabawnych przerywników.

- Mamy wariata, który tak zaimprezował, że obudził się na stromym klifie - rzuca ktoś. Do tego słynne "głosy z ucha", czyli reżyserka, która podrzuca pomysły Przed Werner i Jarkiem Kuźniarem kilka godzin ciężkiej pracy. "Poranek w TVN24 trwa do 11, to najdłuższy w Polsce program prowadzony na żywo. - To naprawdę orka - uśmiecha się. - Nie ma czasu wyjść do toalety, napić się herbaty czy kawy.

Ale przyzwyczaiła się do intensywnego stylu życia, śpi po kilka godzin, dziś już nawet nie potrafiłaby inaczej. Zresztą warto, potem ludzie piszą w mailach: "Dobrze się z wami obudzić", "Dzięki wam mam lepszy dzień". Werner w TVN24 pracuje pięć lat. Z wykształcenia jest politologiem. Na trzecim roku studiów wzięła udział w castingu do poznańskiego "Teleskopu", informacyjnego programu lokalnego. Wygrała. Została reporterem, zrobiła kilka dłuższych reportaży, miała wejścia na żywo. Później dostała propozycję z telewizyjnych "Wiadomości". W pracy jest bezkompromisowa, poukładana. Sobie i innym stawia wysoko poprzeczkę. Nawet w takiej kwestii jak parytet mówi: - Wolę mniej kobiet, ale wybitnych, niż dużo średnich bądź, co gorsza, byle jakich. A te wybitne i tak się przebiją przez facetów, jeśli będą tylko chciały.

Kaśka poznaje świat

"Ja, ja, ja" - krzyczy Kaśka kilka lat temu nad jeziorem Malta, gdzie organizowane są skoki na bungee. Na imprezę wpada ze znajomymi. W końcu Werner nie wytrzymuje: "Przestańcie, taka okazja, chodźcie, spróbujemy". Niespełna 20 minut później specjalny dźwig podnosi ją na odpowiednią wysokość. Kaśka patrzy w dół i robi się jej słabo, gula w gardle rośnie. "Raz, dwa, trzy, bungee i skaczesz", mówi instruktor. Ale ona nic. Komenda pada jeszcze raz, Kaśka stoi bez ruchu. W końcu przewodnik odpuszcza: "Dobra, boisz się, to zjeżdżamy". Wtedy Werner odrywa nogi od podłogi dźwigu i leci. Niesamowite uczucie, jednocześnie wspaniałe i niepokojące. "Czułam się jak samobójca. Nigdy więcej!", relacjonuje przyjaciołom już na dole.

Ale jakiś czas później znów ma ochotę powtórzyć skok. Znajomi mówią: "Wariatka". Ma sto pomysłów na minutę. Skok ze spadochronem? Proszę bardzo. Dwa lata temu relacjonowała bicie rekordu Polski w tworzeniu konstrukcji w powietrzu. Kilkanaście skoczków w tym samym momencie wyskakuje z samolotu, łapie się za ręce i tworzy w powietrzu różne figury, znaki. Patrzyła na to z zachwytem. "Chcesz spróbować?", spytał jeden z organizatorów imprezy. Z entuzjazmem przytaknęła. Godzinę później leciała już samolotem przygotowana do pierwszego w życiu skoku. Tak jej się spodobało, że teraz planuje iść na specjalistyczny kurs. Latała balonem, jeździła quadem po pustyni. W tym roku myśli o podróży katamaranem po Karaibach. Czasem powtarza: "Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono". Więc ona chce się sprawdzać ciągle.

Kaśka sprząta

Biała kapusta, chude wołowe mięso, ryż, cebula, jajka. Kasia układa zrobione wcześniej na stole zakupy, wiąże fartuch i zabiera się do przygotowania swojego kulinarnego popisu: gołąbków. Najpierw rozgrzewa na patelni tłuszcz. Z szafki wyciąga sól, pieprz, oregano, paprykę w proszku i niemal garść kminku. Najgorsze jest ściąganie liści, ale dzięki sprawdzonym radom mamy to też idzie jej raz-dwa. Dziś na deser jej życiowy partner i jego 10-letni syn zażyczyli sobie ciasto marmurkowe.

Kasia zamiłowanie do gotowania ma po mamie. Stawia na polską kuchnię: zrazy, schabowe, barszcz czerwony. Gotowanie ma sens, gdy robi to dla najbliższych. Koleżanki dziennikarki śmieją się z tego, że jest taka niedzisiejsza. "Musisz wszystko sama, nie możecie zjeść na mieście?". Podobnie nie pojmują jej zamiłowania do sprzątania. Mieszkanie na warszawskim Wilanowie lśni. To zasługa Kasi. - Dom to strefa życia wybitnie kobieca - powtarza niefeministycznie. Raz na dwa tygodnie jeździ do rodzinnego Poznania. Czasem tylko po to, żeby posprzątać w swoim domu, który od czasu, gdy Katarzyna mieszka w stolicy, stoi pusty. "Zwariowałaś, wynajmij jakąś panią", sugerują znajomi. Dla niej to nie do pomyślenia: "Ktoś obcy miałby układać jej rzeczy?".

Poznań to też spotkania z rodzicami, starszym bratem, bratową i ich córeczką. Uwielbia długie rodzinne obiady, rozmowy, spacery. To czas, gdy życie toczy się wolno, leniwie, chwile, gdy interesuje ją tylko, jak się czuje tata, co mama zrobi na kolację i czego nowego nauczyła się najmłodsza w rodzinie bratanica Sara.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje