zostało "wcielone" siłą do tego procederu.
Reszta, to poszukiwaczki przygód i dużych pieniędzy.
Dopiero, kiedy nie układa się im po łatwiźnie,
zaczynają się problemy i wołanie o pomoc La stradę
Trudno w to uwierzyć. Tragiczne historie, dramaty kobiet...
Stana Buchowska: Oddzielam życie prywatne od pracy. Nawet mieszkania mam różne na czas pracy i weekend. Warszawska kawalerka przypomina pokój w akademiku: łóżko, stół, komoda, szafa. Tu spędzam tydzień. Mieszkanie w Poznaniu – to mój prywatny azyl. Spędzam w nim wolne dni. Co piątek wsiadam do InterCity i z każdym kilometrem staram się zapomnieć o La Stradzie.
Udaje się?
Stana Buchowska: Nie zawsze. Kiedyś ktoś poprosił, żebym w Poznaniu zaniosła dokumenty kobiecie, ofierze przemocy. Sprawdziłam adres. Blok widać było z moich okien. "Tyle tego wokół", pomyślałam. Czasem, nawet gdy leżę na sofie i popijam kawę, trafiam na wiadomość: "Sutenerzy oblali kwasem byłą prostytutkę, która szła z mężem na spacer". I od razu myślę, jak mogłybyśmy jej pomóc. A kiedy trafiam na ogłoszenie: "Praca na plantacji tulipanów w Holandii – znajomość języka niewymagana", od razu sprawdzam, czy plantacja nie jest burdelem.
Co Pani robi, gdy stres Panią przerasta?
Stana Buchowska: Idę na basen. Bywam tam średnio trzy razy w tygodniu. Pierwsze trzy długości – gonitwa myśli, przed oczami przewijają mi się trudne sprawy, nieprzyjemne rozmowy. Po 45 minutach rozdrażnienie odpływa. Idę do jacuzzi i czuję, że mogę do tego wrócić. Na ostatnim urlopie zaszyłam się u przyjaciół nad jeziorem. Mieszkałam w osobnym, małym domku w ogrodzie. Rano samotnie pływałam, chodziłam po lesie, zbierałam jagody. Lubię też spacery.
“Nawet szukałam już innej pracy. Zaintrygowała mnie tylko jedna propozycja – czeski odpowiednik La Strady.”
Żadnych kryzysów?
Stana Buchowska: Były. Niejeden. Pierwszy przed laty, gdy spędzałam całe dnie, często śpiąc pod biurkiem na karimacie. Drugi, gdy czułam, że nie mam już sił przekonywać urzędników: "handel kobietami to nie jest wydumany problem". A trzeci, kiedy okazało się, że La Strada nie dostanie dotacji rządowej, bo otrzyma ją... Stowarzyszenie Kelnerów Klasycznych, cokolwiek znaczy ta nazwa.
Był moment, że chciała Pani to wszystko rzucić?
Stana Buchowska: Tak, nawet szukałam już innej pracy. Zaintrygowała mnie tylko jedna propozycja – czeski odpowiednik La Strady. Ale pomyślałam: skoro miałabym robić to samo, zostanę w Warszawie. Choć groził nam wtedy brak funduszy. I nadal nie jest z tym łatwo.
W trudnych sytuacjach łatwo o konflikty...
Stana Buchowska: Zdarzają się. Reaguję spontanicznie. Raz pokłóciłam się o coś z koleżanką, z którą prowadziłam szkolenie. Gdy ludzie wyszli z sali, zaczęłam na nią wrzeszczeć i przez godzinę wylewałam żale. Potem poszłam do sekretariatu po płaszcz. Grzecznie się pożegnałam, tylko sekretarki dziwnie mi się przyglądały. Później ktoś mi wyjaśnił, że ściany są tam cienkie i słyszały całą awanturę.
Znajomi twierdzą, że lepiej z Panią nie zadzierać, bo "ostry z Pani przeciwnik". Podobno jednak nie zawsze dąży Pani do konfrontacji, tylko sięga po "tajną broń", czyli strój i makijaż.
Stana Buchowska: (śmiech) Zgadza się. Dla mnie to oczywiste, że jeśli chcę coś załatwić, nie mogę wyglądać jak ktoś, kogo łatwo zlekceważyć. Urzędnicy myślą, że jak "pani z La Strady" ma ich odwiedzić, to na pewno przyjdzie jakaś zaniedbana biedulka. A ja wchodzę w stalowo-granatowej garsonce i udaję "panią z City Banku". U służb mundurowych zjawiam się z kolei zawsze w idealnie wypastowanych butach. To ich obsesja. Choć nienawidzę pastowania.
Z czego jest Pani najbardziej dumna?
Stana Buchowska: Z dzieci.
Jak je Pani wychowuje?
Stana Buchowska: Rzucam na głęboką wodę – po krótkim kursie "pływania". Dziś są już dorosłe – córka ma 24, syn 26 lat. Rozwiodłam się 11 lat temu, gdy były nastolatkami. Strasznie długo zwlekałam, bo w mojej rodzinie nie było rozwodów. Myślałam: "to dla dobra dzieci", "nie mogę im tego zrobić". Ale mam w głowie czujnik, który nie pozwala mi zbyt długo żyć wbrew sobie. Na szczęście dzieci do dziś mają ze swoim ojcem świetny kontakt. Po rozwodzie zaczęłam je zostawiać same z kuzynką w domu na dzień, dwa. Miały wtedy po 12, 14 lat. Gdy chodziły już do szkoły średniej, na miesiąc poleciałam do Stanów. Przed wylotem rozkleiłam żółte karteczki: "Pamiętajcie o jedzeniu dla psa", "Pierogi są w dolnej półce zamrażarki". Po miesiącu wracam do domu, a na klatce schodowej stoją jakieś sylwetki w kłębach dymu. Wśród nich mój syn! "Proszę pani, my palimy, ale Michał nie" – dobiegły mnie głosy kolegów. Niestety palił, ale go chronili.
Jest Pani tolerancyjną matką?
Stana Buchowska: Staram się. Szanuję decyzje dzieci. Kiedy syn założył firmę, bardzo się bałam, bo wziął wielki kredyt. Po co? – zapytałam. A on na to: "Mamo, nie chcę zarabiać 2400 do końca życia". Pomyślałam wtedy: "Jak to? Na początek to przecież całkiem niezła pensja?!", ale na szczęście ugryzłam się w język. Za to moja mama od razu mu przyklasnęła: "No, wreszcie ktoś z naszej rodziny zarobi porządne pieniądze!".
A wobec córki?
Stana Buchowska: Nie komentowałam, gdy wynajęła mieszkanie z chłopakiem. W wakacje wybraliśmy się we trójkę do dziadków na Słowację. Ja z córką jechałam w samochodzie, jej narzeczony za nami na motorze – tak zdecydował. Zmilczałam. Po drodze uprzedziłam córkę: "Nie miej za złe dziadkom, że położą was spać osobno". A oni pościelili im łóżka w jednym pokoju! Śmiałam się, że to ja okazałam się największą konserwą.
A kiedy Pani odpuszcza?
Stana Buchowska: Gdy tańczę. Ostatnio na sylwestra w leśniczówce u przyjaciół zrzuciłam szpilki i tańczyłam tak, że rajstopy mi się podarły i sięgały aż do kostek.
Myśli Pani czasem, żeby jeszcze wyjść za mąż?
Stana Buchowska: Ślub? Na pewno nie potrzebuję już ceremonii. Ale to nie znaczy, że nie chcę związku. Jak nazwać mężczyznę swego życia? Partner? Nie, "partner" brzmi biznesowo. Może konkubent? Jeszcze gorzej, jak z zapisków sądowych. Chłopak? Zbyt młodzieżowo. Facet? Obcesowo. O! Może boyfriend? Brzmi nieźle! Boyfriend może być.
Agnieszka Sztyler
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Kibickami zostały dzięki braciom, ojcom albo mężom. więcej
Mieliśmy - mamy w sumie - bilety na koncert Top Trendy... więcej
Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
RealCare Baby - co to takiego?
Piękna i bestia