Przejdź na stronę główną Interia.pl

Trzecia połówka jabłka

Kochasz dzieci z jego pierwszego małżeństwa, akceptujesz nudnawych znajomych, nawet irytujące nawyki. To łatwe. Sztuką jest zawrzeć pakt o nieagresji z byłą żoną. Czy da sie ułożyć z nią relacje? Nie być zazdrosną? Nie porównywać się? A co, jeśli po drodze było burzliwe rozstanie, rozpacz i łzy tamtej kobiety, a nawet próba zemsty? Opowiadają Lena, Kaśka i Agnieszka - partnerki numer dwa.

Daj nam spokój!

Występują: Lena, druga żona Marka. Julita, jego pierwsza żona. Dzieci Julity i Marka - Olaf i Daria. Marek - mąż. Oraz: policjant, znajomi, sąsiedzi i ksiądz.

Reklama

Lena to coach i trener rozwoju osobistego, absolwentka UW i UJ. Do niedawna, żeby dostać się do jej gabinetu, trzeba było czekać miesiąc. Tylu miała pacjentów. Dziś to się zmieniło. Lena na spotkanie przychodzi przed czasem, szatynka, ładna, lekki makijaż nie ukrył podkrążonych oczu. - Straciłam wpływ na swoje życie - mówi. - Wszystkiemu winna jest miłość. Prawdziwa i wielka. To od niej zaczął się ten koszmar. List do pierwszej żony męża zaczęłaby od słów: Pamiętam słowa pacjentki, która przyszła na terapię. "Okropne rzeczy wypisują na panią w internecie. Niech pani wejdzie na fora, gdzie ludzie polecają coachów i przeczyta". Włączyłam komputer. W wyszukiwarce wpisałam swoje imię i nazwisko. Zobaczyłam kilkadziesiąt wpisów. Niektóre z nich: "Lena Piekarska to oszustka z lewymi dyplomami", "Chora baba. Próbowała zaciągnąć do łóżka mojego męża". Myślałam, że śnię.

Zaczęłam się zastanawiać, czy mam wrogów, niezadowolonych pacjentów, ale nikt nie przychodził mi do głowy. Musiałam ochłonąć, zadzwoniłam do przyjaciółki: "Jak to, nie wiesz, kto to?!", krzyknęła. I przypomniała mi SMS sprzed roku od ciebie. Napisałaś: "Słyszałaś o kole karmy? Nie da się budować szczęścia na czyimś bólu. Niszczysz - ktoś za chwilę zniszczy ciebie". Naiwnie nie chciałam wierzyć, że to ty. Przecież zawarłyśmy rozejm dla dobra waszych dzieci. Byłam tą trzecią. Ale nigdy nie miałam poczucia, że rozwalam miłość. Bo czy dwoje kochających się ludzi da się rozdzielić? Marka znałam ze szkoły, podkochiwałam się w nim platonicznie, po maturze straciliśmy kontakt. Piętnaście lat później wpadliśmy na siebie w centrum handlowym.

Była kawa, rozmowy o życiu, od pierwszej chwili czułam, że jest mój. Ale miał obrączkę, myślałam: "Pogadamy, rozstaniemy się, a potem będę narzekać, że 35-letnia rozwódka nie ma szans na spotkanie wolnego, atrakcyjnego faceta". Ale po tygodniu zadzwonił, chciał się spotkać, pogadać. Gdybyście się kochali, nie miałabym szans. Ale dla ciebie małżeństwo to obowiązki, narzekania, kupowanie, odkładanie, święty spokój. Dla mnie planowanie, śmiech, gapienie w gwiazdy, rozmowy do rana. Wiesz, co mi kiedyś powiedział? "Przez pierwsze lata czułem się jak reproduktor, bo Julita wciąż chciała mieć dzieci. Przez kolejne jak bank - potrzebowała większego mieszkania, włoskich mebli kuchennych i działki za miastem".

Nie osądzam cię, ja też byłam kiedyś pierwszą żoną. I po tym małżeństwie wyciągnęłam wnioski. Nie było tak, jak opowiadałaś później waszym znajomym: "Suka go zmanipulowała, poleciał na jej chude nogi". Po miesiącu romansu mieliśmy zaplanowane życie: ślub na Helu, odkładanie pieniędzy na podróż do Chin, wspólne dziecko. Gdy wyjeżdżaliśmy razem na weekend, a on mówił, że jedzie w delegację, nie dzwoniłaś. Miałaś swoje życie. Osobne. Po trzech miesiącach umówił się z tobą w domu na rozmowę. Pamiętam, że pojechałam za nim i gapiłam się w wasze okna. Niczego nie widziałam, po godzinie usłyszałam krzyk. Marek odjeżdżał, ty rzuciłaś się na maskę samochodu, całowałaś szybę. Wiedziałam, że grasz. Współczułam ci, tak jak ja po rozwodzie bałaś się odium kobiety porzuconej i że już nigdy żaden mężczyzna nie przyniesie ci kwiatów, więc modliłam się, żebyś sobie kogoś znalazła i dała nam spokój.

Jak każda kobieta wiem, że to my wybieramy mężczyzn. I że rozgrywka o związek toczy się między kobietami. Zamieszkaliśmy razem, powiedzieliście dzieciom, że tata wyjechał. Miały dowiedzieć się prawdy w następny weekend, ale ty podjęłaś jeszcze jedną próbę. Zachorowałaś. Wasza córka zadzwoniła: "Tato, mama jest w szpitalu". Zabroniłaś jej mówić, w jakim. Potem dzwoniła twoja matka z wyrzutami, że Marek wpędza cię do grobu. Bał się o ciebie. Wydzwaniał do szpitali. Analizowałam: czy ja też wpadłabym w taką panikę z powodu choroby byłego męża? Nie. Emocjonalnie byłam daleko. Marek wciąż czuł się za ciebie odpowiedzialny. I tego się bałam. Odnalazł cię w klinice laryngologicznej. Zdziwiłam się, czułam, że to blef.

Pojechał od razu. Gdy go nie było, zaczęłam szperać w jego rzeczach, szukałam twoich zdjęć, znalazłam jedno: wasza czwórka na placu zabaw, nie pamiętam, czy się śmiałaś i czy Marek cię obejmował. Zapamiętałam tylko, że byłaś ładna. "Julita jest po operacji - zadzwonił Marek. - Coś jej wycięli z gardła, nie wiadomo, co to jest. Odwiozę ją do domu i zostanę na noc. Jutro będzie jej matka. - Jej matka była u was co drugi weekend, nie wierzę, że nie może do niej przyjechać! - krzyknęłam. - Kocham cię, ty jesteś najważniejsza", odpowiedział. Płakałam. Tej nocy spałam u przyjaciółki. Tak się bałam, że poświęci dla ciebie nasze szczęście. Nie przewidziałaś jednego. Kilka dni później przejęty Marek pójdzie porozmawiać z chirurgiem. Przecież mogłaś lekarza uprzedzić: rozwodzę się, proszę nie informować męża o moim stanie. Nie zrobiłaś tego.

Dowiedzieliśmy się, że wycięli ci migdałki. Skierowanie dostałaś sześć lat temu, bo często chorowałaś na anginę. Zwlekałaś, bo nie chciałaś leżeć w szpitalu aż do teraz. Marek złożył pozew o rozwód. Mówiłaś o mnie różne rzeczy. Że źle jeżdżę samochodem, więc nie mogę odbierać waszych dzieci ze szkoły. Że jestem brudasem, dlatego nie pozwoliłaś swojej córce nosić moich sukienek. Gdy Olaf i Daria przyjeżdżali do nas na weekend, zawsze było tak samo: w piątek nie odzywali się do mnie, mówili: "Do kina idziemy tylko z tatą. Jemy kolację tylko z tatą". W sobotę jeszcze bardziej się starałam: tenis, konie, ich ulubione spaghetti, wycieczka do obserwatorium w Toruniu. Było milej. W niedzielę mówili: "Nie jesteś taką wiedźmą, jak twierdzi mama". Ale od następnego piątku znów to samo.

Nie wiem, co opowiadałaś innym, ale do Marka dzwonili wasi znajomi z prośbami, żeby mnie sprawdził, żeby się opamiętał. Regularnie dzwonił też wasz zaprzyjaźniony ksiądz. Namawiał go na rekolekcje. Nawet matka Marka, która nigdy za tobą nie przepadała, powiedziała, że nie chce mnie znać. Gdy dostaliście rozwód, a Marek mi się oświadczył, oznajmiła, że nie przyjdzie na ślub syna "z tą kobietą". I nie przyszła. Nie byłam już o ciebie zazdrosna. Marek kochał mnie. Tonęłam w dowodach jego miłości. Po ceremonii w urzędzie stanu cywilnego zaprosiliśmy na kolację piętnaście osób. Mój były mąż przysłał mi kwiaty z bilecikiem: "Zasłużyłaś na szczęście". Ty z bramki internetowej wysłałaś anonimowy SMS: "Umysł przy odpowiednim stanie skupienia może wytworzyć niszczycielską energię, znaną od wieków jako klątwa. Znając ludzi, którzy posiadają odpowiednie umiejętności, można wpływać na życie swoich wrogów...". Skasowałam. Ale ten SMS wprowadził w moje życie paranoję.

Gdy 40-letnia siostra ze stanem przedzawałowym trafiła do szpitala, zadzwoniłam do ciebie z krzykiem, żebyś zostawiła mnie w spokoju. Wrzeszczałam: "Przestań mi złorzeczyć, pamiętaj, mam w domu twoje dzieci!". Powiedziałaś, że idziesz na policję. Nie poszłaś. Dlaczego? Nie wiem. Podejrzewam, że Olaf i Daria coraz bardziej mnie lubili, nie miałabyś poparcia. Kilka tygodni później zgodziłaś się, by spędziły u nas pierwszy dzień świąt. Przestałaś straszyć Marka, że doniesiesz na niego w urzędzie skarbowym. Pozwoliłaś córce chodzić ze mną na lekcje tenisa. W moim domu, umyśle wreszcie był spokój. Mogliśmy odetchnąć, bo ty się na to zgodziłaś.

Kupiliśmy starą chatę na Mazurach. Siedziałam na tarasie, piłam herbatę, wokoło kwitły bzy. Otworzyłam laptop. Przeczytałam mail od nieznanej osoby. Pisał Radek: "Proszę pani, niedługo wyślę to, o co pani prosiła. Trochę się wstydzę pokazywać komuś siebie w tak intymnych sytuacjach, ale mam nadzieję, że jak nagram filmik, pomoże mi pani w dostaniu się do szkoły teatralnej". Odpisałam: "To pomyłka. Nie znam pana i nie prosiłam o żadne filmy". Radek napisał: "Rozumiem. Niepotrzebnie wysłałem w tej sprawie mail, to zbyt poufne. Przyniosę nagranie, gdy się spotkamy". Pokazałam Markowi. "Nawet jeśli to ona, odpuść chorej kobiecie", powiedział. Ale Radek zaczął straszyć: "Nie wywiązujesz się z umowy. Znam twój adres. Różana 6. Spodobałabyś się moim kolegom".

Gdy twój syn podczas kolacji powiedział: "Mamy w domu internet, a mama wciąż przesiaduje w kawiarenkach internetowych", zadzwoniłam. Powiedziałam, że wiem. Dostałaś histerii. Znajomi znów dzwonili do Marka: "Twoja nowa żona pastwi się nad kobietą, której ukradła męża". Odgrywałaś depresję. Nie chodziłaś do pracy, leżałaś w łóżku. Marek musiał przyjeżdżać i zajmować się dziećmi. Słyszałam, jak przez telefon mówił: "Julita, ja nigdy do ciebie nie wrócę" Przyjeżdża już do nas tylko wasz syn, córka nie odzywa się do ojca, trzyma twoją stronę. Olaf mówi, że twoi znajomi wiele razy próbowali cię z kimś umawiać, nie chcesz. Wolisz być nieszczęśliwa. I to nieszczęście zsyłasz na nas.

Ostatnio usłyszałam, jak Marek rozmawiał z kolegą przez telefon: "Czasem myślę, że gdybym wiedział, jak to się potoczy, wybrałbym byle jakie życie i spokój dzieci. Mógłbym żyć nieszczęśliwy, ale nie chciałbym, żeby one cierpiały. Ale później zbieram się w sobie i wiem, że nie dam się sterroryzować byłej żonie. Związek z Leną wart jest walki". Wczoraj byłam przesłuchiwana przez policję, oskarżyłaś mnie, że cię nękam. Policjant był miły, czułam, że nie wierzy w oskarżenia, ale powiedział, że przeciwko mnie mają zeznawać twoje koleżanki. Pewnie liczysz, że mnie pogrążysz. Dlatego coś ci powiem: mimo bólu, stresu codziennie rano Marek budzi mnie słowami: "Będzie dobrze, kocham cię, jak dobrze, że jesteś".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje