Przejdź na stronę główną Interia.pl

Sztuka użytkowa

Ile tatuaży, tyle motywów ich powstania. Myśleliśmy: moda - minie. Ale dla wielu kobiet tatuaż jest sposobem wyrażania siebie, utrwalania spraw najważniejszych. Rozmawiamy o tym z Mają Sablewską, Dorotą Gardias, Iwoną Guzowską, Beatą Sadowską i Anną Marią Jopek. No i oczywiście oglądamy tatuaże.


Menedżerka artystów, autorka i prowadząca program "Sablewskiej sposób na modę". Ile ma tatuaży? Sama nie wie. Wie, dlaczego powstały.

Reklama

Coś po coś

Przestałam już je liczyć. W pewnym momencie zaczęłam łączyć wzory, przykrywać jeden drugim. Moje ciało jest jak pamiętnik, z którego można wyczytać moją historię. Są w nim wytatuowane hasła, obrazy, intencje, czasem pojedyncze słowa, które tworzą całość. Pierwszy tatuaż to sentencja, która prowadzi mnie w życiu: "Everything happens for a reason", czyli wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Jest na karku, tuż pod szyją. Kiedy go robiłam, miałam 23 lata i zaczęłam pracę w wytwórni fonograficznej. Okazało się, że nie zawsze jest tam miło i uczciwie. Czułam się tak, jakbym wpadła do wody między piranie. Ratowała mnie myśl, że wszystko jest po coś. Postanowiłam zapisać to na ciele. Pomogło. Byłam dumna z tego tatuażu. Tylko w domu rodzinnym powiedziałam, że to henna, która zaraz zejdzie. Mijały miesiące i lata, tatuaży przybywało i żaden nie schodził. Któregoś dnia babcia zapytała: "No to kiedy w końcu zejdą ci tatuaże?". Wtedy przyznałam się, że to nie są rysunki. Musieli się z tym pogodzić. Tata potrafi przez jakiś czas gniewać na mnie, gdy zrobię nowy. Ale mama rozumie, że są mi potrzebne, a tacie później przechodzi.

Być jak Marilyn

Człowiek, który robił mi pierwszy tatuaż, powiedział: "Kochana, na tym nie koniec. Wrócisz, zanim minie pół roku". I rzeczywiście. Śmieję się, że to moje jedyne uzależnienie. Nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, ale co jakiś czas potrzebuję zrobić sobie tatuaż. Następnym ważnym był portret Marilyn Monroe. Zastanawiałam się, kto mógłby go wykonać. W telewizji TLC był program Miami Ink i tam zobaczyłam prawdziwe dzieła sztuki. Robił je znany w środowisku artysta. Tak w 2007 roku trafiłam do Tima Hendricksa. Tatuował moją Marilyn sześć i pół godziny. Zapłaciłam ponad tysiąc dolarów - zbierałam na to dwa lata. Zresztą tyle musiałam czekać w kolejce do Tima. Po tym tatuażu z dziewczyny stałam się kobietą. Zmieniłam styl ubierania się, postawiłam na prostotę. Potem jeszcze, w rocznicę śmierci ukochanego dziadka, zrobiłam różaniec na prawym nadgarstku. Dziadek umarł, gdy miałam 15 lat, ale był dla mnie najważniejszym człowiekiem. Cierpliwie objaśniał świat i uczył dobrych rzeczy.

Uskrzydlona

Na szyi mam skrzydła. Są spięte literą M i połączone z różami. Zrobiłam je w chwili, gdy wszystko mi się w życiu zawaliło: rozstałam się z narzeczonym, pożegnałam z Dodą, z którą tworzyłyśmy duet zawodowy, wpadłam w długi. Myślałam, że już się nie podniosę. I wtedy za ostatnie pieniądze zrobiłam ten tatuaż. Skrzydła były mi potrzebne. Obiecałam sobie: "już nigdy nikt mi skrzydeł nie podetnie". Ale musiałam znieść kolejnego kopniaka. W 2011 roku zostałam jurorką w X-Factorze. Dostałam się do tego programu jako menedżerka. Opiekowałam się wtedy stawiającą pierwsze kroki w show-biznesie Mariną Łuczenko i wielką gwiazdą Edytą. Tymczasem Edyta zrezygnowała ze współpracy, potem za jej namową i Marina mnie opuściła. Zostałam menedżerką bez gwiazd. Po programie pojechałam na trzy miesiące do Los Angeles. Tam przeżyłam mentalny detoks. Zrozumiałam, że wyścig szczurów, w którym biegnę, prędzej czy później skończy się dla mnie czymś złym. Wtedy zrobiłam tatuaż "mental detox" - czerwony odręczny napis, który potem tatuażysta przeniósł na wewnętrzną stronę ramienia. Mam też na ciele róże, są symbolem kobiecości.

Siła aniołów

Kiedy tatuowałam hasło "determinacja", walczyłam o zaistnienie. Dziś już nie walczę, jest we mnie spokój i zgoda. Zakryłam więc ten napis różami, które również zrobił Tim Hendricks. Uwielbiam też Luisa Molloya z Manchesteru. Znalazłam go w internecie, zafascynowana "rysunkami" Davida Beckhama. Okazało się, że na wizytę trzeba czekać trzy lata. Louis wytatuował mi pierwszego anioła. To ten, którego mam na biodrze. Od tego czasu przybyły mi jeszcze cztery anioły. Wierzę w ich moc.

Moja wartość

Chciałam mieć na ciele portret Gandhiego, bo bliska mi jest jego filozofia. Ten "wojownik pokoju" miał być ostatni, ale niedawno przybył mi napis "promise", bo obiecałam sobie coś niebanalnego i chcę dotrzymać słowa. Lubię dzikość, tuż przed Ghandim zrobiłam też wielki napis "wild". Może dlatego, że sama nie potrafię przystosować się do systemu? Zresztą tatuaż działa jak terapia. Dlatego nie żal mi, gdy na kolejny wydaję majątek. No ale gdyby mnie tak podliczyć... jestem sporo warta. (śmiech) 

Prezenterka pogody w TVN. Dobre wychowanie, nienaganne maniery... Tatuaż to dla niej manifest, że każdy ma jakąś tajemnicę.

Przemiana

Na lewym nadgarstku mam delikatny napis "Reinkarnacje". Obok data 29.03.2011, ale tatuaż zrobiłam rok później, kiedy zdałam sobie sprawę ze zmian, jakie zaszły we mnie. To tego dnia spotkałam mojego ukochanego Piotra. Dzięki niemu zaczęłam inaczej patrzeć na świat. I stałam się lepsza dla siebie. Poznaliśmy się podczas kręcenia programu o nurkowaniu. Występował w roli eksperta. Program się skończył, a zaczęła nasza przyjaźń. Nie myślałam o nim jak o partnerze. Fascynował mnie, bo był mądrym facetem. Godzinami wisieliśmy na telefonie, dzieląc się myślami o życiu. Był moim powiernikiem i terapeutą. Po roku zostaliśmy parą.

Z miłości do...

Mieliśmy gdzieś wyjść. Piotr się kąpał, widziałam go w lustrze, bo robiłam makijaż. Zwróciłam uwagę na jego tatuaże. "Też bym chciała mieć coś takiego", powiedziałam. "Zróbmy sobie dwa identyczne", zapalił się. Wtedy wpadłam na pomysł, żeby to była data, gdy nasze drogi się skrzyżowały. "Nie będziesz żałować? To przecież na całe życie", zapytał. Pomyślałam, że nawet jeśli nie będziemy razem, bo przecież różnie się układa, Piotr jest osobą, która dużo we mnie zmieniła na lepsze. Dlatego nigdy nie będę żałować. Ani tatuażu, ani naszego związku.

Moja tajemnica

Poszliśmy do studia, zajadając się pączkami, bo to był tłusty czwartek. Ale przyznaję, weszłam przerażona, bałam się bólu. Piotr usiadł pierwszy, ja się przyglądałam. Potem powiedział, że był pewny, że się wycofam. Przed zabiegiem tatuażysta znieczulił mi nadgarstek kremem uśmierzającym ból. Wszystko trwało 20 minut, wytrwałam. Tylko rodzice byli zaskoczeni. Z początku nie zauważyli mojego tatuażu, bo jest w miejscu, w którym noszę zegarek i bransoletki. W końcu mama go wypatrzyła. I padło pytanie: "A po co ci to?". Widziałam w jej oczach zdumienie. A mnie podobają się delikatne tatuaże u kobiet. Dodają seksapilu i tajemniczości. Mój jest dyskretny, czasem tylko, gdy pokazuję w studiu fronty na mapie pogody, uważny widz go dostrzeże. Zresztą nie ma powodu do wstydu. Gdy będę już starszą panią i przyjedzie do mnie doktor z pogotowia, najwyżej pomyśli: "Z tej babci była niezła aparatka. Miała fajne życie".

Prezent dla Hani

Niedługo zrobię kolejny tatuaż poświęcony mojej córeczce Hani. To będzie data jej urodzin i jakaś sentencja, która wyrazi, że jest dla mnie wszystkim. 

Beata Sadowska


Dziennikarka. Prowadzi program w ZET Chilli, a w Polsat Cafe łapie "Zoom na miasto". Od ośmiu miesięcy szczęśliwa, choć niewyspana, mama Tytusa. Mówi, że do tatuażu się dojrzewa i każdy wiek jest dobry.

Amulet na życie

Tatuaże mi się podobały, ale... u innych. Sama nie miałam potrzeby ich robić. Ale nigdy nie mów "nigdy". W pewnej chwili dojrzałam, by mieć na ciele taki amulet. Zwierzyłam się z tego koledze, który ma piękne tatuaże. Zapytałam, kto je projektował. "Tylko Swanski", powiedział. Swanski, czyli Paweł Kozłowski, autor znanych murali. Zadzwoniłam. Powiedziałam, co chcę. Myślał, myślał i narysował. To japoński karp koi wkomponowany w kwiat. Koi w filozofii zen symbolizuje mądrość, szczęście i równowagę.

Pierwszy raz

Gdy zobaczyłam wzór, miałam wątpliwości. Niepokoiły mnie agresywne formy, płomienie jak u harleyowców. Projekt wylądował w szufladzie. Przeleżał rok. Po jakiejś podróży zajrzałam tam i nagle ten wzór do mnie trafił. Zadzwoniłam do Pawła, powiedziałam: "Jest fantastyczny. Robię go". Kolega polecił mi Batona ze studia tatuażu w Milanówku. Okazało się, że najbliższy termin ma za pół roku. Nie mogłam czekać, mogłabym się rozmyślić. Słyszałam, jak kartkuje notes. "No, chyba że... przyjdziesz jutro. To jedyna możliwość". Nie zastanawiałam się. Kiedy otworzyłam drzwi studia, zobaczyłam wielkiego, wytatuowanego mężczyznę o mrocznym spojrzeniu. "No to nieźle", pomyślałam. Był klientem, jak ja. Na szczęście Baton wiedział, że to mój pierwszy raz. "Nie martw się. Tylko jeden facet zemdlał podczas zabiegu. Kobiety lepiej znoszą ból", powiedział w ramach psychoterapii.

Mały problem

Czułam, jakby ktoś jeździł mi cyrklem po skórze. Żeby nie patrzeć na "zabieg", czytałam gazetę, a Baton robił rysunek na moim karku. Pod koniec trzeciej godziny ból był już za silny, zrobiliśmy przerwę na kawę. Ale w końcu wróciłam do domu z tatuażem. Mój chłopak Paweł zachwycony nie był. Na szczęście zawsze mówi, że człowiek jest wolny, więc spokojnie przyjął mój talizman do wiadomości. Pomagał mi go nawet pielęgnować, kiedy się goił. Stało się to tak szybko, że na co dzień w ogóle o tatuażu nie pamiętałam. Nie patrzę na niego nawet w lustrze. Dopiero gdy chciałam oddać krew i dostałam ankietę do wypełnienia, zaskoczyło mnie pytanie o tatuaż. Okazało się, że jeśli osoba ze świeżym tatuażem chce zostać honorowym krwiodawcą, musi minąć pół roku. Zabrakło mi kilku tygodni, mogłam wrócić dopiero po jakimś czasie.

Kwestia wyobraźni

Choć ja swojego tatuażu nie widzę, wszyscy wciąż o niego pytają. Głównie chcą wiedzieć, co oznacza. "Zgadnij", mówię. I tu się zaczyna litania: od krokodyla przez węża, smoka po ptaka. Chyba tylko trzy osoby zobaczyły w nim rybę. Dziś chodzi mi już po głowie kolejny pomysł. Ale podobno tak już jest z tatuażami. Uzależniają. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje