Przejdź na stronę główną Interia.pl

Strach na etacie

"Jesteś zerem", słyszysz kolejny raz od szefa. I nie wiesz: znęca się czy może jest tylko wymagający, porywczy?

Aż nadchodzi ten dzień: wychodzisz, trzaskając drzwiami. Skarżysz go do sądu o godność, pieniądze. Tyle że wyłącznie w wyobraźni. Bo w realu kredyt, bezrobocie. Walczyć? Przeczekać? Bohaterki reportażu też miały ten dylemat. Redakcja, urząd, szkoła, korporacja – mobbing może dopaść cię wszędzie.

Reklama

Anka: Mów mi "szmata", chcę spłacić kredyt

Jeśli kręci cię, gdy ktoś nazywa cię 'zerem' lub 'szmatą' i lubisz pracę w weekendy, złóż CV. Redakcja X poszukuje stażystek masochistek" - takie ogłoszenie Anka zamieszcza w internetowym serwisie Gumtree, w dziale "praca". W dniu, w którym szef, redaktor naczelny dużej gazety, wręczył jej wypowiedzenie. Anons wisiał pięć dni, nim zdjął go administrator.

Do niedawna redaktorka, właścicielka 110-metrowego apartamentu. Ważne: w całości kupionego na kredyt. Dziś nauczycielka angielskiego, ma kawalerkę 34 mkw w Podkowie Leśnej. Spokojnym głosem opowiada, jak straciła pracę. Trudno uwierzyć, że rok temu była kłębkiem nerwów. - Sekretarka zaprosiła mnie i mojego kierownika do gabinetu naczelnego - wspomina.
- "Żegnamy się. Podpisz. Masz szczęście, porozumienie stron - słyszy. Naczelny podsuwa pismo. Wymiana zdań: - Nie podpiszę porozumienia. Stracę odprawę. - To stąd nie wyjdziesz! - Wyjdę! (Anka podchodzi do drzwi). - Trzymajcie ją! (naczelny zrywa się zza biurka). Sekretarka łapie Ankę za ramię. Szarpanina. Szef przekręca klucz w zamku. Sekretarka łapie się za brzuch, płacze, jest w ciąży. - Uderzyłaś ją! Mogła poronić! - krzyczy szef. - Ja?! To ona mnie szarpała! - mówi Anka. - My widzieliśmy co innego. W sądzie będzie nas trójka", słyszy. Wypowiedzenie podpisuje. Rok wcześniej trafiła tu z konkurencyjnego pisma. Podkupili ją. - Pierwszy raz w życiu pod koniec miesiąca nie miałam debetu - wspomina. Kilka dni po jej przyjściu, jedna z dziennikarek traci pracę. - Pamiętam, jak powiedziała, że nie może być na zebraniu, bo w przedszkolu córki jest Dzień Matki. Tydzień później już jej nie było - opowiada Anka.

Zespół nie jest zgrany. Donosy, intrygi. "Totalny paw! Popraw to!", tak szefowie działów zwracają się do dziennikarzy. Ona dostaje dobre tematy: ratyfikacja traktatu lizbońskiego, wizyta Sarkozy'ego w Polsce. - "Anka to profesjonalistka", ucinał naczelny, gdy ktoś miał krytyczne uwagi do mojego tekstu. Poczułam, że chce, by inni mi zazdrościli - wspomina.

Jej urodziny przypadły w sobotę. Spędza je w domu, samotnie. Tylko mama i tata dzwonią z życzeniami. - Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi z pracy. Siedzieliśmy w redakcji do nocy, czasem w weekendy. Razem chodziliśmy na obiady, siłownię i basen. Były w biurowcu - opowiada. W nowej gazecie nikt z nikim się nie spotykał. Dawnych kolegów zaprosić nie mogła. Odsunęli się. Oba tytuły walczyły ze sobą. Kto odszedł do konkurencji, był zdrajcą.

Po pół roku w nowej firmie Anka kupuje mieszkanie. Żeby to uczcić, przynosi do redakcji szampana. Prawie nikt nie pije. Tłumaczą, że przyjechali samochodami. Dział nauki przygotowuje tekst o kosmosie. Pół godziny przed wysłaniem gazety do druku słyszy: - "Dzwoń do Stephena Hawkinga po komentarz. - Ale on jest sparaliżowany i porozumiewa się za pomocą syntezatora mowy - Anka jest sceptyczna. - K... Ale mejle odbiera!" - odpowiada jej wrzask. Adres Hawkinga zdobywa kilka minut po zamknięciu kolumny. Nazajutrz na zebraniu słyszy: "Nie jesteś warta kasy, którą ci płacimy. Jesteś szmaciarzem, nie dziennikarzem". - Kilka osób się uśmiechnęło - mówi. - Nie rozumiałam, co się nagle zmieniło.

Chciałam wyjść. Kredyt mnie "zatrzymał". Nie mogłam stracić pracy. Szefowie chyba to poczuli. Zaczęli ją "gnoić". Sprzedaż gazety spada. Anka wciąż słyszy: "Przeinwestowaliśmy z twoją pensją". - Chyba chcieli, żebym odeszła sama, bez odprawy. Żali się rodzicom. "Ciesz, się, że masz pracę, mieszkanie. Szef nie musi być miły. Ludzie w naszym Przemyślu daliby wiele za taką posadę jak twoja", słyszy.

- Wysłałam kilka SMS-ów do dawnych kolegów, że może byśmy się spotkali. Odpisały dwie osoby. Zdawkowo - wspomina. Wystarczy telefon z redakcji i nie może zasnąć. A telefony zdarzają się nawet po północy. Bo jeszcze drukarnia nie ruszyła, więc można coś dopisać, poprawić. "Gdzie jesteś?! Wracaj natychmiast! Poprawisz ten bełkot!", szefowie spędzali dzień w palarni albo znikali z redakcji.

Przed zamknięciem gazety wracali i zaczynała się jatka. - Byłam w takim napięciu, że każdy mógł mi wmówić, że mój tekst to g... - opowiada. Prawie co weekend dostaje SMS-y: "W poniedziałek bądź wcześniej". Więc niedziela z głowy. Co ją czeka? Może wypowiedzenie? Wieczorem pije nervosol. Nie pomaga, więc zapija winem. - Zaczynałam od dwóch kieliszków. Po kilku miesiącach dopiero po butelce się relaksowałam. Rano bolała mnie głowa. Przeszłam na gorzką żołądkową. -

Najbardziej bolało określenie "szmaciarz nie dziennikarz" wykrzykiwane przy zespole. Po alkoholu myślałam sobie: "Mówcie mi szmaciarz, grunt, że spłacam raty". Ale wyzwiska to nie był koniec. - Zaczęłam dostawać najgorsze teksty. Dla stażystów. "Newsy", że Britney Spears przefarbowała włosy! - opowiada. Poprawia te notki po kilka razy. - "Banalne. Popracuj jeszcze. Napisz inaczej", słyszałam. Czułam, że piszę jak dawniej, ale nie umiałam tego udowodnić. W torebce nosi zestaw: validol (na uspokojenie) i odświeżacz do ust. Z nerwów wymiotuje w toalecie.

Największe upokorzenie? - Pisałam "czołówkę". O kryzysie na Wall Street. Trzymali mnie do północy. Wtedy powiedzieli, że to g... nie idzie. Ukazał się tekst innego dziennikarza. Zlecili mu ten temat za moimi plecami. To od początku było ukartowane. Wtedy Anka na dobre przeraziła się, że ją zwolnią. Gdyby nie kredyt, mogłaby kilka miesięcy jeść ziemniaki z kefirem i szukać pracy. Ale raty w banku.. Musiała wytrzymać.

Pretekstem do zwolnienia była notka o tym, że w centrum będzie 20 nowych miejsc parkingowych. Anka pisze: "Powstaje parking na 20 miejsc". Błąd. "Miejsca parkingowe to nie parking", z zarządu dróg przychodzi sprostowanie. "Kompromitujesz gazetę!", szef wrzeszczy na Ankę. "Stara, to klasyczny mobbing, załóż im sprawę", przekonuje ją ktoś na forum w internecie. "Nie udowodnię. Nie mam świadków. Ludzie boją się występować przeciw redakcji. Nawet jeśli wygram, rozejdzie się w branży, że jestem konfliktowa i donoszę. Nie znajdę pracy", tłumaczy ona.

Po odejściu depresja i dziesięć miesięcy zwolnienia. (Po sześciu Anka staje przed komisją i ZUS przedłuża chorobowe o dalsze cztery miesiące). - Mówiłam lekarce, że mam poczucie winy, że dali mi taką dobrą pensję, a ja zawiodłam! Dostałam skierowanie na warsztaty dla ofiar mobbingu - wspomina. Piętnaście kobiet w wieku 25-56 lat. Łączy je wyższe wykształcenie i strach w oczach.

Wielki, pluszowy miś wyobraża mobbera. Anka patrzy, jak sześćdziesięcioletnia księgowa wali w niego kijem bejsbolowym. - Przyszła moja kolej. Wzięłam kij i krzycząc: "Pieprz się!", z całej siły walnęłam misia, wyobrażając sobie, że to mój były szef. Jego głowa oderwała się i uderzyła w ścianę. Fruwały trociny. Dziewczyny biły mi brawo. - opowiada.

Tydzień później sprzedaje samochód, potem apartament. Spłaca kredyt, a za resztę kupuje 34-metrowe mieszkanie w Podkowie Leśnej. Szuka pracy. - Kiedy wchodziłam do jakiejś redakcji, robiło mi się niedobrze. Poczułam, że nie chcę znów żyć życiem obcych ludzi, cynicznych polityków albo gwiazdek seriali - mówi.

Nie ma pomysłu co dalej, pisze na Facebooku, że szuka pracy. Odzywa się znajoma ze studiów. Otwiera szkołę językową. Zatrudnia Ankę. - Teraz, w wakacje, zarabiam 1500 zł - mówi. - Mało? - pyta. I sama sobie odpowiada: Dużo. To tylko początek, bo szkoła się rozwinie. Zresztą są bonusy: zaczynam dzień bez validolu i kończę bez gorzkiej żołądkowej.

Dowiedz się więcej na temat: mobbing | praca

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje