Przejdź na stronę główną Interia.pl

Siła jest w nas

Każda z nich w inny sposób zetknęła się z rakiem. I każda zadawała sobie pytanie: co dobrego może przynieść śmiertelna choroba? Okazuje się, że wiele.

Miałam szczęście, mój synek wyzdrowiał. Mogłam wyjść ze szpitala i z ulgą zamknąć za sobą ten trudny rozdział życia. Ale nie potrafiłam. Potrzebowałam całe to zło, które nas spotkało, zmienić w coś dobrego. Dlatego sześć lat temu stworzyłam z kilkoma osobami fundację "Nasze dzieci" przy Klinice Onkologii w instytucie Pomnik - Centrum Zdrowia Dziecka - mówi Ewa Gorzelak, aktorka znana m.in. z seriali "Na Wspólnej" i "M jak miłość".

Rok 2003. Ewa Gorzelak gra w "Na Wspólnej". Serialowa Gabrysia odwiedza Basię i jej leżącego w szpitalu synka. Akcja odcinka rozgrywa się na oddziale onkologii dziecięcej Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Aktorce ściska się serce na widok chorych dzieci przypiętych "kabelkami" do kroplówek. Jeszcze nie wie, że za parę miesięcy będzie jedną z wielu matek walczących o życie swojego dziecka.

Reklama

Osiem lat później w upalny dzień siedzimy w kawiarnianym ogródku. Ewa pije wodę z cytryną. Wygląda promiennie, uśmiecha się i próbuje znaleźć wygodną pozycję na krześle. Jest w zaawansowanej ciąży, w grudniu przyjdzie na świat jej trzecie dziecko, dziewczynka. Ma już dwóch synów: 11-letniego Franka i 9-letniego Ryśka. - Obaj są wspaniali - opowiada z dumą.

Starszy odziedziczył po rodzicach zdolności aktorskie (mąż Ewy, Zbigniew Dziduch, też jest aktorem i lektorem, jednym z najbardziej znanych "głosów" w Polsce). Franek występuje w musicalu "Nędznicy" i w "Małym księciu" w warszawskim teatrze Roma, pięknie śpiewa. Młodszy, Rysio, ma charakter prawdziwego twardziela, tak ukształtowała go choroba. W niczym nie odstaje od rówieśników, chociaż miał niewiele ponad rok, gdy zdiagnozowano w jego główce nowotwór.

Leczenie trwało dwa lata. - Najpierw był szok, potem codzienna walka - wspomina aktorka. - W tamtym czasie Centrum Zdrowia Dziecka stało się dla mnie drugim domem. Razem z innymi rodzicami organizowaliśmy się w potrzebie. Czasem chodziło tylko o to, by móc wyrzucić z siebie niepokój, porozmawiać, poradzić się innych. Samoistnie tworzyliśmy grupę wsparcia. Zawsze czułam, że to nie są "cudze sprawy". Dostrzegałam, że niektóre osoby są w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo, na przykład, muszą dojeżdżać na leczenie 500 kilometrów. Bywało, że wychodziłam ze szpitala i kupowałam im najpotrzebniejsze rzeczy, ale ile można pomagać na własną rękę?

Gdy terapia Ryśka zakończyła się pomyślnie, Ewa marzyła tylko o tym, żeby odpocząć. Przestała występować w "Na Wspólnej", chciała wreszcie pobyć z rodziną, pomieszkać w domu, skupić się na teatrze, ale tak się nie dało. - Są ludzie, którzy pragną jak najprędzej zapomnieć o szpitalu - mówi Ewa. - Ja nie umiałam się tak po prostu oderwać, szukałam, i chyba nadal szukam, odpowiedzi, dlaczego małe dzieci muszą tak cierpieć. Jaki w tym jest sens? Potrzebowałam całe to zło, które nas spotkało, zmienić w coś dobrego.

Kilka osób połączyło wysiłki: Ewa, była pacjentka, ksiądz i jeden z rodziców, który był psychologiem. W grudniu 2005 roku powstała fundacja "Nasze dzieci" (www.naszedzieci.org.pl). - Wiadomo, że poprzez fundację łatwiej zorganizować pieniądze czy dary rzeczowe - zaznacza aktorka. Działalność charytatywną zaczęła od organizowania aktorskich imprez, dzięki którym wciągnęła dzieci do wspólnej zabawy. Namawiała znajomych artystów, by odwiedzali pacjentów szpitala. Nigdy nie zapomni uśmiechniętych twarzy maluchów, gdy zabawiali je Szymon Majewski, Piotr Kupicha czy Małgorzata Kożuchowska. Szpitalna rzeczywistość gdzieś wtedy znikała, choroba była mniej straszna, ból mniej dotkliwy.

- Na początku nikt z nas nie znał się na prowadzeniu fundacji, wszystkiego uczyliśmy się sami, wielkim nakładem pracy i czasu - wspomina Ewa Gorzelak. - Ze znajomą panią psycholog dużo rozmawiałyśmy z rodzicami. Wspierałyśmy ich. To było dokładnie to, czego mnie samej brakowało, gdy zaczynałam leczyć Ryśka. Pamiętam, jak bardzo chciałam wtedy spotkać kogoś, kto by powiedział mi, że jego dziecko zostało wyleczone, i podzielił się ze mną doświadczeniami.

Ciągle króluje przekonanie, że rak to wyrok. Nieprawda, dziś zna bardzo dużo wyleczonych dzieci! Chemioterapia na ogół odbywa się co trzy tygodnie i trwa kilka dni. Ale niektóre dzieci trafiają do szpitala częściej ze względu na powikłania. Kiedy czują się gorzej, leżą w łóżkach, gdy lepiej, biegają po korytarzu. - Czasem wychodziłam z Ryśkiem na chwilę na dwór. Szliśmy na pobliskie osiedle, gdzie były tylko dwie zdezelowane huśtawki - mówi aktorka. - Marzyłam, żeby w pobliżu szpitala był plac zabaw, na którym synek mógłby się pobawić jak jego zdrowi rówieśnicy.

Dziś, dzięki fundacji, jest tam takie miejsce, przystosowane także dla niepełnosprawnych dzieci. Istnieją też "artystyczne soboty". Na oddział przychodzą wolontariusze i prowadzą zajęcia plastyczne. Mali pacjenci mogą również wyprawiać przyjęcia urodzinowe, mają niespodzianki i dużo radości.

Z czasem przybywało sponsorów i możliwości. Powstał pomysł wycieczek po Warszawie. Dzieci, które przyjeżdżały na długie tygodnie radioterapii z całej Polski, znały w stolicy tylko Dworzec Centralny, Pałac Kultury i Nauki i szpital. Sytuacja się zmieniła. Fundacja organizuje także dwutygodniowe kolonie dla małych pacjentów w trakcie leczenia i po nim. Fachowa kadra czuwa nad ich zdrowiem, a oni wreszcie mogą się poczuć samodzielni.

- Serce mi rośnie, gdy po koloniach rodzice dzwonią i mówią, że ich dzieci stały się inne, nabrały wiary w siebie - mówi Ewa Gorzelak. - Smutne jest to, że niektórzy przy tak trudnej sytuacji rodzinnej, jaką jest choroba nowotworowa dziecka, muszą borykać się z problemami finansowymi. Na ogół jedno z rodziców, z racji ciągłego przebywania w szpitalu, staje się wiecznie nieobecnym pracownikiem i zwyczajnie dostaje wymówienie z pracy. Zaczyna brakować pieniędzy na dojazdy do szpitala, żywność czy leki. Dlatego nieustannie poszukujemy sponsorów i darczyńców.

Ewa ostatnio rzadziej przychodzi na oddział, powoli przekazuje swoje obowiązki innym, a sama koncentruje się na pracy biurowej. - Pora odpocząć, zająć się domem. Teraz mam przerwę w serialu, ale gram jeszcze w teatrze - wyjaśnia. - Razem z innymi aktorami jeździmy po Polsce z plenerowym spektaklem Wiesława Myśliwskiego "Drzewo". Występują w nim także Rysio i mój mąż oraz - jeszcze w brzuchu - wyczekiwana córeczka. Wiem, że przyszedł czas, by skupić się na domu i pracy zawodowej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje