Przejdź na stronę główną Interia.pl

Rzeczpospolita kucharska

Kto nie gotuje, nie liczy się w towarzystwie, kto nie je potraw zdrowych i pięknych, jest niemodny. Czy z Polski ziemniaczano-kapuścianej naprawdę staliśmy się Polską, w której mieszkają miliony kucharzy i miłośników wyrafinowanej kuchni? Odpowiedzi szukamy z Agą Kozak i Ewą Wachowicz.

W PRL-u nikomu nie przyszłoby do głowy, że gotowanie może być modnym hobby. Zajęcie to spadało głównie na kobiece barki i wiązało się z ciężką pracą i kombinowaniem: "Jak zrobić kotlety bez mięsa, a z kwaśnego mleka wyczarować twarożek". I choć powszechnie to mężczyzn uważa się za najlepszych kucharzy, do polskich domowych kuchni panowie weszli tylnymi drzwiami, a w zasadzie - przez balkon - ich gotowanie zaczęło się bowiem od grilla. Stanie przy garach długo było w Polsce uważane za zajęcie niemęskie, co innego stanie przy ruszcie - to było zarezerwowane dla prawdziwych facetów.

Reklama

Powoli jednak to się zmienia i teraz także wypiekanie kruchego ciasta pod owocową tartę i ugniatanie awokado na pastę guacamole nie jest panom obce. Co więcej, każdy szanujący się facet deklaruje, że gotować albo już umie, albo właśnie się uczy. Jak cała Polska. Teraz nawet reklamy telewizyjne stały się przecież minilekcjami gotowania.

- Nasz kraj od mniej więcej półtora roku znajduje się w szczytowym punkcie zainteresowania gotowaniem i jedzeniem, tzw. food revolution - mówi Aga Kozak, dziennikarka i autorka bloga "Ugryzienie Kozak". - Ten trend przyszedł do nas z kilkuletnim opóźnieniem, ale teraz możemy już z całą pewnością stwierdzić, że dołączyliśmy do światowego szaleństwa kulinarnego - dodaje.

Świat zwariował na punkcie jedzenia. Telewizyjne show o gotowaniu i blogi kulinarne biją rekordy popularności. Aż 67 proc. Polaków, którzy oglądają telewizję, deklaruje, że wybiera w niej programy o tematyce kulinarnej - wynika z badania "Polska na widelcu - zwyczaje żywieniowe Polaków" przeprowadzonego w grudniu 2012 r. przez instytut GfK Polonia*.

Najbardziej popularne są "Rewolucje kuchenne" Magdy Gessler oraz program "Makłowicz w podróży".

Kucharze stali się celebrytami, a celebryci - kucharzami. Roman Giertych i Radek Majdan gotują w "Kawie czy herbacie", Agnieszka Maciąg i Sylwia Gliwa w "Dzień dobry TVN". O zawartości swojej lodówki aktorzy i muzycy opowiadają w wywiadach, przepisami dzielą się w gazetach. Robert Makłowicz został twarzą Tesco, Pascal Brodnicki i Karol Okrasa toczą kulinarną bitwę w kampanii Lidla.

Magda Gessler, która publikuje artykuły w kilku portalach internetowych (również w Styl.pl) oraz we "Wprost", wydała książkę i uruchomiła własny serwis w internecie - Smaki Życia. Jeszcze dwa lata temu nikomu nie znana Ania Starmach prowadzi program kulinarny w TVN Style, jest autorką książki z przepisami z tego programu i została jurorem polskiej edycji MasterChefa. Blog kulinarny Hanny Lis budzi znacznie więcej emocji niż prowadzona przez nią telewizyjna "Panorama".

- Moda na programy kulinarne przyszła do nas z Zachodu. Media w pewnym sensie kreują tę modę i wykorzystują potencjał w niej drzemiący, czyli reklamowanie produktów. Magda Gessler czy Robert Makłowicz to przede wszystkim interesujące osobowości, chętnie o nich czytamy i oglądamy z zainteresowaniem - potwierdza Monika Adamczyk-Rokicka, senior project manager z GfK Polonia.

- Czy to się przekłada na naszą chęć częstszego gotowania? Nie do końca. Zgodnie z wynikami badania, od 1990 roku stopniowo spada nasze "lubienie" gotowania (obecnie 48 proc.), a wzrasta nieumiejętność w tym obszarze (obecnie 20 proc.). Oglądanie programów kulinarnych to przede wszystkim ciekawe spędzanie czasu, tak jak śledzenie innych programów rozrywkowych - muzycznych, tanecznych, czy też seriali.

Jedzenie nowym seksem

O jedzeniu jednak coraz chętniej mówimy i śmielej je pokazujemy. Poważny biznesmen w krawacie nie wstydzi się publicznie wyznać, że jego specjalnością jest zupa pomidorowa z domowymi kluseczkami. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. Teraz to dodatkowe punkty do wizerunku.

- Mary Eberhard posunęła się dalej. Wysnuła teorię, że jedzenie jest nowym seksem. W jedzeniu nie chodzi już tylko o to, by zaspokoić głód, ale o emocjonalne przeżywanie i orgazmiczną wręcz przyjemność, jaka jedzeniu towarzyszy - wyjaśnia Aga Kozak. - Ono zresztą, podobnie jak seks, musi wciąż pokonywać jakieś bariery i tabu, podlegać ograniczeniom. Największą są oczywiście diety. Odmawianie sobie przyjemności jedzenia sprawia, że tym bardziej go pragniemy - dodaje. Ale nie tylko o ilość tu chodzi, liczy się także jakość.

- Podobnie jak w seksie tantrycznym, gdzie ważne jest przeżywanie każdego momentu i przeciąganie przyjemności w nieskończoność, także w modnym jedzeniu wielkie znaczenie ma to, z kim, gdzie, co i jak długo jemy. Slow food, slow life, slow sex... - tłumaczy Aga Kozak. I nie można odmówić jej racji.

Nie gotujesz? Nie szkodzi. Wystarczy, że jadasz fajne rzeczy i pochwalisz się tym przed znajomymi. Robienie zdjęcia zawartości swojego talerza i publikowanie go na facebookowym profilu, z obowiązkowym meldunkiem w modnej knajpie to food porn (jedzeniowe porno), jest bardzo popularne wśród posiadaczy smartfonów mieszkających w dużych miastach. 

Kotlet od święta, rosół na niedzielę

Choć rewolucja kulinarna rozszalała się u nas  na dobre, wciąż mamy sporo do nadrobienia. - Okres PRL zniszczył to, co w Polsce było kiedyś bardzo istotne - kulturę dobrego jedzenia i dziedzictwo bogatej kuchni polskiej. Zaczęliśmy gotować nieco po sowiecku, po chłopsku i bardzo prosto - twierdzi Aga Kozak.

Tak powstała Polska ziemniaczano-kapuściana, z kotletem od święta i rosołem w niedzielę. Nie można jednak zarzucić tej kuchni jednego - zawsze było zdrowo i smacznie, bo produkty były wówczas dużo lepszej jakości niż te, które mamy obecnie. Ogórki i pomidory bez chemii, jabłko z robaczkiem, mleko w szklanej butelce, które po kilku dniach się zsiada, i chleb, który nie pleśnieje, ale zwyczajnie czerstwieje - to produkty, które wciąż pamiętamy, i za którymi tęsknimy.

- W PRL-u może i było biednie, ale jak już udało się coś kupić, np. mięso, to ono zawsze było dobrej jakości - przypomina Kozak. Gorzej było z produktami, które nasz kraj musiał importować. Cytrusy, prawdziwa czekolada albo kawa - to były rarytasy. Z tego właśnie powodu do niektórych warzyw i owoców nadal potrzebujemy instrukcji obsługi. 

Pani spróbuje, pani polubi


- Zmiany kulinarnych gustów Polaków zaczęły się już dawno, głównie w dużych miastach, ale na szeroką skalę to nowe zjawisko. Bo co z tego, że o suszonych pomidorach słyszeliśmy już dziesięć lat temu, skoro nigdzie nie można było ich kupić, a jeśli nawet, to wyłącznie w hipermarketach? Kiedyś był to towar luksusowy - mówi Ewa Wachowicz, prowadząca programy kulinarne "Ewa gotuje" oraz "Przez żołądek do serca" w Polsacie.

- Pamiętam jak pierwszy raz przywiozłam suszone pomidory z Włoch - to był prawdziwy skarb. Teraz są dostępne nawet w małych miasteczkach i na wsi. I - co ważne - są coraz tańsze, a tylko dzięki przystępnej cenie mają szansę przekonać się do nich Polacy. Bo jak spróbują, to na pewno polubią - dodaje Wachowicz.

Rewolucja kulinarna, jak każda wielka zmiana zachowań społecznych, ma swoje dobre i złe strony.  - Owszem, poznaliśmy i polubiliśmy więcej składników, a rukolę, limonkę czy pomidorki koktajlowe możemy kupić nawet w Biedronce, ale z drugiej strony, staliśmy się więźniami półproduktów. Czy wie pani, że w Makro można kupić nawet gotowe duszone pieczarki z cebulą? - pyta zniesmaczona Ewa Wachowicz.

Kraj ziemniaka i kurczaka

O ile z jednej strony otworzyliśmy się na nowe składniki i dania z całego świata, o tyle w innych lubujemy się aż do przesady i z uporem maniaka trzymamy je w swoim jadłospisie. Dotyczy to zwłaszcza ziemniaków i kurczaka, bez których statystyczny Kowalski nie wyobraża sobie życia.

- Polacy jedzą zdecydowanie za dużo kurczaków. Zapomnieliśmy o tym, ile cudownych rodzajów mięs mamy do wyboru. Nie jadamy już jak dawniej cielęciny, dziczyzny czy jagnięciny. Nie mówię nawet o rybach, o których Polacy kompletnie zapomnieli, a przecież mamy tyle wspaniałych rzecznych gatunków i morze pełne ryb - mówi Ewa Wachowicz. - Wystarczy włączyć telewizor, a zaatakują nas reklamy warzywnych mrożonek czy gotowych sosów i niemalże wszystkie będą,według reklamy, najlepszym dodatkiem do kurczaka - żali się.

- Jednak gdy uświadomimy sobie, że kurczaki dostępne dziś w sklepach są hodowane w nienaturalnych warunkach i faszerowane hormonami, aby szybciej rosły, może pomyślimy o ograniczeniu ich w jadłospisie. Mój tata mawia, że kura zje wszystko, nawet kamienie. Dlatego zachęcam do jedzenia indyka - w hodowli on jest o wiele bardziej wymagający. W domu zawsze przygotowuję córce mięso indycze, mimo że ona, jak typowa trzynastolatka, domaga się na obiad kurczaka - wyznaje Ewa Wachowicz.

- Może Polacy nie potrafią przyrządzić innego mięsa niż kurczak? - bronię rodaków. - Może nie mają czasu na długie pichcenie pieczeni?

- Oczywiście, że tak jest, ale czasem warto się nieco postarać - przekonuje Wachowicz. - To naprawdę nie jest trudne. Mamy w Polsce tendencję do przesmażania mięs, zwłaszcza wołowiny, a ona przecież powinna pozostać w środku lekko krwista. Proszę mi wierzyć, wystarczy dobra marynata i kilka minut na rozgrzanej patelni lub grillu, a czerwone mięso będzie wyśmienite. Staram się do tego przekonać Polaków w moich programach i cieszę się, bo widzę, że to przynosi zamierzony skutek.

Ze skrajności w skrajność


Podatni na kulinarne trendy łatwo popadamy w przesadę. Dlatego też co rusz na topie są nowe diety, dania albo składniki. Ostatnio po Polsce panoszy się dieta bezglutenowa. Gluten - składnik obecny m.in. w produktach zbożowych, na który uczulone są osoby chorujące na celiakię, zyskał złą sławę głównej przyczyny otyłości, przez co ze swoich jadłospisów zaczęli go wycofywać nie tylko ci, którzy go nie tolerują, ale wszyscy dbający o sylwetkę i zdrowie. Na potęgę jedzą więc teraz kaszę jaglaną, która glutenu nie posiada.

Aga Kozak dopatruje się w tym kolejnej mody. - Tych jedzeniowych mód przeszło już przez Polskę kilka: od zachwytu nad fast foodami na początku lat 90., przez miłość do kuchni włoskiej i chińskiej, aż po fioła na punkcie sushi i kuchni molekularnej, co kilka lat temu dopadło duże miasta, zwłaszcza Warszawę. Cała stolica jadła sushi. To było totalnie hipsterskie, a każdy szanujący się i nieźle zarabiający młody człowiek musiał sushi lubić i jeść. Potem jednak ten entuzjazm opadł i na sushimaniaków zaczęliśmy patrzeć z lekkim uśmieszkiem - dodaje.

Nic dziwnego, że Katarzyna Bosacka nazwała Polskę największą "suszarnią" Europy, a Magda Gessler wciąż grzmi z telewizora, że przez te surowe ryby chyba pół Warszawy musi mieć już tasiemca. Restauratorka nawołuje tym samym do zwrócenia się ku kuchni typowo polskiej. I trafia w samo sedno.

Czy w takim razie już jeść sushi nie wypada? - Wypada, ale zawsze po takim boomie przychodzi spadek zainteresowania daną kuchnią. Potem ląduje o półkę niżej i tam jej pozycja się normuje. Jeśli mamy ochotę na sushi, to wiemy, gdzie pójść, wiemy, jak to zjeść, co zamówić. Ale nie jest to już nic, z czym warto się fotografować - kwituje Kozak. 

Do zobaczenia w ogrodzie

Co w takim razie będzie następnym trendem, który nas dopadnie? - Powoli zaczynamy odchodzić od kupowania w hipermarketach. Snobizmem jest teraz zaopatrywanie się u producentów żywności albo przynajmniej w małych, ekologicznych sklepikach. Modny powoli staje się też guerilla gardening w wersji farmerskiej, bardzo już popularny na Zachodzie, czy hodowanie własnego jedzenia w przydomowych ogródkach, nawet na balkonie - mówi Aga Kozak.

Jeśli nie masz balkonu, zawsze pozostaje hodowanie ziół w doniczkach na parapecie. Grunt, żeby było zdrowo, lekko i zielono, bo właśnie takie jedzenie będzie dominującym trendem kilku najbliższych sezonów.

Co jeszcze? Nie zapomnijmy o surowiźnie - ruch miłośników raw food, czyli niegotowanego jedzenia, dotarł już nad Wisłę i ma się całkiem nieźle. W Stanach Zjednoczonych był na topie kilkanaście lata temu - kto oglądał "Seks w wielkim mieście", wie, że właśnie w barze z surowizną Samantha poznała Smitha Jerroda. Ona nie polubiła zimnych zup i zielonych koktajli, w Polsce z pewnością znajdą się na nie amatorzy, którzy będą przekonywać resztę, że może już dość tego kurczaka.

Choć w badaniu "Polska na widelcu" tylko 1 proc. Polaków deklaruje, że zdrowo się odżywia i bardzo zwraca uwagę na to, co je, to aż 63 proc. jest przekonanych, że odżywia się całkiem normalnie i w ten sposób automatycznie dostarcza organizmowi tego, czego potrzebuje.

To może być znak, że zasady zdrowego żywienia wchodzą nam w nawyk, bo już połowa rodaków wybiera w sklepie produkty bez sztucznych konserwantów (w 2010 r. było ich 36 proc.), a 33 proc. - ze sztucznych barwników (4 proc. więcej, niż dwa lata wcześniej).

Jak długo jeszcze potrwa ten kulinarny szał? Czy za kilka lat będziemy mogli z przekonaniem stwierdzić, że w tym kraju naprawdę żyją miliony smakoszy? - Z gotowaniem i jedzeniem dobrych rzeczy, jest jak z jazdą na rowerze, tego się nie zapomina - mówi Kozak. Jak już ktoś nauczy się dobrze jeść, to nie zejdzie poniżej pewnego poziomu. Histerii już nie będzie, ale kultura dobrego jedzenia nigdy nie przestanie być ważna. Na szczęście.  

Karolina Siudeja

--------
* Dane pochodzą z raportu "Polska na widelcu - zwyczaje żywieniowe Polaków". Badanie zrealizowane w ramach omnibusa CAPI na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie 1000 Polaków powyżej 15. roku życia w listopadzie 2012 roku przez instytut GfK Polonia.

Dowiedz się więcej na temat: Aga Kozak | Polska gotuje | food revolution | Ewa Wachowicz | potrawy | kuchnia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje