Przejdź na stronę główną Interia.pl

Popatrz na mnie

Nie powtarzają: „A ja w twoim wieku…”. Zrozumiały, że córki same muszą wybrać własną drogę. Kochają je, wspierają i tylko czasem trochę im zazdroszczą, że dziś świat stoi przed nimi otworem.

Dorota Kolak (56 l.), aktorka teatralna, znana między innymi z serialu "Przepis na życie" i filmu "Dzień kobiet" Marii Sadowskiej, spotyka się przed gdańskim teatrem Wybrzeże z córką Katarzyną Michalską (28 l.), wyglądają jak koleżanki. Świetne figury, jedna i druga w skórzanych kurtkach. Obie mają angaż w tym samym teatrze. Rozmawiają o czymś z ożywieniem, widać, że doskonale się rozumieją.

Reklama

- Dziś, gdybym była moją córką i miała jej umiejętności językowe, muzyczne, taneczne, wyjechałabym na przykład do Hiszpanii albo Włoch i tam próbowała grać - mówi Dorota Kolak. - W młodości marzyłam, aby gdzieś wyruszyć, ale nie było takich możliwości. Z kolei Kasia raczej nie myśli o szukaniu pracy za granicą. Chce grać tutaj, choć świetnie zna języki. Ja do życia podchodziłam poważnie. Liceum i studia spędziłam pracowicie, dużo się uczyłam, byłam spięta. W szkole teatralnej słyszała, że jest zbyt ułożona, brakuje jej szaleństwa.

- Kasia na studiach zachowywała się zupełnie inaczej niż ja. Korzystała z życia i sporo imprezowała. Nadal spotyka się z kolegami ze studiów. Ma trzy przyjaciółki jeszcze z podstawówki muzycznej. Ja tak łatwo nie zawierałam znajomości.

Kolak mówi, że dla córki wolność wyboru miejsca do życia jest czymś oczywistym, stanem naturalnym, dlatego nie marzy o wyjazdach. Ona pierwszy raz w daleką podróż wybrała się z mężem i małym dzieckiem dopiero na początku lat 90.

- Życie w socjalizmie - wszyscy wiedzą, jakie było - nie przypominało raju, ale starałam się być wolna. Zawsze robiłam, co chciałam, i nie kalkulowałam - twierdzi.

Gdy wspomina czasy dorastania, wraca do początku lat 70. Chociaż sklepy świeciły pustkami i nie można było nic dostać, potrafiła ubrać się oryginalnie. Razem z młodszą siostrą szyły suknie z farbowanych pieluch tetrowych, nosiły torby robione na drutach. Liczyła się kreatywność. - Teraz od nadmiaru rzeczy w sklepach można dostać zawrotu głowy. Ale czy to takie fajne? - zastanawia się aktorka. - Z drugiej strony cały czas trwam w zachwycie, że żyję w nowych czasach. Uważa jednak, że dzisiaj młodym aktorom jest trudniej wystartować. - Trzeba zabiegać, krążyć po castingach. Wtedy, zaraz po szkole, nie umiałabym tego robić. Fatalnie znosiłam zdjęcia próbne do filmów, a niepowodzenia działały na mnie przygnębiająco. Kasia też wprawdzie przeżywa porażki, ale stara się szybko o nich zapomnieć i walczy dalej. Trochę jej tego zazdroszczę. Mnie brak było odwagi, umiejętności podejmowania ryzyka. Sporo czasu zajęło mi zbudowanie wiary w siebie - wspomina.

Córce, podobnie jak matce, udało się jednak szybko zadebiutować na scenie. Była na trzecim roku PWST, gdy zagrała we wrocławskim Teatrze Współczesnym. Teraz występuje w "Czarownicach z Salem" w reż. Adama Nalepy w teatrze Wybrzeże. Zdaniem Doroty Kolak zawód aktora to loteria, trzeba mieć szczęście. Zawsze powtarzała córce, że musi mieć świadomość, w co się pakuje. Uważa, że sama zbyt dużo energii poświęciła pracy, czasem nawet kosztem rodziny. Aktorka i jej mąż (aktor Igor Michalski - przyp. red.) poznali się na trzecim roku studiów. Szybko się pobrali i zamieszkali razem, najpierw w Kaliszu, potem w Gdańsku. Zaczęli pracować w teatrze Wybrzeże.

- Kasia też jest w związku, ale długo do niego dojrzewała - ocenia mama. - Wydaje mi się, że teraz kobiety są rozważniejsze, mają inne podejście do tego rodzaju relacji. Młodzi ludzie najpierw próbują ze sobą pobyć, a decyzję o ślubie i dziecku podejmują później, za to świadomie. Mówi się, że dzisiejsza trzydziestka to dawna dwudziestka, a czterdziestka jest trzydziestką, i coś w tym jest. Nie chcę córce niczego narzucać, ale wiem, że gdybym dostała jeszcze jedną szansę, miałabym nie tylko Kasię, ale dwoje albo troje dzieci.

---------

Kasia Kowalska (39 l.), wokalistka, patrząc na córkę Aleksandrę (16 l.), uczennicę w angielskiej szkole średniej, zauważa, że czas płynie bardzo szybko.

- Przyszedł dzień, gdy zaczęły mi ginąć z szafy ubrania - śmieje się Kasia, kiedy siedzimy przy kawie w warszawskiej kawiarni. - Wtedy zrozumiałam, że Ola dojrzewa. Złoszczę się, tłumaczę, proszę, aby mi o tym mówiła. Ale na nią nie można się długo gniewać, bo Ola to kolorowy ptak. Niedawno córka rozjaśniła sobie końcówki włosów. Kasia się zdenerwowała. - Przypomniałam sobie jednak, że jako 15-latka ogoliłam głowę na łyso, jeździłam do Jarocina - dodaje. - Oczywiście, mojej mamie wcale się to nie podobało, natomiast dla mnie to była oznaka buntu, fascynacji rockiem, próba odcięcia się od szarej rzeczywistości. Ola zachowuje się podobnie, tylko czasy się zmieniły i lansowane trendy. Córka interesuje się modą, fajnie rysuje, marzy o projektowaniu ubrań.

Kasię Kowalską niepokoi dzisiejszy ujednolicony świat, a w nim mnóstwo impulsów, które rozpraszają, na przykład portale społecznościowe. - Mnie wydają się przekleństwem, dla córki są błogosławieństwem - mówi. - Próbowałam to kontrolować, ale teraz z tym nie walczę. Niepotrzebnie się tylko denerwuję. Już taki mam charakter, że częściej widzę wszystko w czarnych kolorach. Ola jest inna niż ja, otwarta, radosna. Od września ubiegłego roku uczy się w Anglii.

- Cieszę się, że córka zna swoją wartość, że mnie, samotnej matce, udało się ją wychować tak, żeby nie czuła się gorsza. Wiem, że wszędzie się odnajdzie i sobie poradzi. W młodości żyłam w poczuciu totalnej szarości. Jestem wychowana w komunie: enerdowskie zegarki, tran, Czarnobyl. To jakieś piętno, z którego trudno się wyzwolić. Może mam pretensję o tamte lata. W tym roku kończę czterdziestkę, ale czuję, że jeszcze wiele przede mną: gram koncerty, w planie mam nowe projekty - mówi Kasia Kowalska. - Dużo uwagi staram się poświęcić dzieciom, także mojemu pięcioletniemu synkowi. Wszystkie plany i tak zweryfikują los i czas.

Czy zawodowo mogłabym osiągnąć więcej? Sama nie wiem, ale gdybym była dziś nastolatką, uczyłabym się gry na instrumentach. Mimo że zdałam do szkoły muzycznej, rodzice nie pozwolili mi do niej chodzić. Ale ja i tak dopięłam swego, bo muzyka była moją pasją.

-------------

Beata Kawka (46 l.), aktorka, kierownik produkcji i reżyser dubbingu, właścicielka Film Factory Studio, jest w swojej firmie na Saskiej Kępie. Odbiera telefon od córki Zuzanny (17 l.), uczennicy pierwszej klasy Liceum im. H. Kołłątaja w Warszawie.

- Córciu, spakowałaś się? Wzięłaś wszystko? A pasta do zębów, lekarstwa? - dopytuje. - Różnice między moją młodością a czasami, w których dorasta córka, są fundamentalne - twierdzi Kawka. - Wtedy wszystko toczyło się na podwórku. Grałam w gumę, biegałam do koleżanek. Zuzia też prowadzi życie towarzyskie, jednak kontaktuje się głównie drogą wirtualną. Ale ja jej tego nie zazdroszczę, uważam, że moja młodość niosła prawdziwą radość i emocje. Przyznaje, że w wieku córki była kochliwa, ale tylko marzyła o romantycznych pocałunkach. Zuzia pierwszą miłość przeżyła już w gimnazjum.

- Dużo z nią rozmawiam, rozumiem, że świat jest dziś kompletnie inny, bywam jednak zaskoczona, gdy słyszę od niej o seksie nastolatków czy używkach - mówi. - Żartuję czasem, że nie sfinansuję jej wesela, gdyby postanowiła wyjść za mąż jako 20-latka. Sama poznałam jej tatę zbyt wcześnie. Oczywiście, jestem szczęśliwa, że urodziłam dziecko, ale z perspektywy wiem, że są małe szanse, aby uchronić związek bardzo młodych ludzi przed trudami życia. Żaden ze znanych mi nie przetrwał. Subiektywnie wierzę, że trzeba dać sobie szansę na rozwój, dojrzeć, nabrać świadomości, aby umieć być z kimś i zadbać o miłość, tak żeby kwitła przez wiele lat. Aktorka wpaja córce, by była samodzielna i niezależna. Nią samą długo sterowała silna matka, dlatego daje Zuzannie wolność i stara się nie kierować jej gustem, zainteresowaniami.

- Córka kocha musical, ja nie za bardzo, ale niekiedy słucham z nią fragmentów, które ją zachwycają, a czasem ona rocka, którego ja bardzo lubię - dodaje Kawka. Zuzia jest uzdolniona artystycznie, zagrała już małe rólki w filmie i serialach. Beata od dzieciństwa marzyła o aktorstwie, ale dostanie się do warszawskiej PWST było prawdziwym wyzwaniem. Pochodzi ze skromnej rodziny, która nie miała nic wspólnego ze sztuką. W Inowrocławiu chodziła do szkoły muzycznej, często wyjeżdżała do teatrów. Teraz sama chce ułatwić córce rozwój artystyczny.

- Namawiam ją, aby szlifowała języki, a potem ruszyła w świat - mówi aktorka. - Zuzia zna bardzo dobrze angielski, francuski, uczy się hiszpańskiego. Dziś jest już obywatelką świata, a po maturze będzie mogła studiować wszędzie. Kiedy po studiach w 1991 roku wyjechałam do Nowego Jorku, moja słaba znajomość angielskiego pozwoliła tylko na pracę kelnerki lub opiekunki do dzieci. Wróciłam, bo chciałam grać po polsku i tutaj. Gdybym tam została, z pewnością nie byłabym aktorką. Czy żałuję? - zastanawia się. - I tak, i nie. Z sentymentem wspomina czasy studiów.

- Jestem szczęściarą, bo mogłam uczyć się od mistrzów: Seniuk, Holoubka, Łomnickiego, Benoit. Gdy zaczynałam pracę w teatrze, starsi obserwowali młodych, trzeba było się przedstawić, zasłużyć na ich uwagę, potem przyjaźń. Uczono nas szacunku do gry w zespole, pokory, kindersztuby. Dziś z moim podejściem do pracy aktora jestem jak dinozaur - śmieje się aktorka. Kawka nie chce występować w popularnych show, to nie jej świat. Na szczęście córka ją w tym wspiera.

- Kiedyś dostałam taką propozycję i zastanawiałam się, co robić, bo pieniądze by się przydały. Zapytałam Zuzię, wtedy 11-latkę, a ona odpowiedziała: "A co za to mogłabyś kupić?". "Jeszcze jeden pokój", odparłam. "Ale jak go nie będziemy miały, to nic się nie stanie?". "Nic". "To w czym problem? Ty tam nie pasujesz" - skwitowała córka. - Wiem, że Zuza poradzi sobie wszędzie, ma trzeźwy ogląd rzeczywistości, jest pracowita i ma w sobie pokorę - podsumowuje Kawka.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje