Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pomyłka w niebie

Barbara nie miała odwagi powiedzieć córce, że jest adoptowana. Anna zwlekała kilka lat, zanim wyjaśniła swojej, że są dzieci z brzucha i dzieci z nieba i że ona jest z nieba właśnie.

Edyta chciała być szczera, ale nie potrafiła wytłumaczyć Klarze, dlaczego ma dwie mamy. Jak rozmawiać o adopcji, żeby mniej bolało? Opowiadają matki i adoptowana córka.

Inna, ale twoja

Reklama

Ewelina, adoptowana córka Barbary

Zawsze wiedziałam, że nie jestem do was podobna. Jedyna szczupła i niska w rodzinie. Czasami wołałam cię do lustra. Stawałyśmy obok, a ja mówiłam: "Zobacz, mamy inne nosy, inne usta". Śmiałam się, a ty się denerwowałaś, peszyłaś: "Nie jestem taka śliczna jak ty". Pierwsze podejrzenia, że jestem adoptowana, pojawiły się na ślubie kuzynki. Ciotka Helena po kilku kieliszkach wina powiedziała: "Ciekawe, czy twoja mama też jest taka piękna? - Moja mama siedzi obok" - odpowiedziałam. A ona zbladła. Chciałam drążyć temat, ale powiedziała, że źle się czuje, i wyszła.

W rodzinnych albumach zaczęłam szukać zdjęć. Były i te ze mną niemowlakiem. Kilka dni po weselu zapytałam cię: "Pamiętasz, jak mnie rodziłaś?", i modliłam się, żebyś powiedziała "tak". "Oczywiście. Poszło szybko, nie bolało mnie bardzo", usłyszałam. A potem opowiedziałaś, jak tata czekał przed szpitalem z bukietem lilii, na które ty masz uczulenie. Nie wiedziałam, że opowiadasz historię porodu mojej siostry, która przyszła na świat dwa lata później.

Zawsze byliście mili. Wy, dziadkowie, ciotki. Milsi niż dla młodszej siostry i brata. Uśmiechaliście się pobłażliwie, gdy pyskowałam, nie krzyczeliście za złe oceny. Inaczej niż rodzeństwo, nie musiałam wynosić śmieci. Ale ich częściej przytulaliście. Kiedy potrzebowałam twojego dotyku, biegłam, prosząc, żebyś uczesała mi włosy. Robiłaś warkocze, a ja czułam twoją bliskość i było mi dobrze. Zawsze patrzyłam na ciebie krytycznie. Nie rozumiałam, dlaczego wracając zmęczona z pracy, bierzesz się do prasowania. Dlaczego nie kupujesz książek? Dlaczego się nie cieszysz, gdy zaprzyjaźniam się z kimś z klasy?

Zazdrościłam koleżankom, kiedy opowiadały o wypadzie na lody. Wtedy nie wiedziałam, że bałaś się, że rodzice innych dzieci mogą znać prawdę. Miałam 14 lat, gdy postanowiłam się zabić. Chciałam zdawać do liceum o profilu artystycznym albo do szkoły muzycznej, ale usłyszałam: "Nie i kropka, nie dyskutuj". Wybraliście mi technikum ogrodnicze. Połknęłam wszystkie tabletki z twojej apteczki. Ocknęłam się w szpitalu. Staliście nad łóżkiem i mówiliście: "Ona ma to samo co tamta, identyczne skłonności". Tę scenę przypomniałam sobie po latach, gdy poznałam prawdę.

Technikum ogrodnicze skończyłam, bo mnie błagałaś. Myślałam, że boisz się o moją przyszłość, wolisz, żebym miała zawód. Dopiero później się dowiedziałam, że w obu szkołach, do których chciałam zdawać, kiedyś uczyła się moja matka.

Drugi raz trafiłam do szpitala cztery lata później. Z ciśnieniem 200/110. "Czy w rodzinie były przewlekłe choroby?", dopytywał lekarz. Mówiłaś: "chyba nie". W domu usłyszałam rozmowę twoją i mojej młodszej siostry. "Trzeba pójść do jej matki, zapytać. Ona może umrzeć". Siedziałam w pokoju i z przerażenia zaczęło brakować mi powietrza. Miałam 18 lat. Wyszłam i zapytałam cię: "Czy ja byłam adoptowana?". Znów modliłam się, że zaprzeczysz. Ale tym razem powiedziałaś: "Usiądź, porozmawiamy". Nie pamiętam, co mówiłaś. Coś o trosce, miłości, że chciałaś mi pomóc. A ja zaczęłam się drzeć: "Kim jest moja matka?!". "Ja nią jestem!", mówiłaś. Powiedziałam: "Lepiej byłoby, gdybym została w domu dziecka!". Dostałam w twarz. Wtedy wzięłam do ręki nóż i przecięłam nadgarstek.

Postanowiliście mnie ukarać. Obiady do pokoju przynosiła siostra, nie mogłam jeść z wami. Ojciec odezwał się tylko raz: "Wychowaliśmy jednak kogoś obcego". Gdy krzywdę robi własna matka, czuje się złość, ale i więź. Ja czułam pogardę. Szkolny pedagog, do którego poszłam po radę, próbował was tłumaczyć, mówił, że chcieliście jak najlepiej. Ale ja wtedy nie myślałam o was, zastanawiałam się, jaka jest moja matka. Ta prawdziwa. W głowie stworzyłam scenariusz: była za młoda, żeby mnie wychować. Teraz żałuje, chciałaby odnaleźć. Jest piękna i mądra. Po niej lubię muzykę cerkiewną i nie umiem radzić sobie z życiem. Wybaczymy sobie i się zaprzyjaźnimy.

Ale nie chciałaś mi pomóc jej znaleźć. Gdy o to prosiłam, krzyczałaś, że zmarnowałam ci życie. Więc robiłam na złość i wracałam do domu na rauszu. Żebyś jeszcze bardziej żałowała. Wstydziłam się, że byłam adoptowana, kiedyś niepotrzebna. Powiedziałam tylko chłopakowi i przyjaciółce. Wspierali mnie. A ty? W urzędzie wystąpiłam o wydanie aktu urodzenia, ale wpisani w nim byliście wy jako moi rodzice. Urzędniczka wytłumaczyła, że przy przysposobieniu pierwszy akt zostaje utajniony i można go dostać po wyroku sądowym.

Napisałam do sądu. Czekałam. Rok później zdałam na biotechnologię i wyprowadziłam się do chłopaka. Nie zatrzymywaliście. Odpuściliście mnie sobie jak kiedyś matka. W końcu dostałam akt. Matka: Małgorzata Konarska. Ojciec: nieznany. Na internetowych stronach pomagających odnaleźć bliskich napisałam: "Szukam matki, która nazywa się tak i tak, urodziła się w Warszawie 6 lipca 1959 roku. Mam nadzieję, że ktoś to przeczyta i da mi znać. Za pomoc dziękuję". Nie dostałam odpowiedzi.

Telefonicznie zaprosiłam was na ślub. Miałam wtedy 21 lat i bardzo chciałam urodzić dziecko, stworzyć prawdziwą rodzinę. Kupiliście nam dwuletniego seata, którego ojciec dzień przed uroczystością zaparkował pod naszymi oknami. Nie rozumiałam, po co ten gest. Ale przyjęłam samochód, uważałam, że w ten sposób pomogę wam zmyć wyrzuty sumienia.

Twoją córką stałam się na nowo, gdy rok później urodziłam synka. Po porodzie wpadłam w depresję. Mąż pracował, pomagała mi Wiktoria, młodsza siostra. Raz zadzwoniła po ciebie. Podobno leżałam w łóżku, a obok mnie darło się głodne dziecko. Patrzyłam w sufit. Zaopiekowałaś się nami. Wobec mnie byłaś oschła. Wobec wnuka czuła. Przychodziłaś codziennie, a ja leżałam. Przestałam karmić, bo musiałam zacząć brać antydepresanty.

Dziś cię podziwiam, nie wiem, jak mogłaś znaleźć siłę, żeby mnie, obcą, pokochać. Ja potrzebowałam roku, żeby zacząć kochać swoje dziecko. W końcu powiedziałaś mi, kim była moja matka. Pamiętałam ją z dzieciństwa. Gdy chodziła po osiedlu, uwielbiałam na nią patrzeć. Zawsze ubrana na czarno, w kapeluszu. Nawet latem w sukni do kostek. Natchniona jak Anita Ekberg z "Dolce vita".

I ściskało mnie serce, gdy dzieci ją szarpały albo wyzywały od wariatek. Ja sama nie miałam śmiałości podejść. W dzielnicy mówiło się, że była obiecującą operową śpiewaczką, ale załamała się przez alkohol i śmierć męża, i że potem spała z wieloma mężczyznami. W końcu zniknęła. Nic nie czułam. Nie wiem, czemu kiedyś wydawało mi się, że ktoś, kto tylko dziewięć miesięcy z niechęcią nosił mnie w brzuchu, jest ważny. Przestało mnie interesować, co się z nią dzieje.

Cieszę się, mamo, że tak kochasz mojego synka, że dzięki niemu znowu jesteśmy ciut bliżej. Bo potrzebuję cię, moja druga-pierwsza mamo. Wiem, że marzysz o kolejnych wnukach, ale na mnie nie licz. Mam 28 lat i dopiero dostałam pierwszą pracę, macierzyństwo ją opóźniło. Niedawno przeczytałam, że adoptowane dzieci cierpią na syndrom odrzucenia i często nie są w stanie stworzyć normalnego domu. Ja tego problemu nie mam. Może dlatego, że dowiedziałam się tak późno, nie wychowywałam się w poczuciu, że byłam niechciana? Nie wiem. W internecie znalazłam cytat: "Być adoptowaną to być amputowaną i przyszytą z powrotem. Bez względu na to, czy odzyskasz siły, czy nie, na zawsze pozostaje blizna". Dziś mam bliznę, już nie ranę.

Dowiedz się więcej na temat: adopcja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje