Przejdź na stronę główną Interia.pl

Po co ty to wszystko opowiadasz?

Kocha życie i zawsze idzie na całość. Kuksańce od losu zmienia w barwne anegdoty. Nie unika ryzyka, nie boi się przerysowania. Wyrazista, zabawna, kolorowa. Maryla Rodowicz.

Gdzie można spotkać Marylę Rodowicz? Oczywiście w hotelu Victoria w Warszawie, obecnie odmienionym i przekształconym w Sofitel. W czasach socjalizmu to miejsce było oazą luksusu, kolorową plamą na szarej mapie stolicy. Przyciągało artystów, którzy chętnie gromadzili się w tutejszym "zielonym barku", by prowadzić życie towarzyskie. W latach 80. w hotelowej restauracji natykali się głównie na Arabów. Jak się potem okazało, członków organizacji terrorystycznej. Raz doszło nawet do strzelaniny na schodach.

Reklama

Dziś nie ma już śladu dawnego klimatu. - Miło, kulturalnie, dyskretnie, przede wszystkim cicho - chwali Maryla Rodowicz. - Zawsze mam miejsce parkingowe i wolny stolik. Przychodzę tu, gdy chcę spokojnie porozmawiać. Tym razem okazją do spotkania jest nowy album, na który złożyły się, nagrane w nowej aranżacji, największe polskie hity lat 50. Słychać na nim jazz, swing i brzmienie amerykańskich big-bandów. - Moje dzieci namówiły mnie, żeby nagrać tę płytę - zdradza piosenkarka. - I to bez względu na koniunkturę.

Zawsze wydawało mi się, że wszystko potrafię. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Jako siedmiolatka zapragnęłam jeździć konno, i dopięłam swego, tak samo było z łyżwami i nartami. W moich czasach szkolnych organizowano "biegi walterowskie", czyli wyścigi na biegówkach ze strzelaniem do tarczy. Zgłosiłam się na ochotnika, choć nie miałam żadnego sprzętu. Biegłam po płaskim terenie na pożyczonych od mamy nartach zjazdowych (w za dużych butach, z nieruchomą piętą). To był horror, ale dobiegłam. I strzelałam, mimo że wcześniej ani razu nie trzymałam karabinu w rękach. Nigdy nie bałam się ryzyka, zawsze silniejsza była ciekawość.

Wiarę w siebie odziedziczyłam chyba w genach. Wychowały mnie silne kobiety, mama i babcia. Zaradne i niestrudzone. Musiały radzić sobie same. Gdy miałam trzy lata, ojciec trafił do więzienia z powodów politycznych. Wyszedł na wolność po śmierci Stalina. Wkrótce potem rodzice się rozwiedli. W wakacje jeździłam do ojca, ale brakowało między nami psychicznej więzi. Był naukowcem, entomologiem. Zamknięty w sobie i wiecznie zagłębiony w książkach. Całymi dniami preparował motyle. Tak go zapamiętałam. Myślę, że moja późniejsza skłonność do znajdowania sobie trudnych partnerów brała się z tego niezaspokojonego pragnienia zbliżenia się do ojca.

Jako dziecko byłam radosna i pełna energii. Mój temperament irytował nauczycieli. Ogromną potrzebę aktywności pacyfikowałam, uczęszczając na całe mnóstwo zajęć: balet, sport, szkoła muzyczna, kółko recytatorskie i ognisko plastyczne. Lubiłam prowokować. W liceum wystąpiłam na akademii z okazji Dnia Nauczyciela. Włożyłam czerwoną sukienkę i zaśpiewałam: "Zna się knajpę Pod Aniołem, podła knajpa, lecz po drodze". Wybuchł skandal. Dostałam naganę i omal nie wyrzucono mnie ze szkoły. W czasach granatowych fartuszków i nudnych przemówień takie wyskoki były surowo potępiane.

Zawsze odczuwałam potrzebę podkreślania swojej indywidualności strojem. Zaczęło się od przydziałowych dresów, które dostawałam we włocławskim klubie lekkoatletycznym Kujawiak. Były okropnie brzydkie, bure, więc sama zaczęłam wymyślać i projektować. Szyła babcia, która była moją wielką fanką. Inspiracje czerpałam z kącika mody w "Przekroju" prowadzonego przez Barbarę Hoff. Pamiętam, jak na obozie sportowym furorę zrobiły moje spodnie z żeglarskiego płótna w żółto-czarne paski. Pierwsze kostiumy, w których występowałam na festiwalach, też wyszły spod ręki babci. Do Opola uszyła mi długą spódnicę z kawałków materiałów. Przepasałam się sznurem do bielizny. To były czasy hipisowskie, czasy kolorowej mody i wolnej miłości.

Związki z mężczyznami przeżywałam bardzo emocjonalnie. Do tego stopnia, że uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie. Zakochiwałam się gwałtownie i na amen. Płakałam, czekałam, tęskniłam. Moje życie było jedną wielką szarpaniną. Dla uczucia mogłam poświęcić wszystko, nawet karierę.

Tak było po nagraniu pierwszego singla w Londynie, gdy dostałam propozycję, żeby wyruszyć w trasę koncertową z topowym wówczas zespołem Beach Boys. W stolicy Anglii wisiały już ogromne plakaty zapowiadające mój występ w Royal Albert Hall, ale ówczesny czeski narzeczony prośbą i groźbą próbował wymusić na mnie, żebym nie jechała. Pewnie bał się, że już nie wrócę. Pod jego wpływem zadzwoniłam i powiedziałam, że nie przyjadę, bo mama chora, i takie tam wymówki. Wybuchła afera, że zerwałam kontrakt, strona brytyjska zażądała wysokiego odszkodowania. Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co oznacza taki ruch w moim życiu zawodowym. Dziś mogę tego tylko żałować. A z zazdrosnym Czechem i tak się rozstałam. Uciekłam od niego z dwiema walizkami.

Szybko podnosiłam się po miłosnych porażkach. Kiedy mijał toksyczny związek, czułam ulgę. Tylko że szybko pojawiał się następny. Miałam krótkie przerwy. Dość długo prowadziłam barwne, cygańskie życie. Oprzytomniałam, gdy zaszłam w ciążę. Nagle okazało się, że nie mam gdzie mieszkać - ani łyżki, ani stołu. Nie miałam nic. Pomogli przyjaciele i mama. W najtrudniejszych momentach zawsze mogłam na nią liczyć.

Bardzo bałam się, że dziecko oznacza koniec kariery. Nie wyobrażałam sobie, jak można pogodzić życie rodzinne z artystycznym. Dwa dni po pierwszym porodzie, kiedy byłam jeszcze w szpitalu, zadzwoniła do mnie Olga Lipińska. "Nagrywamy świąteczne wydanie kabareciku, musisz wystąpić", powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. "Ale ja właśnie urodziłam dziecko, karmię piersią", tłumaczyłam. "Nic nie szkodzi", oznajmiła. W telewizji, w przerwach między próbami, pędziłam do domu nakarmić Jaśka. W stroju jasełkowego anioła, z wielkimi skrzydłami, ledwo mieściłam się w windzie.

Macierzyństwo mnie odmieniło. Stałam się troskliwa, nadopiekuńcza, taka prawdziwa mama-kwoka. Odkryłam w sobie potrzebę domu, stabilizacji i bezpieczeństwa. Potem był czas, że zostałam sama z dwojgiem malutkich dzieci i musiałam zarobić na utrzymanie rodziny. Wyjeżdżałam w sześciotygodniowe trasy po Związku Radzieckim i USA. Jako artystka i matka jednocześnie czułam się rozdarta.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje