Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ogień i woda

Trudne związki, skrajne emocje, nic stałego, tak widzi czas, gdy szukała samej siebie. Żadnych deklaracji, na pytanie o dziecko odpowiadała „kiedyś”. Nie żałuje, zdążyła się nasycić pracą, wolnością. Skąd zmiana? Spotkałam właściwego mężczyznę – przyznaje. Teraz zamiast iść na imprezę, woli spędzić wieczór przed kominkiem. Godzinami może mówić o byciu mamą. W lustrze widzę kogoś, kto nie ściemnia – mówi. Oto definicja szczęścia według aktorki Mai Ostaszewskiej.

Pozornie łagodna, szybko okazuje się stanowczym rozmówcą. I asertywnym. Choć Maja Ostaszewska nie unika odpowiedzi na żadne z pytań, chwilami zaznacza: „tu zaczyna się już mój obszar wyłącznie prywatny”. Kilka razy przekładamy spotkanie, bo jej córeczka ma gorączkę. „Dzieci są teraz najważniejsze”. W końcu się udaje.

Reklama

Twój STYL: „Maja już nie jest femme fatale ani diwą” – usłyszałam niedawno o tobie. To kim jesteś teraz?

Maja Ostaszewska: Ciekawe, od kogo to usłyszałaś. Nie wiedziałam, że kiedykolwiek poza sceną byłam diwą lub femme fatale. Na scenie mogę stać się jednego dnia mistyczką, drugiego morderczynią. Ale w życiu staram się być po prostu sobą. Na pierwszym miejscu stawiam dzieci. Mam dwójkę: Franka, już prawie trzylatka, i siedmiomiesięczną Janinkę. Przy nich jestem przede wszystkim mamą, ale taką, która nie rezygnuje z własnych pasji. Jestem właśnie dwa tygodnie po premierze "Wiarołomnych" w Teatrze Rozmaitości, w których zagrałam główną rolę. Trochę się obawiałam, czy dam radę. Okazało się, że przy dobrej organizacji życia i wsparciu mojego partnera (Michał Englert, operator filmowy – red.) wszystko dało się pogodzić.

Żałujesz, że późno zostałaś mamą. Nie czułaś wcześniej instynktu?

- Czułam. Już w liceum uwielbiałam pracę niani. Na hasło „dziecko”, zawsze mówiłam „kiedyś na pewno”. Ale świadomie odsuwałam ten moment. Franek urodził się po moich 34. urodzinach. Wcześniej nie byłam gotowa na macierzyństwo. Pochłaniała mnie praca, Kiedy zaczęliśmy być parą z Michałem, potrzeba dziecka stała się dla mnie czymś całkowicie naturalnym i oczywistym. Minęło kilka lat, i proszę, mamy cudowną dwójkę.

Późne macierzyństwo ma więcej zalet czy wad?

- Dla mnie jest wspaniałe! Zdążyłam się nasycić pracą, wyszaleć. Dojrzałam. Jestem bardziej świadoma siebie i tego, czego szukam w związku. Znalazłam nareszcie tego właściwego mężczyznę. Nawet jeśli z powodu macierzyństwa omijają mnie ciekawe role, nie wpadam w panikę. Nie mam poczucia, że się poświęcam. Z życia towarzyskiego też nie jest mi trudno rezygnować.

Kiedy ostatnio szalałaś?

- Wczoraj byłam na koncercie Tony’ego Allena i uświadomiłam sobie, że podobne wyjście miałam trzy lata temu. Nie pamiętam też, kiedy poszliśmy z Michałem do klubu. Ale potrafimy się super bawić w domu, we własnym towarzystwie. W sylwestra tańczyliśmy do świtu. Napaliliśmy w kominku, kupiłam imprezowe czapeczki w szpic i konfetti dla Franka. Michał ugotował wspaniałą kolację. Do północy Franek bawił się z nami, a Janka podrygiwała na leżaczku. Co za impreza! Było naprawdę fajnie...

A trudne momenty macierzyństwa?

- Kiedy nie znajduję chwili dla siebie. Tak było tuż po urodzeniu Janinki, która była wcześniakiem i wymagała szczególnej opieki. Franek miał już dwa lata. Czasem zdarzało mi się płakać z wyczerpania i zmęczenia.

Bardziej polegasz na swojej intuicji czy radach mądrych ludzi?

- Cenię sobie rady mamy, która miała nas czwórkę i wciąż mi pomaga. Poradniki są cenne. Przed narodzinami Franka czytałam ich mnóstwo. Ale przy Janince już ani jednego (śmiech). Uważam, że to ważne, by nie zadeptywać własnej intuicji, umiejętności wsłuchiwania się w potrzeby dziecka. Nie wszystkie polecane metody z poradników się sprawdzają. „Dziecko ma spać w swoim łóżeczku”, czytałam. A Franek krzyczał i nienawidził być oddzielony od nas drewnianymi szczebelkami. Próbowałam też metody: „odkładaj dziecko do łóżeczka, gdy tylko przestaje płakać. Nawet dwieście razy”. Odkładałam, a Franek wciąż płakał. Aż w końcu posłuchałam siebie: „Czy ja naprawdę chcę go izolować? Nie”. Prawdę mówiąc, dopiero dziś uczymy go spać samemu. Za to Janinka utulona przeze mnie lubi być odłożona do łóżeczka. Choć nigdy nie przeszła żadnego „szkolenia”.

Jaką jesteś mamą?

- Na luzie. Dzieci mają być wytulone i bezpieczne, a nie spełniać podręcznikowe normy. Co rano budzi mnie tekst: „Mamusiu, czemu nic nie mówisz” – Franek otwiera mi paluszkami oczy. Żąda pobudki. No i fajnie! Za to Janinka jest zen. Gdy ją karmię, często odsuwa twarz i patrzy na mnie z takim głębokim spokojem. Rano czytamy, oglądamy bajki. Jest przytulanie i tańce przy piosenkach reggae. Dziś rano maszerowaliśmy po domu, śpiewając: „Hej ho, to dla misia ten marsz!”. To taka piosenka z Kubusia Puchatka... Uważaj, bo mogę godzinami mówić wyłącznie o byciu mamą. I niektórym zrobi się nudno.

To powiedz jeszcze tylko, co dzieci w tobie zmieniły?

- Macierzyństwo to trening dla ego i doskonałe ćwiczenie cierpliwości. Franek jest teraz w okresie buntu. Zdarza mu się, kiedy czegoś żąda i nie dostaje, kłaść się i wrzeszczeć. Pewnie, że tracę cierpliwość, ale nigdy nie przekroczyłam przy nim granicy krzyku. W trudnej sytuacji oddycham głęboko i nie daję się sprowokować. Nie karzę. Tylko staram się spokojnie tłumaczyć i być konsekwentna. Uwielbiam być matką, choć nie mogłabym, tak jak moja mama, poświęcić się wyłącznie dzieciom. Muszę się realizować poza domem.

Stąd główna rola w "Wiarołomnych"? Wróciłaś do grania cztery miesiące po urodzeniu córki. Twój partner nie protestował?

- Michał namawiał mnie na powrót do pracy, „nie chowaj się w domu”, powtarzał. Wiedział, że inaczej dopadnie mnie frustracja, zwłaszcza że miałam za sobą trudną ciążę. Przez trzy miesiące musiałam leżeć. Dla nas obojga praca to pasja. Oboje to rozumiemy. Tym bardziej doceniam, że Michał na trzy miesiące przejął wtedy domowe obowiązki. Robił zakupy, opiekował się synem. No i jeszcze nadzorował remont mieszkania.

Jako para dajecie sobie dużo wolności?

- Dobrze być osobno i za sobą zatęsknić. Michał, tak jak ja, ma silne poczucie niezależności. Rok temu kręcił film na Helu z Jackiem Borcuchem. Mieliśmy co chwila się odwiedzać, bo byłam z Frankiem w pobliskich Dębkach. Ale wciąż coś wypadało. I wtedy pomyślałam: może tak jest OK. Właśnie wyszliśmy z okresu pieluch. Michał ma swoją „chłopacką” przygodę. I ma do niej prawo. Odpuściłam sobie wizyty na planie: „Po co mam do niego jechać? Zwalę mu się tam z dzieckiem przy piersi. Będę sfrustrowana, że nie poświęca mi uwagi. Jego to będzie denerwowało”. I... cudownie było się potem zobaczyć. Nie mamy z Michałem potrzeby zawłaszczania drugiej osoby. Szanujemy naszą wewnętrzną wolność. I pamiętamy, że nie wolno nam stać się tylko mamą i tatą. Trzeba dbać o namiętność.

Jaka jest twoja recepta?

- Spontaniczność. Nieprzewidywalność. Przykład? Mieliśmy przeprowadzić się do nowego domu pod koniec roku. Firma przewozowa była zamówiona na 30 grudnia. Ale przed świętami Michał rzucił: „Słuchaj, tam jest tak cudnie, napalimy w kominku, jedźmy już dziś. Wcześniej przewiózł materace i muzykę. Spakowaliśmy dwie walizki najpotrzebniejszych rzeczy dzieci, ich zabawki, i spędziliśmy cudowne święta bez mebli na kołdrze rozłożonej przed kominkiem. Ważne jest też znajdowanie czasu i uwagi tylko dla siebie – chwile we dwoje. Choć przyznaję, to na razie jest trudne.

Brzmi pięknie, ale mówiło się, że rozbiłaś małżeństwo.

- To wersja z brukowców. Fakty są takie, że cztery lata temu spotkałam Michała w Sopocie podczas festiwalu teatralnego. Był wtedy singlem, dawno po rozstaniu z Małgosią (Małgorzata Szumowska, reżyserka, była żona Michała Englerta – red.), z którą zresztą do dziś się przyjaźnią. Zauważyliśmy się na imprezie w SPATiF-ie. Zaczęliśmy tańczyć. O świcie na molo wiedzieliśmy już, że trudno będzie się rozstać. To była eksplozja. Strasznie się zakochałam. Tak szybko i inaczej niż w moich poprzednich związkach potoczyła się ta miłość. No i mamy już dwoje dzieci, kupiliśmy wspólne mieszkanie w starej kamienicy na Mokotowie. Gniazdo zostało uwite...

Ten obraz jest taki bez skazy... Idylla?

- Nie chcę wymyślać problemów na siłę. Jest naprawdę dobrze. Wciąż uwodzi mnie w Michale jego luz. On nie zna słowa: muszę. Jest niezwykle spontaniczny i energetyczny. Jest wspaniałym ojcem. Uzależniłam się od jego poczucia humoru. To nie znaczy, że jesteśmy parą idealną. Przy tak absorbujących zawodach jak nasze i domowych obowiązkach emocje muszą czasem eksplodować.

Reklama

Wasze komentarze (36)

Dodaj komentarz Sortuj

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje