Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie mieć racji - część II

Całe lata żyłam w oczekiwaniu, że zdarzy się coś, co odmieni mój los.

Jesteśmy z Dorotą bardzo związane, choć odkąd skończyła 15 lat, mogłam się tylko modlić, żeby Pan Bóg jej pilnował, bo ja nie byłam w stanie jej okiełznać. Wcześnie wyprowadziła się z domu, wynajęła mieszkanie. Pracowała wtedy w telewizji i zarabiała trzy razy tyle co ja. Za pierwszą pensję zapłaciła zaległe rachunki i kupiła mi kosmetyki, na które mnie nie było stać. Ja pierwszą pensję wydałam w Peweksie na stanik. Jak szaleć, to szaleć. Ona jest niezwykle utalentowana. Robi mnóstwo rzeczy, ostatnio zajęła się projektowaniem wnętrz, ale także świetnie pisze. Tylko mało kto o tym wie, bo Dorota się tym nie chwali. Nie ma lekko dziewczyna. Być córką Grocholi i narzeczoną Adama Sztaby! Ja przynajmniej byłam córką swoich rodziców.

Reklama

Ostatnio przydarzyła mi się niezwykła historia. Na spotkaniu autorskim podszedł do mnie pan i poprosił, żebym napisała list do jego żony. Nabroił, ona się zdenerwowała, wyrzuciła go z domu, nie chce z nim rozmawiać. "Tylko w pani nadzieja", błagał. Pomyślałam, że skoro specjalnie przyjechał, wystał 1,5 godziny i odważył się to opowiedzieć, to chyba mu zależy. Wzięłam książkę i na wolnych stronach napisałam list. Rozglądam się wokół i widzę, że na świecie jest sporo fajnych facetów. Mądrych, troskliwych, opiekuńczych. Długo uważałam, że wszyscy mężczyźni są tacy sami. Zdradzają, wykorzystują, są niewrażliwi. Dopóki tak myślałam, takich właśnie spotykałam.

Przez 25 lat byłam zakochana w jednym żonatym facecie, w tym czasie wyszłam za mąż, rozwiodłam się i dalej na niego czekałam. Jak w końcu był wolny, to już mnie nie chciał… Dotarło do mnie, że nie ma sensu kurczowo trzymać się przeszłości. Od pięciu lat jestem z Krzysztofem. To mój pierwszy związek, w którym niczego nie zakładam, nie mam żadnych oczekiwań. Kiedy jednak na dworze jest minus 30, a ja o siódmej rano wyjeżdżam do Warszawy, wchodzę do garażu i widzę, że silnik od pół godziny się nagrzewa… To oczywiście miłe, ale Krzysztof nie jest mi potrzebny po coś. Ja go kocham! Może to jest klucz do sukcesu? Chociaż wiem, że czasami on dostosowuje swoje życie do mojego. Ostatnio pojechał ze mną w trasę, a jak go nie ma, to traci zlecenia, bo jest fotografem freelancerem. Mam nadzieję, że gdyby nie chciał jechać, po prostu by mi to powiedział.

Moja pierwsza książka "Przegryźć dżdżownicę" przeszła niezauważenie, nie zarobiłam na niej ani złotówki. Moja matka zapytała: "Z czego będziesz żyć?", odpowiedziałam: "Jak to z czego? Z pisania". Martwiła się, że w Polsce nikt nie żyje z pisania, ale przekonywałam ją, że będę pierwsza. Pieniądze pojawiły się po wydaniu "Nigdy w życiu". Żadna fortuna, ale starczyło na żółtego seacika. Teraz jeżdżę sześcioletnim suzuki i mam nadzieję, że jeszcze mi posłuży. Po co miałabym go wymieniać? Mieszkam dalej w Milanówku, ubieram się w szmateksach, modą się nie interesuję. Pieniądze wydaję na sadzonki i na kamienie - to jest moja pasja. Ostatnio kupiłam 16 ton, cała hałda leży w ogrodzie. Lubię jeździć do szkółki, patrzeć na stare drzewa, niektóre mają po 30 lat. Przeliczam sobie, ile egzemplarzy muszę sprzedać, żeby je kupić. A potem zasadzę je na działce - mam dwa hektary dwadzieścia kilometrów od Milanówka. Kiedyś postawię tam dom. To mój cel. I żeby jeszcze nauczyć się grać na pianinie, i stepować.

Całe lata żyłam w oczekiwaniu, że zdarzy się coś, co odmieni mój los. Na przykład schudnę i on się oświadczy albo znajdę jakąś świetną pracę i będzie mnie stać na egzotyczny wyjazd. Kiedyś, w okresie największej biedy, rodzice i przyjaciele zebrali tysiąc złotych, za które pojechałam na Cypr. Razem z przyjaciółką żywiłyśmy się za 10 dolarów dziennie, piłyśmy bimber, opalałyśmy się nago, jeździłyśmy na rowerach. To były najcudowniejsze wakacje w życiu. Okazało się, że nie potrzeba majątku, żeby fantastycznie spędzić czas. Jest tylko jeden rodzaj szczęśliwych ludzi - ci, którzy są zadowoleni z tego, co mają. Dlatego coraz częściej odpuszczam: "Wyjdzie, nie wyjdzie, co za różnica". Nic nie muszę, jestem wolna, nie mam szefa. To więcej niż sukces potocznie rozumiany.

Piszę, bo lubię. I obiecuję, że będę pisać nawet wtedy, jak nie będą chcieli mnie czytać. Amen.

Iza Komendołowicz

Przeczytaj pierwszą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje