Przejdź na stronę główną Interia.pl

Nie mieć racji

Uważa, że jest jeden rodzaj szczęśliwych ludzi. To ci, którzy są zadowolenia z tego, co mają. Ona chce być jednym z nich.

Kraków, Łódź, Wrocław, Wałbrzych, Konin… Właśnie wróciła z trasy promującej książkę "Kryształowy Anioł", ale nie widać po niej zmęczenia. Ubrana w turkusową lnianą bluzkę i proste szare spodnie. Burza czarnych kręconych włosów (właśnie wyszła od fryzjera), paznokcie pomalowane na fiołkowy kolor. Za kilka dni kończy 52 lata. Niewiele zmieniła się od czasów, gdy pojawiła się na okładce PANI (sierpień 2004 r.). Zmysłowe zdjęcia Grocholi wywołały wówczas sensację (nagroda GrandFront za najlepszą okładkę). - Zadzwoniłam do siostrzenicy na Mazurach: "Biegnij do kiosku i kup tyle, ile się da" - wspomina. - A potem awantura przez telefon: "Ciotka, straciłam pieniądze, przecież ciebie tam nie ma, na okładce jakaś lafirynda w różowej kiecce". To przecież byłam ja, tylko wymalowana, w gorsecie. Taka śliczna - wzdycha. Miała wtedy 47 lat. - Wiedziałam, że coś mi się przydarzy, jestem numerologiczną 11, to 4 plus 7.

Reklama

I stało się. Tydzień po sesji poznała Krzysztofa Jarczyńskiego, wypili wspólnie herbatę, dwa tygodnie później zamieszkali razem. - Trzeba było widzieć miny moich przyjaciół… Opowiada barwnie, ale też uważnie słucha. Sprawia wrażenie otwartej, dlatego jestem zaskoczona, gdy potem powie, że to jej sposób na kontakt z ludźmi. Bo w ogóle jest nieśmiała, pełno w niej lęków, z którymi walczy, jak potrafi. Na przykład pisze książki.

W moim domu rodzinnym nie było telewizora, zamiast tego trzy tysiące książek. Mama czytała mnie i bratu Władkowi wszystko, ale najbardziej pamiętam "Potop" Sienkiewicza. Przerywała w najbardziej fascynującym momencie, o dwudziestej musieliśmy kłaść się spać. Latem też. Świeciło słońce, słyszałam głosy dzieciaków z podwórka, a ja w łóżku. Coś okropnego! Szybko nauczyłam się czytać i zabierałam książki pod kołdrę. W ten sposób, ku uciesze rodziców, którzy wiedzieli, że zakazany owoc smakuje najlepiej, przerobiłam całą literaturę. I chyba z tego czytania wzięło się moje pisanie. To, że zostanę pisarką, wiedziałam od zawsze, wyobrażając sobie, że pisarz to taki człowiek, który nic nie robi, a jest bogaty i sławny. Jako dziecko tworzyłam różne opowiadania, jedno wysłałam nawet do "Na przełaj". To było coś w rodzaju: "Latarnie zapalały się leniwie, a ona widziała jego oddalające się plecy i wiedziała, że nic nie będzie takie jak kiedyś". Byłam przekonana, że za coś tak wspaniałego powinnam dostać Nobla. Niestety, redakcja nawet mi nie odpowiedziała.

Przeczytałam to opowiadanie mamie, która poradziła mi: "Pisz to, co widzisz, co masz blisko, koło siebie". Wzięłam sobie jej rady do serca, choć mój prawdziwy debiut trochę się opóźnił, byłam już po czterdziestce. Mama zawsze była moją pierwszą czytelniczką, z wykształcenia polonistka, miała świetne wyczucie języka. Kiedy dwa lata temu umierała, powiedziała: "Nie pozwól, żeby cię zmieniono". Traktuję to jak drogowskaz.

Pamiętam, że rodzice byli zapracowani, ślęczeli po nocach nad chałturami. Mama - redaktor w Instytucie Badań Literackich - bez przerwy robiła jakieś zlecenia, tata - prawnik, sędzia Sądu Najwyższego - jeździł na wykłady. Oboje byli uczciwi, majątku się nie dorobili. W naszym domu się nie przelewało. Szynka była tylko na święta, wakacje spędzaliśmy pod namiotem na Mazurach albo w miejscowości Biele na Kaszubach.

Moim marzeniem były dżinsy, bo jako jedyna w klasie ich nie miałam i strasznie cierpiałam z tego powodu. Byliśmy rodzinką szczęśliwą, choć kłótliwą. Z Władkiem, młodszym ode mnie o rok, walczyliśmy o wszystko! Kto wyprowadzi psa, wyniesie śmieci. Szyby latały, oczywiście jak rodziców nie było w domu. Wystarczyło, że usłyszeliśmy klucz w zamku i wszystko wracało do normy - natychmiast biegliśmy do jednej łazienki zmywać z siebie krew. A jeśli ktoś "obcy" chciał nam zrobić krzywdę, staliśmy za sobą murem! Dziwny układ: z jednej strony walka na śmierć i życie, a z drugiej o siebie nawzajem. Dziś mój brat jest grafikiem i poetą, właśnie wydał tomik "Skóra". Myślę, że w naszej rodzinie ja miałam szczęście, a on talent. Tylko kto o tym wie…

W dzieciństwie mieszkaliśmy w Wałbrzychu, w Poznaniu, a wcześniej na wsi pod Rzeszowem. Co prawda, tam tylko trzy miesiące, ale bardzo dobrze to pamiętam. Na religii ksiądz kazał mi buraki plewić, co zaowocowało tym, że przez następne 15 lat byłam osobą walczącą z Kościołem. Musiałam dużo przeżyć, żeby właściwie zrozumieć te buraki, a ochrzciłam się już jako osoba dorosła. Do Warszawy przenieśliśmy się, gdy miałam 10 lat, w 1967 roku. Później przeprowadzałam się wiele razy, dopóki nie znalazłam się w Milanówku. W połowie lat 90. wybudowałam tam domek. I poczułam, że jestem u siebie.

Kiedyś ojciec powiedział: "Kaktus mi wyrośnie, jak ona zrobi kilim". A ja się zaparłam i zrobiłam, choć tkanie nie było moim ulubionym zajęciem. Byłam zawzięta i niepokorna, zdarzyło się nawet, że uciekłam z domu. Wracałam pociągiem z obozu i wysiadłam w Krakowie. Do Warszawy dojechał tylko mój plecak. A ja przedłużyłam sobie wakacje. Jak weszłam do domu, zobaczyłam rodziców starszych o kilka lat. Ta ucieczka to jedyne, czego żałuję w życiu. Uczyłam się zrywami. Na maturze wybrałam fizykę i chemię, chociaż z tych przedmiotów byłam beznadziejna. Maturę oczywiście oblałam, na jesieni zdałam poprawkę. Zatrudniłam się jako salowa w szpitalu na Kasprzaka, chciałam zbierać punkty na medycynę. Na studia w końcu nie poszłam i myślę, że to moich rodziców wiele kosztowało. Szybko wyszłam za mąż, on był inżynierem, dostał kontrakt w Libii, wyjechaliśmy razem i tam w wieku 22 lat urodziłam córkę. Po dwóch latach, dwa tygodnie przed stanem wojennym, wróciłam do Polski, chociaż ojciec słał listy: "Wytrzymaj jeszcze". Ale ja wiedziałam, że moje małżeństwo się skończyło. Nie mogłam zostać z mężem, bo w Libii zakochałam się w innym… Postanowiłam zachować się uczciwie i zostawić ich obu. Nie miałam pracy, zawodu, mieszkania. Uważałam, że sobie poradzę, przyjaciele mówili o mnie Kaśka Dynamit. Aż nagle zachorowałam na raka, a moje dziecko nie miało co jeść. Bywało ciężko, nawet bardzo. Choroba to doświadczenie, które wywarło na mnie największy wpływ.

Iza Komendołowicz

Przeczytaj drugą część artykułu

Tekst pochodzi z magazynu

Pani

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje