Przejdź na stronę główną Interia.pl
Mocne anioły

Barbara Falandysz i Krzysztof Dowgird

On pije, a ona ma wybór. Albo będzie go chronić, ukrywać jego nałóg, albo pozwoli spaść na dno i zmusi do leczenia. Bo w obietnice: „Przestanę pić dla ciebie” już nie wierzy. Jak wygląda wspólna walka z chorobą, opowiadają: Barbara Falandysz, żona alkoholika, i Krzysztof Dowgird, który nie pije od 23 lat.

Wybieraj i żyj

Rozmawiamy w jasnej kuchni starego domu na warszawskim Mokotowie. Przestrzeni jest aż za dużo, Barbara mieszka tu sama. Lech, prawnik, profesor uniwersytetu, doradca Lecha Wałęsy, nie żyje. Na ścianie wielkie zdjęcie z najlepszych lat - roześmiana rodzina: ona, on i czwórka ich dzieci. Gdy pytam, czy Barbara wierzy, że zakochany mężczyzna może wyjść z alkoholizmu dla kobiety, ona zdecydowanie kręci głową: nie wierzę! Musi tego chcieć dla siebie. Opowiada o swoim mężu.

Reklama

Barbara Falandysz: - Kiedy go poznałam, miałam 19 lat, Leszek 36. Przyszedł na moje urodziny w gronie studentów z uniwersytetu. Lubiliśmy go, był bezpośredni i potrafił się bawić. Spodobała mi się jego fantazja, nietuzinkowość. A picie było elementem tego kolorytu. Pochodzę z domu, gdzie raz w roku wypijało się kieliszek białego wina do karpia na Wigilię. Ja sama nie byłam święta. Na imprezach prowadziliśmy rozmowy w stylu: "czy można dobrze się bawić bez alkoholu?", ale kończyliśmy je stwierdzeniem: "pogadamy kiedy indziej, wódka się grzeje".

Tylko że ja rano czułam się podle, więc znałam swoją granicę. I miałam poczucie obowiązku. A Leszek potrafił wstać z obolałą głową i szukać nowej okazji do wypicia. Zamieszkaliśmy razem w 1979 roku. Nie wiedziałam, co to jest alkoholizm i Leszka o niego nie podejrzewałam. Dziwiło mnie tylko, że on ma wyjątkową przypadłość, prawdopodobnie związaną z deficytem jakichś enzymów - kładł się pijany i wstawał w takim samym stanie, jakby jego organizm nie umiał wytrzeźwieć przez noc.

Pomóc mu? Nie widziałam jeszcze takiej potrzeby. Tłumaczyłam sobie: Leszek ma swoje kompleksy, alkohol mu pomaga, a on sam jest tak silny, że da sobie radę. Ale szybko zauważyłam, że alkohol jest silniejszy. Leszek czasem pił od rana. A wieczorem, gdy inni kończyli imprezę, on się dopiero rozkręcał. Miał dużo okazji, był towarzyski, a wtedy picie było elementem stylu życia, także w gronie uniwersyteckim. Zaczęłam się złościć: nie tak się umawialiśmy.

Bardzo go kochałam, ale rodził się bunt: to mi się nie podoba, nie akceptuję tego. Jeszcze nie wiedziałam, jak mam o niego zawalczyć, jednak czułam, że Leszek potrzebuje pomocy. Nie dlatego jednak wspierałam go w walce z nałogiem, nie była to moja misja. Po prostu o wiele lepiej było mi z nim niż bez niego. Chciałam go mieć trzeźwego. Pięć pierwszych lat po ślubie to był najtrudniejszy czas w naszym życiu.

Nie zapłacę, nie otworzę

Barbara robi kawę, pokazuje zdjęcie wnuczki. Nie wygląda na babcię, ma świetną figurę. Często się śmieje. Dzisiaj otacza ją liczna rodzina. Wtedy nie mogła liczyć na nikogo. Nałóg męża był tajemnicą, a jeszcze matka Leszka chroniła syna. Kiedy Barbara wściekała się, że mąż pije, teściowa dawała mu azyl, jedzenie, ciepłe łóżko. Bo przecież gdzie mu będzie tak dobrze jak u mamy? A gdy dowiadywała się o "braku serca" Baśki, demonstracyjnie przechodziła z nią na "pani". "Jak pani może tak krytykować Leszka?"

Po jego stronie była też siostra. I kumple. Czyli kto był po jej stronie?

Barbara Falandysz: - Wychodzi na to, że byłam z tym problemem sama. A Leszek pił coraz więcej, wpadał w ciągi. Uznawał dobrodziejstwo klina, gdy miał z czymś problem, wolał najpierw wypić, a potem kombinować, jak sprawę rozwiązać. Czasem o "rozwiązanie" prosił mnie, a ja kłamałam, żeby go chronić. Pamiętam, kiedyś zadzwonił człowiek z uniwersytetu. Leszek leżał w łóżku, mamrotał prawie nieprzytomny. Powiedziałam: "Nie może podejść, ma zapalenie płuc". Mężczyzna poprosił o chwilę rozmowy, chodziło tylko o ustalenie terminu obrony pracy magisterskiej. Ale mąż nie mógł wydusić nawet jednego słowa, odpowiedziałam za niego: "Niemożliwe, lekarz zabronił mu rozmów". I wtedy usłyszałam w słuchawce: "Aha, rozumiem..." - tonem, który nie pozostawiał złudzeń: oni wiedzą. Ale na razie domniemania o alkoholizmie Falandysza pozostawały w sferze plotek.

Podtrzymywałam fikcję, a mąż coraz częściej wracał do domu totalnie pijany. Zaczęły się awantury. Coś rozbił, przewrócił, zdemolował. Bywał agresywny. Rosła we mnie złość. Leszek nie dotrzymywał umów, które miały obowiązywać w naszym związku. Nie poczuwał się do niczego, ale dla siebie wymagał stuprocentowej akceptacji. Tymczasem ja coraz bardziej rozpaczliwie tęskniłam za nim trzeźwym. Bo przecież wtedy był cudownym facetem. Z takim chciałam mieć dzieci, z pijakiem - nie, więc dzieci nie mieliśmy.

Ta tęsknota, poza złością, była najsilniejszą mobilizacją, żeby w końcu powiedzieć "nie". Ale co znaczy to "nie"? Nie wpuścić pijanego męża do domu? Jakie to trudne, wie tylko żona alkoholika, który wali w drzwi, jest brudny, zasikany, ma spodnie włożone tył na przód i wygląda, jakby stoczył walkę bokserską. W końcu to "nie" powiedziałam. Nie otwierałam. Płakałam pod drzwiami i dusiłam się strachem: zaraz coś mu się stanie, gdzieś pójdzie, okradną go albo ktoś go przejedzie. Nie miałam jednak wyjścia. Znałam tylko jedną skuteczną metodę, którą od dzieciństwa wpajał mi ojciec: winny powinien ponieść konsekwencje swoich czynów.

Kiedyś Leszka przywiozła pod dom taksówka. Kierowca mówi: "Musi pani zapłacić". Ja na to: "Nie ma mowy, zarabiam ciężko na życie, niech płaci ten, kto jechał. Widział pan, w jakim mąż jest stanie, trzeba go było nie brać do auta". Taksówkarz się wściekł: "To ja go wiozę na milicję!". Zgodziłam się i jeszcze poradziłam, żeby odwiózł go na komendę na Malczewskiego, bo tam podobno płacą rachunki za pijaków. Kierowca wyzwał mnie od kurew. To też musiałam przełknąć. Mój mąż zaczynał mnie nienawidzić, a miało być jeszcze gorzej.

Ultimatum

Barbara skończyła prawo, ale zajęła się biznesem. Otworzyła butik na Pradze. Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy w sklepach niczego nie było, interesy szły dobrze, a ona miała przestrzeń, w której mogła odreagować sprawy domowe. Aż przyszedł rok 1984. Pewnego dnia w butiku wybuchł pożar. Straciła wszystko. W noc po pożarze Lech Falandysz wrócił do domu pijany, pobity, ze złamaną nogą. Barbara odesłała go do matki, miała dość. To mógł być ich koniec?

Barbara Falandysz: - Tak. Nazbierało się. Następnego ranka znów odebrałam telefon z uczelni - profesor Murzynowski, przełożony męża. Byłam w fatalnym nastroju, czekało mnie załatwianie spraw związanych z pożarem. Kiedy więc profesor zapytał, co dzieje się "z panem Lechem", puściły mi nerwy: "Pan Lech?! Leży całkiem pijany! To wy nie wiecie, że jest alkoholikiem, gdzieście byli, jak wpadał w to po uszy?!". Powiedziałam masę przykrych słów, nie panowałam nad sobą. Kiedy mąż dowiedział się o tej rozmowie, dostał szału. Kochał uniwersytet, nie wyobrażał sobie, że może go stracić.

Wiem, że jego koledzy szeptali o mnie: podła, jak mogła mu zrobić coś takiego! Była też i jasna strona - już nie można było przymykać oczu. Skoro żona powiedziała oficjalnie, niczego nie da się zamieść po dywan. Potem nieraz powtarzałam kolegom Leszka: jeśli mu nalejecie, zrobicie krzywdę. Chciałam popsuć komfort picia z nim, chciałam, żeby się zastanowili przed każdym kieliszkiem... Poza tym współpracownicy męża mogli się bać nie tylko o niego, ale także o swoje z nim sprawy, bo skoro pije, czy warto angażować go w nowy projekt, wykłady, czy wywiąże się z obowiązków?

Po tamtym telefonie profesor Murzynowski zwołał Radę Instytutu. Odbyło się głosowanie: dać Falandyszowi ostatnią szansę, czy nie? Jednym głosem przesądzono: dać. Leszek zrozumiał, że znalazł się nad przepaścią. I to był przełom. A ja poszłam za ciosem. Usiadłam naprzeciwko męża, spojrzałam mu w oczy i powiedziałam: "Kocham cię, ale skoro ty się nie starasz, wypowiadam ci układ o lojalności. Nie chcę żyć z tobą takim, jaki jesteś po alkoholu. Uprzedzam, że zaczynam się rozglądać, jeśli nie przestaniesz pić, znajdę innego mężczyznę".

Czy zrobiłabym to naprawdę? Myślę, że tak. Leszek potraktował to poważnie. Postanowił przestać pić, wszył sobie esperal.

Był rok 1984. Do męża zgłosili się ludzie z Solidarności, potrzebowali go. "Panna Solidarność" - jak ją nazywał - była moją wspólniczką. Leszek pracował dla podziemia, zajął się czymś dobrym i nowym. Wysyłał mocne sygnały: chcę się zmienić, koniec z alkoholem, pomóż, bądź blisko. Byłam. Wierzyłam, że go odzyskuję. Pamiętam jeden moment, to się zdarzyło na pogrzebie księdza Popiełuszki. Stałam obok Leszka i nagle poczułam, że coś się dzieje w moim brzuchu. Tak, byłam w ciąży z naszym pierwszym dzieckiem! Wcześniej, kiedy mąż pił, nie mogłam i nie chciałam być matką.

Do dziś przestrzegam kobiety alkoholików: jeśli wydaje ci się, że on się zmieni, kiedy na świat przyjdzie dziecko, możesz być pewna - zmieni się, ale na gorsze.

Moje ciąże - ta pierwsza i trzy kolejne - były efektem zmiany, która dokonała się w Leszku i w naszej relacji. Nigdy - narzędziem manipulacji. Do tego bym się nie posunęła. Leszek zmienił się dla siebie, ale także dla mnie. I dla dzieci. Kiedy podrosły, stały się audytorium, które bacznie obserwuje. Trzeba się pilnować. Mój mąż się pilnował, esperal działał. Po każdej "wszywce" mogłam liczyć na rok spokoju. Nie liczyłam na spokój do końca życia.

Pole minowe

Tłuste lata? Spokojniejsze. Akcje profesora idą w górę. Lech Falandysz angażuje się w politykę, bierze udział w obradach Okrągłego Stołu po stronie opozycji, w końcu dostaje stanowisko w kancelarii prezydenta Wałęsy, a do masowej wyobraźni trafia dzięki określeniu "falandyzacja prawa". Staje się osobą publiczną. Nie pije, ale chce być blisko alkoholu - nalewa gościom, wącha odkręcone butelki. Barbara wie, że żyją na minie. Jak ją rozbroić? Pewnego dnia dzwoni do sekretarki w Belwederze, prosi o połączenie z prezydentem. Sprawa prywatna.

Barbara Falandysz: Przedstawiłam się Lechowi Wałęsie i powiedziałam: "Panie prezydencie, jest coś, o czym powinien pan wiedzieć". Po czym wyjaśniłam, że Leszek jest alkoholikiem. Prezydent milczał chwilę. A w końcu powiedział: "Zobaczymy, co da się zrobić". Do dziś nie wiem, co nastąpiło potem, dość że Leszek musiał się zgodzić na kolejną dawkę esperalu. I odtąd prezydent miał go na oku. Decyzję o tym, że publicznie przyzna się do choroby, Leszek podjął sam. Gdy powiedział w mediach o swoim nałogu, byłam zła, że mnie nie uprzedził, ale odetchnęłam. Odtąd, kiedy Leszek wybierał się gdzieś, gdzie groziło mu picie, ostrzegałam: "Masz teraz znaną twarz niepijącego alkoholika, nie możesz zawieść ludzi, którzy uwierzyli, że można sobie poradzić z nałogiem. Nie masz wyjścia, musisz być dobrym przykładem".

Był. Bardzo się starał. Chylę czoła przed jego wysiłkiem. Bo to nie jest tak, że inteligent powie sobie: "naprawdę nie powinieneś pić". Wódka ma większą moc niż rozsądek. Mogłam tylko na chwilę powstrzymać "odruch ssania", coś powiedzieć, zagrozić. Całą robotę Leszek musiał wykonać sam. Zdarzały się wpadki, ale na tej drodze spotykają prawie każdego trzeźwiejącego alkoholika. Już nie robiłam z tego dramatów, dorosłam do pokory, cierpliwości. Planowaliśmy dokończyć remont i urządzanie domu, w którym mieliśmy żyć długo i szczęśliwie. Ale w 2002 roku mąż poważnie zachorował. Myślę, że rak trzustki miał związek z jego piciem.

Leszek umarł jedenaście lat temu. A ja wciąż odbieram telefony od kobiet alkoholików z prośbą o pomoc, radę. Zgadzam się na każdy wywiad, w którym mogę powiedzieć: warto znaleźć w sobie siłę, żeby zawalczyć o trzeźwe życie. Tej siły uczyłam się od mojego męża - alkoholika, który wybrał trzeźwość. Przydała mi się, kiedy dwa i pół roku temu wykryto u mnie nowotwór piersi. Została mi po nim niewielka blizna pod pachą, pierś ocalała. Jestem pewna, że Leszek kibicował mi i pomagał, stamtąd, z góry. Bardzo go kochałam, kocham nadal. Oddałabym wszystko, żeby jeszcze raz zobaczyć jego uśmiech.

Dowiedz się więcej na temat: alkoholizm | Barbara Falandysz

Reklama

Wyróżnij ten komentarz spośród pozostałych, niech zobaczą go wszyscy!

Aby wyróżnić ten komentarz wyślij SMS o treści KOLOR na numer

7271

I wpisz otrzymany kod w polu poniżej

Ok

Koszt całkowity SMS 2,46 PLN Nota prawna O co chodzi z wyróżnieniem?

Wasze komentarze (435)

Dodaj komentarz Sortuj

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje