Przejdź na stronę główną Interia.pl

Misja specjalna

To miała być pasja ich życia. Jest, choć trudniejsza niż myślały. Walczą, by nie narzekać, że słabe zarobki, że brak czasu dla dzieci, że rozpadają się ich małżeństwa. Zastanawiają się, jak leczyć chorego, dla którego lek za 15 zł jest za drogi. I tego, co wie lepiej, bo sprawdził w Google.

Słyszą, że "lekarze biorą", a one biorą tylko czekoladę, i to z litości. Kiedyś zarobią prawdziwe pieniądze w swoich gabinetach. Będzie je na nie stać po czterdziestce. Na razie są młodymi lekarkami, wiec musza zagryzać zęby i cierpliwie czekać.

Reklama

Maria leczy pacjentów z chorobami nowotworowymi, jest specjalistą w szpitalu uniwersyteckim. Córka znanych lekarzy ("Mój tato jest po siedemdziesiątce, wciąż pracuje i daje pacjentom numer prywatnej komórki. Chciałabym też taka być w jego wieku"). Maria jest po trzydziestce, ma doktorat, dwoje dzieci, po rozwodzie. Twierdzi, że małżeństwa lekarzy często się rozpadają. Ma nowego partnera i robi kolejną specjalizację. Mówi: "Czuję żal, że żaden rząd nie ma odwagi powiedzieć: pieniądze z waszych składek nie wystarczą na leczenie wszystkich chorych ani na udostępnienie nowych leków i procedur medycznych. A także, że zarobki lekarzy są podawane z wliczeniem nadgodzin i pracy nocnej.

Magda, 27 lat, uważała, że praca lekarza pierwszego kontaktu w przychodni rejonowej to poniżej jej aspiracji. Zmieniła zdanie, gdy uratowała życie pacjentce. Choć egzamin na lekarza (tzw. LEP) zdała jako jedna z najlepszych w Polsce, nie dostała się na specjalizację, a żaden szpital w Warszawie jej nie zatrudnił. Chce zostać chirurgiem laryngologiem. Ma męża informatyka, o dzieciach nie myśli - nie miałaby na nie czasu ani pieniędzy.

Justyna, 28 lat, pochodzi z Chrzanowa. Miała być pierwszym lekarzem w rodzinie, w dodatku chirurgiem. Na stażu na chirurgii zobaczyła lekarki - wszystkie po trzydziestce, wszystkie singielki, przemęczone, niewyspane. Z kiepskimi fryzurami. Zmieniła zdanie. Dziś ma chłopaka, w weekendy bawią się ze znajomymi albo jadą popływać na desce. Justyna zostanie dermatologiem. Na tym oddziale pacjenci nie umierają, lekarze mają dobry humor, bo nie dyżurują nocami i dobrze zarabiają.

Dorota, 29 lat, w trakcie specjalizacji z psychiatrii, pracuje w szpitalu uniwersyteckim. Wygląda młodo, raz nawet rodzina pacjenta myślała, że to chora, która przebrała się za lekarkę. Ma narzeczonego bankowca. Wahała się, czy nie zostać psychologiem. Gdy zobaczyła, jak znany terapeuta próbuje trzeci rok leczyć jej przyjaciółkę z lęku przed jazdą windą, zmieniła zdanie - postanowiła zostać psychiatrą.

Agata, 29 lat, w trakcie czwartego roku specjalizacji z kardiochirurgii. Pracuje w Instytucie Kardiologii. "Chciałam robić wielkie rzeczy, więc wybrałam operacje na otwartym sercu". Na dziecko długo namawiał ją mąż, ona chciała najpierw zrobić doktorat. Roczna córeczka Basia częściej widuje tatę. Agata spędza większość życia w szpitalu. Jedyny lęk, jaki towarzyszy jej w życiu, to ten, że kiedyś na sali operacyjnej popełni błąd, którego nikt nie będzie mógł po niej poprawić. I że wyjdzie z sali na korytarz, by powiedzieć rodzinie o czyjejś śmierci.

Ewa, 31 lat, specjalistka medycyny ratunkowej w pogotowiu w niewielkiej miejscowości, z której pochodzi. Nie narzeka na zarobki. Mówi, że czasy, gdy na prowincji słabo płacili lekarzom, minęły. Do jej szpitala przyjeżdżają na dyżury anestezjolodzy z Warszawy i Wrocławia, bo tu stawki są wyższe. Uwiera brak czasu, zmęczenie, układy. Ewa jest sama.

Pierwsza praca

Zderzenie z rzeczywistością

Magda (lekarz pierwszego kontaktu): Czułam się nikim. Moje stanowisko pracy - krzesełko wepchnięte pod umywalkę. Jedyne zadanie - bieganie po wyniki badań do laboratorium kilkanaście razy dziennie z dziesiątego piętra do piwnicy, bo winda się psuła. Tak wygląda wolontariat w jednej z najbardziej renomowanych w Polsce klinik dziecięcych. Rwałam się, by leczyć ludzi, a szatniarka, która znała prawie wszystkich w szpitalu, zagadywała: "Państwo do pracy, a pani po co?", któryś z lekarzy odpowiedział: "Ta pani też do pracy, tylko jej nie płacą". Wpadłam w depresję, rzuciłam wolontariat. Gdy doszłam do siebie, znalazłam przychodnię.

Maria (leczy pacjentów z chorobami nowotworowymi): Wieczór przerywa telefon ze szpitala - coś złego dzieje się z moim pacjentem, potrzeba konsultacji, a na dyżurze jeden lekarz na 150 łóżek, w dodatku specjalista z innej dziedziny, bo szpital oszczędza. Mimo wszystko mieliśmy nadzieję, że warunki pracy będą się poprawiały, a tak nie jest.

Jeszcze na medycynie wiedziałam, jak wygląda kształcenie przyszłych lekarzy poza Polską. Na studiach zaczynali pisać doktoraty, robili badania molekularne, a w Polsce oznaczaliśmy poziom żelaza w wodzie. Moje wyjazdy do najlepszych ośrodków w Europie opłacili rodzice - w dziekanacie usłyszałam, że praktyki trzeba robić tylko w Polsce, żeby uczelnia miała kontrolę.

Dorota (przyszły psychiatra): "Tratatatata!", usłyszałam za plecami. Kobieta w długim szlafroku na szpitalnym korytarzu strzelała do mnie z pistoletu na wodę. Nie wiedziałam, jak zareagować, prawdę mówiąc, chciało mi się śmiać. Raz chory rzucił się na mnie, bo namawiałam go, żeby wstał z łóżka i wziął prysznic. Nie dość, że zaczęłam się bać pacjentów, to jeszcze uznałam, że jestem winna, bo może jakoś ich prowokuję. Na studiach nikt mnie nie uczył, jak postępować z pacjentami, tylko objawów chorób psychicznych i tego, jak działają leki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje