Kochaj i płać
Wolność kontrolowana
31 procent Polek ma oprócz wspólnego konta z partnerem własne konto.
Jadwiga (34 lata), anglistka, i Mirek (35 lat), handlowiec. Mieszkają w Ełku, mają dwóch synów, dwunastoletnich bliźniaków. I trzy konta. Najważniejsze jest wspólne. Składają się na nie po równo. Opłacają z niego rachunki, jedzenie, wszystkie wspólne wydatki. Poza tym Jadzia ma własne konto i kartę kredytową. Mirek tak samo.
Raz ty, raz ja
- Ty płacisz czy ja? - pyta Mirek przy kasie w Ikei. I pakuje zjeżdżające z taśmy doniczki. Kasjerka patrzy wyczekująco, ludzie w kolejce podglądają, które z nich wyciągnie kartę. - Ja - Jadzia podaje swoją. W samochodzie zwraca uwagę mężowi: - Kolejny raz mi to robisz. Skoro nie zamierzasz płacić, nie pytaj przy wszystkich, czy ja to zrobię. To obciach. - Nie zapytałem, czy ty, tylko kto z nas. Równie dobrze ja mogłem zapłacić... - broni się Mirek i bezczelnie wcina hot doga. - I tak w kółko - irytuje się Jadzia.
Wspólne konto założyli zaraz po ślubie. - Do dziś to jest miejsce na żelazną pulę: pieniądze na kredyt za mieszkanie, raty za nowego forda, poważniejsze wydatki rodzinne: "zieloną szkołę" bliźniaków, wakacje, narty - wylicza Jadzia. Na to konto wpływa jej pensja ze szkoły językowej i umówiona suma z działalności gospodarczej Mirka Resztę on zostawia na swoim koncie, a Jadzia na swoje przelewa pieniądze za tłumaczenia. Raz więcej, raz mniej. Zwykle on ma więcej.
Pani swoich rachunków?
Nowa płyta Chrisa Bottiego - Jadzia płaci swoją kartą. Tak samo za dżinsy Hilfigera na wyprzedaży. - Własne pieniądze? Dają miłe poczucie niezależności. I - choć to może naiwne - świadomość, że do czegoś w życiu doszłam - mówi Jadzia. Gorzej, kiedy na jej koncie pieniędzy już nie ma. - Umówiliśmy się: ze wspólnego nie ruszamy na własne wydatki. Raz wyjęłam tysiąc złotych przed wyjazdem do Londynu. To była delegacja w gronie ludzi z banku, musiałam kupić nowe buty, torbę, spódnicę - opowiada. - Mirek był zły - Jadzia wspomina scenę: ona nad walizką, on nad kwitkami z kasy: - Aż tyle? - pyta. - Mam ci wyjaśnić po kolei, do czego potrzebne mi te rzeczy? - Przestań - przerywa Mirek. - Ale przynajmniej należało zapytać, czy możesz zapłacić z tego rachunku - kwituje.
Dziś Jadzia mówi: - Nie lubię się tłumaczyć z wydatków, nie robię ich bez sensu. I co to znaczy: zapytać. Skoro naruszam wspólną pulę, to znaczy, że nie mam wyjścia - kręci głową. Mirek nigdy ze wspólnego konta nie bierze.
Mama za dużo wydaje
- On zarabia więcej, jego "górka" jest mniej więcej dwa razy taka jak moja. Czasami mam ochotę od niego... pożyczyć - mówi Jadzia. - Wiem, to brzmi idiotycznie, przecież jesteśmy wspólnotą. Mamy trzy konta, także żeby uczyć synów gospodarowania pieniędzmi: oprócz wspólnych mama i tata mają jakąś kwotę do własnej dyspozycji. Czasem synowie widzą: ojcu wystarcza, ja miewam problemy. Czyli nie "kleję" - nie jestem dobra w rządzeniu kasą.
Tymczasem dziury na moim koncie biorą się z tego, że to ja kupuję chłopcom niezaplanowane prezenty, nowe ciuchy, płyty. Nie biorę z konta wspólnego. Niedawno bardzo potrzebna mi była książka, droga, sprowadzona przez Empik na zamówienie. Sprawdzam: karta pusta. Poszłam do męża: Pożycz. On: A kiedy oddasz? Niby żart, ale w sumie żenująca sytuacja. Honorowo się uparłam, że oddam mu te dwieście złotych. Wziął. A czy nie powinien był powiedzieć czegoś w stylu: "Nie wygłupiaj się, zabieraj tę kasę albo chodźmy za nią na kolację" - pyta Jadzia.
Czas na zmiany
Ostatnia niedziela, Mirek wraca z synami z rowerów. Wściekły. - Do bani! - rzuca w kąt nowe rękawiczki. - Zobacz - pokazuje Jadzi otarcia na dłoniach - Skandal! Szwy jak na siodle! Stówa w plecy! - Na szczęście nie moja - śmieje się jego żona. I tłumaczy: - W ogólnym rozrachunku to plus, że ma się konta na swoje potrzeby i taka rzecz jak nieudane zakupy nie odbija się wspólną czkawką. Ale ważne, żeby raz na jakiś czas usiąść i pogadać: co uważamy za wydatek wspólny, a co za "swój".
No i jeszcze wychodzi sprawa podatności na wydawanie pieniędzy - dodaje z uśmiechem. - Ja nie jestem rozrzutna, ale okazje czy przeceny mnie kuszą. Mój mąż może nie bywać w sklepach w ogóle. Dlatego ma większe rezerwy, zawsze zaoszczędzone dwa, trzy tysiące. Kiedy więc synowie chcą jechać na wycieczkę z klubu karate, odsyłam ich do taty. Czasami wracają z kwitkiem - bo on marudzi, że to zbędny wydatek, że już byli dwa razy na Helu. Ja bym dała od razu - twierdzi Jadzia.
- Dojrzewam do myśli, żeby porozmawiać z mężem o tym, że skoro zarabia więcej, powinien więcej przelewać na konto wspólne, będzie na takie okazje jak ta nieszczęsna wycieczka - mówi poważnie. - Przecież pracuję równie ciężko jak mój mąż, nie muszę się wstydzić, że zarabiam mniej. A trochę tak się czuję.
Agnieszka Litirowicz-Siegert
Twój STYL 7/2010
Artykuł pochodzi z kategorii: W świecie kobiet
-
Wasze komentarze
Polecamy
-
Dziś w portalu:
-
-
dziękuję za wczorajsze komentarze..., póki co dziwnie... więcej
Reklama
Wasze komentarze (69)
-
19.11.2010 (17:01)Ten artykuł dotyczy tylko wąskiej grupy, elity, nikt w moim środowisku tyle nie zarabia, a jednak kobiety są zadbane, małżeństwa na ogół zgodne, na narty nie jeżdżą ani na urlopy za granicę, ale też nie biedują i potrafią zaoszczędzić i wybudować domek z niewielkich dochodów, dziwię się ludziom, którzy dobrze zarabiają i narzekają, ze brakuje, ja mam ok. 1500 zł, opłacam rachunki, kupuję jedzenie, mąż ma 3500 zł i odkłada na budowe domu, kończymy stan surowy, mamy dwa stare samochody, dziecko 1,5 roczku i oszczędności zamiast kredytu
-
07.08.2010 (04:04)
-
-
07.08.2010 (01:05)
-
07.08.2010 (00:17)
-
07.08.2010 (00:09)~Młody konserwatystaDo niejakiej ~40-ktoś Cię musiał mocno skrzywdzić, skoro nie znając nas uważasz że moja żona jest ze mną dla pieniędzy, co miałoby dowodzić małżeńskiej prostytucji. Tobie się nie poszczęściło? Rozumiem i współczuję, ale nie atakuj i nie życz drugiemu co Tobie nie miłe. A z żoną się poznaliśmy, gdy ja dopiero startowałem z firmą, jeździłem średnim samochodem, itd. i nie pieniądze, a pracowitość była jedną, choć nie jedyną z cech, które sprawiły, że tak piękna kobieta skierowała swój wzrok na mnie, choć zabiegali o nią ludzie wówczas ode mnie o wiele bogatsi, ale za to próżni i zadufani w sobie. Życzę Ci takiego samego szczęścia, jakie trafiło się mojej żonie :)Po pierwsze to mogles przycytac co Tobie zyczylem, po drugie niczego Tobie nie dowodzilem, poza tym mysle , ze jestes zadufany mowiac o firmie i materializmie i na co zwrocila uwage Twoja zona a zwlaszcza nazywajac siebie szczesciem, ktore ona ma w postaci Twojej osoby. Ponadto jesli pracowitosc, to zapytaj sie kobiet to wiaze sie z pieniedzmi no i na koncu czy Ty bys mogl w nieszczeciu z tego wszystkiego zrezygnowac dla niej a ona dlaCiebie , gdybys byl nie daj Boze na wozku?
Jestem pozytywnie nastawiony do zycia, ale to co napisales to zarozumialos a nie szczescie: firma, samochod , praca i piekna Zona i TY na czele jako szczescie:) hihi













Wasze artykuły
Dziesięć męskich grzechów głównych
Wynotowałam sobie na kartce, to, czego nie lubię oglądać na polskiej ulicy w męskim wydaniu i przypadkiem wyszła mi okrągła liczba. więcej
Piękna i bestia
W pułapce własnych myśli