Przejdź na stronę główną Interia.pl

Joanna Mucha

Mój wygląd zawsze otwierał mi pierwsze drzwi i natychmiast zatrzaskiwał drugie - mówi Joanna Mucha.

Urodziłam się w Płońsku, niewielkim mieście niedaleko Warszawy. Mama chałupniczo szyła na maszynie, potem pracowała w zakładzie zielarskim, tata głównie na budowach. W domu się nie przelewało, wychowałam się w skromnych warunkach. Od siódmej klasy szkoły podstawowej organizowałam sobie wakacje, których rodzice nie musieli finansować. Po pierwszej klasie liceum prawie dwa miesiące spędziłam w ośrodku dla dzieci upośledzonych. Robiliśmy przy nich prawie wszystko. To doświadczenie odciska bardzo wyraźne piętno, szczególnie gdy spotyka nas na progu dorosłego życia.

Reklama

Podobnie karate, które zaczęłam ćwiczyć jako 13-latka. Uwielbiałam stan, gdy dochodziłam do kresu swoich możliwości, a po wyjściu z treningu prawie mdlałam ze zmęczenia. Dzięki sportowi nauczyłam się samodyscypliny, która dziś bardzo mi się w życiu przydaje. Doszłam do niebieskiego pasa, ale od kilku lat już nie trenuję, bo mam problemy z biodrem.

Dzieciństwo spędziłam beztrosko. W blokowisku, w sporej grupie rówieśników grałam w puchę (to taka odmiana chowanego), skakałam po dachach garażów i trzepakach, wspinałam się po drzewach. Mniej więcej od 13. roku życia do domu właściwie wracałam tylko na noc. Były treningi, olimpiady, szkoła tańca, oaza, kółko teatralne, uczyłam się śpiewać, działałam w samorządzie szkolnym… Wykorzystywałam chyba wszystkie możliwości, które oferował mi Płońsk. Pamiętam, że jako nastolatka robiłam bilans godzin, które są mi potrzebne na te aktywności, naukę, sen itd. Próbowałam obliczyć, ile średnio dziennie mam czasu wolnego. Zawsze wychodziło na minus…

Z bratem Irkiem, starszym o sześć lat, przez całe dzieciństwo tłukliśmy się do pierwszej krwi. Potem nastąpił etap obojętności, przez lata kontakt między nami był słaby, teraz, jako dorośli, dogadujemy się świetnie. Podobnie jest z rodzicami. Mamy dobre relacje, choć wcześniej bywało różnie. Oni wciąż mieszkają w Płońsku, ja w Lublinie – brakuje im mojej obecności, kontaktu, rzadko do nich przyjeżdżam.

Rodzice są bardzo nakręceni faktem, że zostałam politykiem. Mama najchętniej nie odchodziłaby od telewizora. Jest ze mnie dumna, przeżywa każde moje publiczne wystąpienie, myślę nawet, że za bardzo. Każdy niepochlebny artykuł o mnie mocno ją dotyka. Ja mam do swojej pracy większy dystans, on jest konieczny, żeby zachować zdrowie psychiczne.

Jako nastolatka nie czułam potrzeby buntu, chyba byłam zbyt zajęta. Na początku liceum przyjaźniłam się z punkami: Mirek miał na głowie pióropusz, a Robert dredy do pasa. Mama mało nie przypłaciła tego zawałem, tym bardziej że obaj byli dużo starsi ode mnie. Niedługo później poznałam swojego przyszłego męża. Na drugim roku studiów urodził się Staś. Żeby sobie poradzić z wychowywaniem dziecka, przeszłam na indywidualny tok nauczania, ale po roku wróciłam na normalne zajęcia. Autobus z Płońska wyjeżdżał o 5.50, więc o 5 rano była pobudka, o 17 powrót, w domu musiałam ugotować obiad, posprzątać, zająć się małym, przygotować do zajęć…

Jeśli się udało, kładłam się spać o 24. Do tej pory pamiętam, że rano byłam tak nieprzytomna, że aby o czymś nie zapomnieć, miałam policzone czynności, które muszę wykonać w każdym miejscu. W wannie – pięć, przed lustrem – cztery itd. Na koniec recytowałam w drzwiach: legitymacja, pieniądze, bilet miesięczny, i sprawdzałam, czy mam je przy sobie. Funkcjonowałam niczym maszyna. To był bardzo trudny czas, ale on mnie zahartował. Dziś, gdy ludzie mnie pytają, jak to możliwe, że dałam sobie ze wszystkim radę, mówię krótko: kwestia motywacji. Zależy ona od alternatywy, jaką ma się w życiu. W liceum byłam przewodniczącą samorządu szkolnego, dostałam się ze świetnym wynikiem na oblegany kierunek studiów na najlepszej uczelni w Polsce.

Odnalazłam się w Warszawie, zaplanowałam przyszłość. I miałam to wszystko zaprzepaścić? Wrócić do Płońska, z którego na studia wyjechali wszyscy przyjaciele, gdzie byłabym sama, bo mąż pracuje całe dnie? Co z moimi planami? Wiedziałam, że jeśli nie będę zdeterminowana, wszystko się skończy, możliwości się zamkną. Nie miałam wsparcia w rodzinie. Wszyscy – poza mamą – uważali, że kontynuowanie studiów to moja kolejna fanaberia. Musiałam poradzić sobie sama. Dzięki temu mam dzisiaj trochę więcej siwych włosów i zmarszczek, niżby wynikało z metryki. I ogromną satysfakcję.

Bardzo chciałam mieć drugie dziecko. Krzyś urodził się, gdy kończyłam studia, Staś miał wtedy cztery lata. Gdzieś po drodze rozpoczęła się moja przygoda z polityką. Miałam 22 lata, gdy wstąpiłam do Unii Wolności. Kłopoty wróciły po studiach. Przeniosłam się z Warszawy do Lublina – miałam dwoje małych dzieci i dyplom Uniwersytetu Warszawskiego. Bardzo chciałam pracować na uczelni. Wydawało mi się, że wszystkie drzwi będą przede mną otwarte.

Ale nie były. Na UMCS-ie zostałam wyśmiana. Na KUL-u na szczęście dyrektor Instytutu Ekonomii znał mojego promotora z UW i wiedział, czego można się spodziewać po jego wychowankach, ale dopiero dwa lata po skończeniu studiów znalazł się dla mnie etat na uczelni. W 2007 roku obroniłam doktorat. Wcześniej szukałam sobie zajęć: napisałam książkę pomagisterską z moim promotorem i innymi uczestnikami seminarium, robiłam opracowania - to był trudny czas.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje