Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jeszcze będzie normalnie

Z pierwszych lat po rozwodzie Renata żałuje kilku rzeczy:

Reklama

• Że była zbyt ambitna. Gdy dostała pracę, nie walczyła z Filipem o wyższe alimenty, zgodziła się na 700 złotych, mimo że stać go było na więcej. Nie chciała, żeby ją znienawidził, bo zależało jej, by wpadał do Julki. Ale trzeźwy. Dlatego gdy on płaci nieregularnie, bo tłumaczy, że dużo wydaje na leczenie lub odtrucia w prywatnej klinice, Renata nie idzie do sądu. Mimo że czasem jest jej ciężko.

• Że przez jakiś czas miała poczucie winy, w końcu to ona go zostawiła. Wysłuchiwała lamentów eksteściowej: "Filip ma depresję, nic nie je, tak zmizerniał", więc kiedy odwiedzał ją i córkę, Renata gotowała jak na święta. I dawała mu wałówę do domu.

• Że nie umiała rozmawiać z córką o rozstaniu. "Gdzie jest tata? - pytała Julka. - W swoim domku - mówiła Renata. - Dlaczego nie w naszym? Mógłby zamieszkać u nas? Proszę!". - Wymyślałam jakieś bzdety w stylu: "tatuś ma w swoim domu ważne sprawy". Nie sądziłam, że dwuipółlatka zrozumie coś więcej.

• Że nie dała szansy Marcinowi. Dawny kolega ze studiów zjawił się niecałe dwa lata po rozwodzie. Julka na początku go uwielbiała. Aż do dnia, kiedy o Marcinie dowiedział się Filip. Złożył pozew w sądzie, że Renata gorszy córkę, bo na noce przyprowadza obcych mężczyzn. Sąd oddalił pozew z braku dowodów, ale Julka na widok Marcina zaczęła reagować histerią. "Nie chcę go tutaj! Niech sobie idzie!". Dlaczego? Przyznała z czasem, że ojciec ją straszył: "Wolisz tego pana? Więcej nie zobaczysz taty". - Mogłam iść na terapię, rozmawiać, próbować walczyć, ale nie miałam siły. Powiedziałam Marcinowi: "to koniec, nie dam rady". Płakałam po nim kilka dni, dłużej niż po mężu, rzadko spotyka się mężczyznę, który traktuje cię z taką czułością.

Renata: Zanim wydałam 1200 złotych oszczędności na zastrzyki z botoksu, które dały mi taką pewność siebie, że powiększyłam debet, by kupić na wyprzedaży żółtozielone szpilki Galliano, pierwsze tak drogie buty w życiu, byłam jak bohaterka "Białej bluzki". Powtarzałam sobie: "weź się w garść" i zaraz dodawałam: "ale ja tej garści nie mam". A przecież zarabiałam, zapisałam się znów na włoski, na który przestałam mieć czas, kiedy poznałam Filipa.

Wzięłam kredyt na dwupokojowe mieszkanie z widokiem na drzewa. Latem na balkonie siedziałam z przyjaciółkami, piłyśmy wino, nasze dzieci bawiły się w pokoju, a ja czułam się panią samej siebie. Nie byłam już zestresowaną żoną, która chodzi na palcach, by nie obudzić pijanego męża. Jednak każde święta, na które przychodziłam do rodziców sama z dzieckiem, wizyty Filipa w naszym domu i pretensje: "Znów miałaś gości, Julka pewnie niewyspana", każde spotkanie z mężczyzną, który mi się podobał, ale odpuszczałam go sobie, bo myślałam: "córka tego nie zrozumie", przypominały mi o porażce, jaką poniosłam. I o facecie, ojcu dziecka, którego nie kocham, ale który do końca życia będzie mi o tym wszystkim przypominał.

Błędy wychowawcze? Myślę, że Julka za dużo słyszała. Gdy chciałam przez telefon wypłakać się koleżance, opowiedzieć o randce, która okazała się pomyłką, zamykałam się w łazience. Myślałam, że córka nie słyszy. Dopóki nie spotkałam młodszej sąsiadki, która w windzie wyszeptała: "Współczuję, faceci dziś to porażka. Tak jak nowe budownictwo, ściany mają uszy". Chyba dlatego Julka zrobiła się za bardzo dorosła.

W pewien weekend do Warszawy przyjechał kuzyn, miał u nas nocować. Obserwowałam sześcioletnią córkę, która z okazji wizyty sprzątała swój pokój i czesała wszystkie lalki. Włożyła najlepszą sukienkę i dla mnie z szafy wyciągnęła bluzkę z brokatem. Zrozumiałam, jak wiele pojmuje z mojego życia. Gdy z Jurkiem siedzieliśmy przy stole, rozwrzeszczana na co dzień Julka z nogą na nodze i przyklejonym uśmiechem udawała anioła. "Zadzwoń - powiedziała Jurkowi, gdy wychodził - moja mama powinna mieć chłopaka". Od tego dnia, wiem, że muszę jej pokazać, że mama jest silna. Muszę to zrobić dla niej i dla siebie.

Przełom? To się dzieje w sobotę, gdy córka jest u koleżanki, a ja wracam z trzema krzesłami z Ikei, które bezskutecznie próbuję złożyć. Wreszcie padam na łóżko, ryczę kilka godzin, klnę i tłukę parę szklanek. Dzwonię do przyjaciółki: "pomóż". Przyjeżdża, robi mi herbatę, przywozi ciasto, gadamy, składamy krzesła. Ustalamy: zbyt długo żyję pod presją, że "muszę dać radę", być cyborgiem, który zrekompensuje dziecku stratę ojca.

Już wiem, że powinnam umieć zwracać się o pomoc. Proszę o nią rodziców, którzy biorą Julkę na pięć dni do siebie, a ja z przyjaciółką lecę do Berlina i Düsseldorfu. Spektakl Piny Bausch "Cafe Müller": tancerki z zamkniętymi oczami chodzą po scenie z nadzieją, że ich partnerzy usuną stojące na ich drodze krzesła. To metafora mnie, kobiety, która czeka: "niech zjawi się on i mnie uratuje".

W Warszawie zapisuję się na terapię. "Zrób listę przyjemności, które możesz mieć teraz, a na które nie starczyłoby ci czasu, odwagi w małżeństwie", prosi terapeuta. Wymieniam: kurs nurkowania i... ciut większe usta. "Na co czekasz? Jeśli to sprawi ci przyjemność", radzi. Dwa zastrzyki w górną wargę, kilka wokół oczu, to wystarcza, żebym poczuła się ultrakobieco! Ale za zmianami w wyglądzie nie idą zmiany w głowie.

Prawdziwą inspiracją do rewolucji w myśleniu jest rozmowa z wychowawczynią Julki. "Córka narysowała rodzinę: mama, tata - taki mały i daleko w rogu kartki - a obok mamy jakiś pan bez głowy. Zapytałam: Czemu pan nie ma twarzy? - Bo nie wiadomo jeszcze kto to - odpowiedziała. Mała musi cierpieć z powodu braku rodziny, co pani z tym zrobi?". Wkurzyłam się! Wypaliłam: "Julka ma rodzinę. Mnie. Ojca. Dużo czasu spędza z dziadkiem, to naprawdę świetny męski wzorzec. Jest wesołą siedmiolatką: ma same piątki, od dawna czyta, chodzi na angielski, na taniec, a w domu nie słyszy awantur. A jak jest u pani? Często kłócicie się z mężem?".

Wtedy zrozumiałam, że to, co powiedziałam o swoim życiu, jest prawdą: moje życie jest udane! Miłość? Wiem, że jeśli kiedyś zdecyduję się na związek, mężczyzna przejdzie długi test, zanim Julka go pozna. A moja kobiecość? No cóż. Jakkolwiek by wychwalać niezależność i życie w pojedynkę, bez męskiej adoracji, dotyku kobieta traci w oczach blask.

Przez ostatnie kilka miesięcy miałam romans: młody chłopak u nas w firmie, spotykaliśmy się w co drugi weekend, kiedy córka była u dziadków. Zerwałam z nim, gdy się upierał, że przedstawi mnie matce. "Liczyłem na coś więcej- wyznał. - Ale ja ci niczego nie obiecywałam" - powiedziałam zaskoczona. Mam swój bagaż doświadczeń, do nowych na razie mi się nie spieszy.

Spóźniona feministka

Bożena, cztery lata po rozwodzie. Jak bliscy komentowali fakt, że po 25 latach małżeństwa odeszła od męża?

• Rozwód po pięćdziesiątce? Skazujesz się na samotną starość (starsza siostra Bożeny).

• Złamałaś mi życie! Przez ciebie będę dzieckiem z rozbitej rodziny (siedemnastoletnia córka).

• Dziwię się, że zostawiłaś ojca tak późno (syn, 23 lata).

• Bił cię, zdradzał? Nie, więc co ci przyszło do głowy? (matka).

• My, pięćdziesięciolatki, wychodziłyśmy za mąż na studiach albo zaraz po nich. Nie miałyśmy czasu zrozumieć siebie. Teraz jest twój czas, czas spóźnionej singielki. Baw się dobrze! Ja tak robię! Dolce vita! (rozwiedziona kuzynka z Chicago).

• Chciałaś rozwodu, to masz. Żal mi tylko jednego: twojego rosołu z perliczki (mąż na sądowym korytarzu).

Bożena: Jako mężatka miałam dwanaście kilogramów nadwagi i nieustającą apatię. Zdarzało się, że zastygałam w bezruchu - przy kuchni, przy stole wpadałam w stan otępienia, odrętwienia, patrzyłam w jeden punkt, aż dzieci musiały mnie szarpać: "mamo, ocknij się".

Dziś znów, jak w dniu ślubu, ważę 56 kilo. Na zajęciach z jogi wyginam się jak guma. Zapisałam się też na drugie studia! Wszystko dlatego, że nie ma w moim życiu pana i władcy, który potrafił ubliżyć, gdy nie mogłam znaleźć kluczy w torebce. Ale ten etap mam za sobą i już nawet w ciągu dnia nie pomyślę o Twarowskim, moim byłym mężu. Żeby mówić o nim Bogdan? To chyba za wcześnie, ale życzę mu wszystkiego dobrego, bo jak mówię, z przeszłością się uporałam.

Nie denerwuję się już nawet na myśl, że on siedzie w swoim apartamencie, spasiony jak wieprz, zadowolony, beztroski, hoduje te ohydne wąsy i bokobrody i przyjmuje klientów, z których zdziera skórę. Mecenas jeden, szczwany lis. Jak mówiłam, szkoda gadać.

Dowiedz się więcej na temat: rozwód | związek | singielka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje